Zamknięte okna Łubowskiego

Miałem napisać recenzję, ale na wystawę nie dotarłem. Chciałem napisać także coś większego, syntezę na przykład, ale z artystą nie porozmawiałem. SARS-CoV 2, wróg publiczny tej wiosny, uniemożliwił mi spotkanie z profesorem Andrzejem Maciejem Łubowskim, malarzem, który doskonale pasuje do naszych czasów, ze swym syndromem zamknięcia, czy też spozierania ukradkiem na świat, który staje się ledwo dostępny, patrząc przez okno. Confinement.

Andrzej M.Łubowski, Przy drzwiach I,

Chodzi o wystawę w galerii TEST w Warszawie, która mogła się stać ważnym wydarzeniem, bo przecież mamy do czynienia z postacią monumentalną, doskonałym malarzem o dorobku, który lokuje artystę w zacnym gronie, mędrców polskiej sztuki współczesnej.

Skoro na wystawę nie dotarłem, posłużę się tylko ograniczoną obserwacją i zapożyczeniami tekstów. To musi mi wystaczyć do spotkania z malarzem. Kiedy COVID pryśnie w dal, a okna Łubowskiego otworzą się na oścież, aby móc oddychać pełnią powietrza, wolności i jego sztuki.

A zatem czytamy w katalogu, pióra Hanny Kostołowskiej: Na wystawie Obiekty i obrazy, następuje zderzenie dwóch ważnych etapów w dotychczasowej, bardzo różnorodnej twórczości Andrzeja M. Łubowskiego. Niewtajemniczony widz mógłby odnieść wrażenie, że ma do czynienia z dwoma różnymi artystami. Fascynujące jest połączenie tak wyrazistych przeciwieństw: rozrywających emocji bijących z dużych, „pogiętych” płócien z jednej strony, a z drugiej – przenikliwej rutyny poddanej szczegółowej obserwacji na paśmie niewielkich obrazów, układających się w intrygującą wizję wspomnień. Prace te łączy przede wszystkich technika olejna oraz autoportret, który pojawia się w wielu dziełach malarza, w każdej fazie jego drogi twórczej.

Andrzej M. Łubowski, Okno V,

Zacznę jednak od głównego przekazu. To OKNO. Łubowski korzysta z tradycyjnej ikonografii, znaku, który sprowadza się do jednego, cokolwiek biblijnego nakazu: abyś widział!

To bardzo tradycyjna klisza, znana od wieków w malarstwie, swoista interpretacja substancji wyrażania obrazu. Łubowski jest w nim obecny przez cały czas, parafrazuje ideę autoportretu z pewną historią w tle. Trochę autoironia, a może bardziej hopperowski język, skłaniający do pokazania tej strony świata, na którą wychodzą okna, co oczywiście może mieć duży wpływ na komfort intelektualny oglądającego.

Wiemy kto jest przed, a kto za oknem. Każdy obraz, jak każde okno jest aktem twórczym. Zabieg cokolwiek filmowy, ale przecież wiemy, że fotograficzny. Mamy tu reżysera, który doskonale zużywa swoje wzory, inspiracje, ale przede wszystkim źródła. W końcu są też inspiracje artystyczne, a razem nabiera to specyfiku, tworzy logiczną całość, uświadamia nam – widzom – co się na tym obrazie dzieje.

Andrzej M.Łubowski, Przy oknie, seria,

Łubowski maluje zatem w pierwszej osobie. Wyczuwa się tu narratora. Trochę jak w filmach Godarda. Znajduję taki fragment tekstu na jego temat (Ryszard K. Przybylski, Ścieżka malowania), cyt…”malował obrazy przedstawiające własną postać, przemierzającą nieprzyjazne przestrzenie wielko­miejskich wykopów i zaułków”

A więc Łubowski to reporter, wędrowiec, poszukiwacz…

Andrzej M. Łubowski, Okno VI,

Nawiążę teraz do fotografii Daido. Nie dlatego, że widzę tu jakieś podobieństwo, lecz z powodu zbliżonych chęci pokazywania zaułków. Daido Moriyama to uznany klasyk współczesnej światowej fotografii, ale ilekroć o nim mówimy, za każdym razem jest jak z Andy Warholem: niby wszystko już wiadomo, a jednak ciągle „coś“.

Prawda?

To „coś“ powoduje w przypadku Moriyamy niepokój, weryfikowanie własnych myśli, nieustanne gapienie się w blur, brud i szorstkość jego zdjęć, a przy tym subiektywną pewność, że rzeczywistość, którą opisuje ma swoje widma i równie niepokojące wiatry.

Moriyama to obserwator.

Każdego poranka po śniadaniu zabiera swój aparat i rusza „w teren“. Na ulicy znajduje swoje tematy. Reklamy, latarnie, plakaty, szyby zza których widać świat korporacynejego obłędu, odnajduje piski, szepty, stukanie klawiatury, przemierza krańce i centrum miasta.

Nie wszyscy są tak skrupulatnymi fotografami. Nie wiem jakim jest Łubowski. To wynika z ich autonomiczności, charakteru, potrzeby poszukiwania.

Andrzej M. Łubowski, seria Przy oknie…

Musi być przecież precyzyjny i irracjonalny zarazem, piękny i połamany. Tak jak Metropolis, które nieustannie fotografuje. Lub chce odszukać.

Jak ten klasyk, który mówi tak: „…uczyń aparat swoim niewolnikiem. Kiedyś o jakości pracy fotografa decydowały dobry obiektyw, aparat, albo wręcz świetna Leica. W ten sposób stawałeś się mistrzem. U mnie było odwrotnie…

Łubowski – malarz, fotografik, reporter…

Andrzej M. Łubowski, seria Przy oknie…

A więc, to pole jest tak właśnie zagospodarowane.

Być może zatoczyłem koło, ale było mi bliżej, z perspektywy w której się znajduję, właśnie w ten sposób to opisać.

Bo z pewnością czeka mnie rozmowa z Łubowskim, aby z tego koła zrobić linię prostą.

Andrzej Maciej Łubowski to uważny obserwator codzienności oraz kondycji emocjonalnej pisze Hanna Kostołowska I ja jej wierzę. Nigdy nie rozmawiałem z Łubowskim, właśnie o tym, o kondycji, którą opisuje. Taka zależność – rozmowa z malarzem przed pisaniem o nim, jest prostą wędrówką do wypełnienia ciekawości treścią.

Andrzej M. Łubowski, Przy drzwiach III,

Nie przypadkiem przywołałem wcześniej Hoppera. Ten przypadek w sztuce odnosi się do pewnej narracji zastosowanej na jego obrazach. Przywołać powinno się w tym miejscu także Johna Dos Passosa, człowieka, który u Hoppera odegrał ważną rolę, ale przecież typ narracji, zastosowanej w obu przypadkach, odnosi się także do Łubowskiego.

Łubowski to literat. W czasach minionych (lecz za mojej pamięci), modna i intrygująca osobowość, która potrafiła zręcznie wplatać w opowieść, informacje niesione przez przekaz ulicy (pardon, za oknem)

Łubowski to podmiot mówiący, relacjonuje nam różne zdarzenia, przedstawia bohaterów, ale także wnika do ich świadomości, ich oczami ukazując ulicę, napotkanych ludzi, zabudowę, intymne wnętrza. Wprowadza dźwięki, zapachy, wrażenia. Ciszę.

Życie u niego płynie swoim tempem, a jednostki znaczą w nim niewiele. To powieść. Łubowski pisze nam po prostu powieść. Nie chcę powiedzieć, że tchnie to egzystencjalizmem jako dominacją pustki, bo żeby to stwierdzić, trzeba albo przeczytać „Pierwszego człowieka”, albo pogadać z artystą. Oczywiście, ja niczego tu nie odkrywam nowego. Łubowski uprawia swoje malarstwo, oparte na fotografii, z intensywną symboliką cienia. Nie ma tu ani deformacji, ani ekspresji, jest reportaż w czystej postaci, trochę publicystyka, trochę siebie samego. Autonomiczne pole zatracenia. Wszystkie konteksty na raz. Łubowski w tym przypadku jest bardzo hojny. Mamy w czym wybierać.

Pierwiastek egzystencjalny jednak.

Siła wyrazu, którą znamy w Nowej Figuracji i powiem od razu, że to jest coś, o czym bez rozmowy nie da opisać się dobrze. Francuzi nazywają to Figuration Narrative i podejrzewam, że w pochwale cienia, odnajdziemy ten język.

Niedokończona opowieść o Andrzeju Macieju Łubowskim, na marginesie wystawy w galerii TEST w Warszawie, 2020

 

10
0
skomentuj
lubię!
przeczytane
427
razy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *