Wciąż te same rewolucje

Zagadnienia władzy  i tożsamości zdominowały japońską scenę awangardy, a zatem treści, które musiały być kontrowersyjne, radykalne i uwikłane w filozoficzne konteksty, czyli krótko mówiąc były to skutki wojny, manipulacje władzy oraz mediów, wreszcie społeczny konformizm, wszechobecny konsumpcjonizm.

I tak oto, pojawił się niespodziewanie stereotyp świata sztuki zaangażowanej, najsilniej w duchu kontestacji. Udział artystów w tym szeregu miał w Japonii podłoże powojenne, niezbyt dramatyczną, ale upokarzającą amerykańską okupację i jednoczesną – co ważne -masakrę klanu społecznego, pojmowanego jako ogólną konstrukcję Rodziny i Państwa. Pojawił się wtedy Mishima Yukio, początkowo romantyk, który przeczuwał nadchodzący koniec świata i śmierć jako domenę młodości, co w Japonii rozumiane jest jako trwale wpisaną w życie i jego dekadenckie zakończenie. W zestawieniu z Shintaro Ishiharą, guru japońskiej młodzieży okresu kontestacji, duch ideologii śmierci, odwieczna pustka i  „zimny płomień“, doprowadziły do narodzin intelektualnego podłoża, na którym wyrosły talenty muzyczne Kaoru Abe, Yoko Ono, Doji Morita, a w malarstwie Kôsai Hori.

Z jednej strony Morita Dōji. Ikona, cudowny głos i zaklęta w poezji jej muzyka. Była niezwykła, tajemnicza. Uosabiała tęsknotę za wolnością. Żyła bowiem w czasach wagabundów i zbuntowanych trubadurów, artystów wolnej miłości i niczym nieograniczonego ducha. W Paryżu śpiewał Serge Gainsbourg, a w Tokio ona. Na obrazach królował wtedy Jean Dubuffet, a na Polinezji Jacques Brel właśnie kupował rozklekotany samolot o imieniu Jojo na cześć swego przyjaciela Georgesa Pasquier, aby wozić nim chore dzieci z Atuony do odległego szpitala w Papeete. Wracając do awangardy…

Japończycy podnieśli bunt formalny gdzieś w latach 50-tych, kiedy w Ameryce rządziła abstrakcja, a w Europie Nowy Realizm. Ale ten ich bunt miał także podłoże systemowe, inaczej u nich pojmowano wszak nonkonformizm. Choć bunt to bunt, zawsze ma takie samo oblicze, gdy przyjdzie go podsumować.

Może nawet duch czasu sprawił, że niedawną wystawę japońskiej awangardy w MoMa (2013), sponsorowała firma Uniqlo, bodaj najbardziej rozpoznawalny znak czy symbol czasów konsumpcyjnej epoki, powszechnej pogardy do intelektualnego wrzenia, a więc takich czasów, gdzie główną regułą jest wyłącznie podobać się i wzruszać.

W zdominowanej przez wabi sabi japońskiej estetyce i ducha mistrza Ojio Yūshō, który świadomie stworzył z nich symboliczne znaki niekończących się podróży, sztuka Kôsai Hori stanęła na opak tej tradycji, wnoszącej od wieków ku niebu, japoński hymn o harmonijnej iluzji, czyli o tym, że posiadła absolutną mądrość do jak najpiękniejszego umierania.

Hori to malarz abstrakcji.  Maluje olejem, ołówkiem, pastelami, węglem. Jest drapieżny. Choć chciałoby się powiedzieć, że jego obrazy są uwerturą do praktyki artystycznej, której odniesienia sięgają wyżyn cnót i powagi.

A wszystko to widziane, tak jak piękno rozumieją malarze  awangardy: Hegel nie powiedziałby, że to coś najpiękniejszego, a Goethe nie padłby na kolana.

Tymczasem na tle dwudziestu paru ludzi kręgu awangardy po obu stronach Pacyfiku, z których połowy nie można odróżnić od siebie, tylko związki Kôsaia z szerszą kulturą, a więc inteletualnym tworzywem czerpanym ze świata literatury, kina i sztuki śródziemnomorskiej, czynią go najbardziej wyraźnym.

A zatem najpierw była szkoła w Tama. Czyli Tama Art Univcersity. Świetny adres, a jeszcze bardziej znakomite muzeum współczesnych artystów. Najbardziej znany absolwent szkoły to Issey Miyake, projektant mody i perfumeryjny gigant, lecz w dziale „awangarda“ na szczyty wdrapał się właśnie Hori. Jego abstrakcjonizm pojawił się dość późno. Jak zwykle w takich przypadkach bywa, artysta tkwiący na pograniczu konceptualnego buntu, pojechał do Paryża, a tam zarażony czystą formą postanowił zakwestionować wszystko to, co do tej pory zrobił. Warto tu nadmienić, że cechą współną Japończykow jest używanie pigmentów. A Hori uczynił z tego swój znak rozpoznawczy. Wraz z kompozytorem Yasunao Tone założyli grupę Bikyōtō Revolution, która będąc czymś na kształt duchowej wioski, umocowała w Japonii przekonanie, znane skądinąd doskonale w Europie, że kolektywność w sztuce jest szkołą na wieczne przetrwanie…

 

Tomasz Rudomino

 

Na marginesie wystawy Kôsai Hori w  Mizuma Art Gallery, 3-13 Ichigayatamachi, Shinjuku oraz teorii malarskiej znanej jako Colectivism after modernism.

23
1
skomentuj
lubię!
przeczytane
1.81t
razy

Jedna odpowiedź do “Wciąż te same rewolucje”

  1. dla wielu ludzi Japonia kojarzy się z surowym pięknem natury i kamienia, dlatego abstrakcjonizm i konceptualne działania mogą się wydać nieco obce tamtej naturze. Ciekawy tekst, warto postudiować na temat filozofii sztuki we współczesnej Japonii.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *