Vincent van Gogh i Wielka Brytania

Spójnik “i” wydaje się całkowicie bez znaczenia, jest pomiędzy wyrazami, ukryty w cieniu ważniejszych słów. Mało kto go zauważa. Przyjmuje się go za coś oczywistego. Znak, łącznik, ot litera.  Zapomina się, że bez niego słowa tracą znaczenie, zdania bezmyślnie się plączą. Siła malej litery “i” tkwi w jej potencjale łączenia odległych słów, przemieniania z pozoru nielogicznych fraz w dziwnie piękną i całkowicie zrozumiałą całość. Jest przecież „miłość i nienawiść”, “wojna i pokój”, “radość i smutek”. Jest wiele takich “ i ” w życiu oraz sztuce. Ta mała litera w tytule najnowszej wystawy w Tate Britain zdaje się być kluczem do zrozumienia, co wydarzyło się między rokiem 1873 a 1876 , kiedy Vincent van Gogh  przybył do Londynu. Co takiego się stało, że nie mówimy “Van Gogh w Londynie”, ale “Van Gogh i Wielka Brytania”, mimo  że angielską wieś i brytyjskie miasta znał bardziej z literackich opisów, niż z własnego doświadczenia? 

Na przekór wszelkiej logice, wystawa, choć zakotwiczona w pewien sposób w jednym mieście, obejmuje cały kraj, jego kulturę, historię, społeczne perturbacje. Wystawa jest więc o próbie zrozumienia tożsamości brytyjskiej, o angielskiej melancholii, delikatnej niczym mgła nad Tamizą, i o miłości odmienianej przez wszystkie przypadki odrzucenia. Jest zarówno o młodzieńczym romansie Vincenta z Anglią, jak i dojrzałej miłości  Wielkiej Brytanii do Van Gogha.

W pierwszej części wystawy podążamy krokiem artysty, patrzymy na ten kraj jego oczami, w drugiej zaś, role się zamieniają i spoglądamy na Vincenta oczami brytyjskich malarzy: Harolda Gilmana, Spencera Gore’a oraz Matthew Smitha. Widzimy jak młodzieńcza miłość jednego człowieka zainspirowała wielu.

Vincent w Londynie malował i to malował zażarcie. Setki detalicznych obrazów opisujących życie codziennie. Malował je jednak słowami. Nie pędzlem. Jego pierwszymi dziełami nie były ani czarno-białe szkice, ani ryciny, ale listy do Théo. To w nich komponował kadry, opisywał barwy kraju, który go fascynował, mieszał słowa niczym farby olejne. Przygotowywał grunt pod płótna, które powstaną dopiero wiele lat później we Francji. Nie starał się być obiektywny. Nie tworzył historii. On sam był historią. Zafascynowany klasyką angielskich pisarzy, czytał i uczył się jak malować trywialne rzeczy. Jego pierwszym spotkaniem ze sztuką była literatura. I to właśnie ją widzimy, zaraz po wejściu na wystawę. Nie obrazy, nie szkice, ale biblioteczkę Van Gogha. Po brzegi wypchaną książkami. To jedna z niewielu wystaw, którą odwraca porządek rzeczy. Biblioteczki są przecież intymne, nikt ich nie widzi , są ukryte zazwyczaj w domu. Odzwierciedlają dusze ich właścicieli, bez żenady obnażają serca oraz umysły. I tak samo jest tutaj: obnażają van Gogha. Człowieka, który szukał prawdy, a jednocześnie tak bardzo się jej bał. W jednym z listów do Théo pisze: „czytanie książek jest jak spoglądanie na obrazy“

Przemierzając kolejne sale podążamy śladem artysty, kroczymy w jego cieniu, zawsze dwa kroki za nim. W pierwszych szkicach, które widzimy, dostrzegamy to, co van Gogha fascynowało w tym mieście. Obrazy codziennego życia, przejmujące, pełne detali. Niczym Dickens wynoszące brzydotę miasta na piedestał piękna. Ukazujące godność ludzką w robotnikach, prostytutkach, zapomnianych i wyrzucanych poza margines społeczeństwa. Londyn powitał van Gogha w całym swym pięknie i w całej swej brzydocie jednocześnie.

Vincent pracuje zatem w Covent Garden, gdzie ogródki warzywne współistnieją  z galeriami, księgarniami oraz zapyziałymi zaułkami, wśród których nie(dumnie) przechadzają się prostytutki. To miniatura kraju i jego zmagań. Lustro odzwierciedlające uczucie burzliwego narodu. Vincent obserwuje to, przemierza miasto kilometrami i tak jak Dickens, poprzez wielogodzinne spacery, walczy z depresją.

Kolekcjonuje też szkice, niektóre z ich widoczne są na tej wystawie, patrzymy więc na przejmujące dzieła Gustave Doré. Niczym pod mikroskopem przyglądamy się ludzkim tragediom. Oglądamy sceny, których doświadczał Vincent. Te proste rzeczy, staną się tematem jego pierwszych szkiców. Spod jego ręki wyjdą więc ujęcia kościoła w Petersham, Turhnam Green. W szkicu przedstawiającym Austin Friars widzimy zapowiedź burzliwego nieba, które wiele lat potem pojawi się na  Starry Night, czy Starry Night Over the Rhône.

Van Gogh pozostaje nadal pod wielkim wpływem Dickensa i Eliota i ich próbie odnalezienia piękna w zwyczajnych i prostych scenach. Ta fascynacja zostanie potem zobrazowana w takich pracach jak: At Eternity’s Gate / 1890, “Sorrowing Old Man”, “Chair”, 1888, “A Pair of Shoes”, 1886…

Londyńskie trzy lata, to życie w szkicach. To próba odnalezienia odpowiedzi na dręczące go pytania, zdefiniowania samego siebie, połączenia w całość wszystkich odcieni uczuć, jakie nim targają. I targać będą do końca jego życia. W Wielkiej Brytanii Vincent kocha kolory. Kolory słów, ale jeszcze  nie kolory barw. Te pokocha dopiero we Francji.  Póki co, jedność z jesienią. Sezonem przepełnionym ciepłymi, spokojnymi barwami. Tak jakby nie mógł znieść jaskrawości wiosny czy ostrych kolorów zimy. Obraz, który przyciąga jego uwagę, i który możemy także zobaczyć na tej wystawie to “Chill October” Johna Everett Millais, namalowany w 1870 roku. Vincent wspomina go nie tylko w swoich listach do Théo, ale zdaje się go nosić w swoim sercu do końca życia. Odzwierciedli go potem kolorami, przykrywając chłód angielskiego października słońcem Prowansji. Jego pierwsze interpretacje widzimy zarówno w obrazie  “Venue of Poplars in Autumn” jak i w “Autumn Landscape At Dusk” 1885. Oba namalowane już po opuszczeniu Londynu. Oba mają ten sam motyw, samotnie przemierzanej drogi. Jednakże ich wydźwięk jest zupełnie inny.  Na pierwszym z nich widzimy postać, kierującą się w stronę widza, idącą odważnie do przodu. Na drugim z nich, mamy wędrowca, odwróconego do nas plecami, podążającego zatem w nieznane. 

Londyn i tęsknota za nim pozostanie w sercu van Gogha do końca. W jednym z listów do Théo, kiedy wspomina lata spędzone w Wielkiej Brytanii pisze: “Jestem chory z tęsknoty za krajem obrazów”. Dwa lata przed śmiercią namaluje wyjątkowy obraz, który wymyka się wszelkiej interpretacji. Jest pięknem doskonałym. I hołdem złożonym Londynowi. To Starry Night Over the Rhône. Patrząc na niego, nie sposób nie zobaczyć szkicu Gustave Doré – „Parlament nocą”, 1872 , czy nie usłyszeć głosu van Gogha, mówiącego w liście do brata: ”Kiedy byłem w Londynie, jakże często stałbym nad brzegiem Tamizy i malował drogę, którą przemierzyłem wieczorem z Southamptom”. To wieczorne ujecie miasta, zdaje się być bardziej gwarne i pełne życia niż nie jeden, dzienny obraz. Niebo faluje niczym wzburzone morze, światła latarni i gwiazd tańczą razem w jakim dziwnym uniesieniu. Przyglądają się sobie nawzajem, oświetlając miasto, którego są częścią. Tworzą razem kosmiczną całość, niemalże doskonałą. W rogu ukryta para, zdaje się być zbędnym elementem.  Intruzem, który wtargnął do doskonałego świata bogów. Do świata, do którego nie należy. Stąd pozostaje w ciemności. Światła gwiazd i latarni zdają się być poza jego zasięgiem. Vincent nosi w sercu obraz londyńskiego wybrzeża, królowej wszystkich rzek – Tamizy, ale wie, że nie należy on już do tej rzeczywistości. Podąża w innym kierunku.

Van Gogh kończy swoje życie w roku w 1890 roku w Auvers-sur-Oise. We wczesnych latach XX wieku, rozpoczyna jednak nowe życie. Tym razem w dziełach brytyjskich malarzy, którzy zafascynowani jego malarstwem odpowiadają na jego miłość do ich kraju licznymi interpretacjami. I tak van Gogh nagle staje się, najbardziej brytyjskim nie-Brytyjczykiem.

Harold Gilman, fundator Camden Town Group, maluje w 1916 roku “Panią Mounter przy śniadaniu”, która jest swoistą odpowiedzią na van Gogha “Augustine Roulin”. Widzimy tą samą godność w kobietach, które na przekór wszelkim standardom piękna i społecznej klasyfikacji stają się muzami artystów. Patrząc na jeden z obrazów Spencera Gore, zatytułowany The Beanfield, Letchworth trudno nie zobaczyć  Pejzażu Auvers van Gogha. Jednak motywem, który najczęściej powtarza się w u angielskich malarzy i który na zawsze ugruntował pozycje van Gogha w Brytanii są jego słoneczniki.  Namalował je w 1888 roku w Arles, do Londynu trafiły dopiero w 1910 roku na wystawę w National Gallery i od tego momentu zajmują szczególne miejsce w sercu Anglików.  Stały się natchnieniem dla takich artystów jak Frank Brangwyn- Walijczyka, którego “Słoneczniki” zdają się najpełniej odzwierciedlać melancholijną duszę van Gogha. Even Walters w “Still life with Chrysanthemums, 1913-20” zachowując barwy Holedndra nadał im zupełnie nowy wydźwięk, albo taki Maththew Smith, którego “Kwiaty w wazie” są chyba najodleglejszą interpretacją oryginału. Przepiękne “Słoneczniki” Jacoba Epsteina, Winifreda Nicholsona czy Wiliama Nicholsona zdaja się pachnieć tak samo je te van Gogha. Na wystawie w Tate, Słoneczniki zajmują szczególne miejsce. Są same w sobie oddzielną wystawą, albowiem wchodząc przez drzwi Słoneczników, nagle znajdujemy się w przestrzeni wypełnionej po brzegi brytyjskimi interpretacjami. Stoimy w środku pola słonecznikowego, odurzeni zapachem, oślepieni kolorami, przytłoczeni smutkiem i melancholią.

Vincent van Gogh ubrał smętne spojrzenie Wielkiej Brytanii w kolory i zapachy Prowansji. Połączył rzeczy na pozór nie do połączenia.

Stał się niczym litera “ i ”, spójnikiem między narodami, tak dalekimi, a jednak tak bliskimi sobie.

 

Vincent van Gogh and Britain, Tate Britain, London, 27 marca – 11 sierpnia 2019

11
1
skomentuj
lubię!
przeczytane
652
razy

Jedna odpowiedź do “Vincent van Gogh i Wielka Brytania”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *