u Cybisa

Jestem u Jacka Cybisa w domu Jana Cybisa na Karowej. Zaczęliśmy od Utamaro. Cybis mówi, że posiada Utamaro po ojcu. Wpis w „Notatkach malarskich”, brzmi tak: „…Jacek stwierdził na podstawie katalogu, że rzekomy Utamaro to Utagawa Toyokuni. Zgadzał się nie tylko styl, ale i podpis. Żył 1769-1825. Mój Hiroshige zgadza się wedle podpisu”. I dalej: „…mój japoński drzeworyt z trzech kartek, grupa pań z koniem nad morzem, jest dziełem Utamaro, stwierdziliśmy podpis i znak z ptaszkiem, jakimi się posługuje”.

To o tego Utamaro chodziło.

portret Toyokuniego stworzył Utagawa Toyokuni III znany jako Kunisada,znakomity obserwator sceny Kabuki w czasach Edo.

O Utamaro napisał rozprawę Edmond de Goncourt. Cybis często zaglądał to tego klasyka literatury o sztuce. Czytał o jego sądach na temat francuskich malarzy, a także się z nim wykłócał, ostrą polemiką w czasoprzestrzeni…

Japonizm w malarstwie francuskich symbolistów, a także artystów z kręgu impresjonistów to temat rzeka. Edmond de Goncourt stwierdził, że gdyby miał jeszcze trochę życia przed sobą, to napisałby książkę o sztuce japońskiej. Był rok 1888.

Książkę skomponowałbym z czterech studiów. Jedno o Hokusai, nowoczesnym odnowicielu starej sztuki japońskiej, jedno o Utama- ro, tamtejszym Watteau, jedno o Kōrinie i wreszcie ostatnie o Rit- suô. Do tych czterech studiów dołączyłbym może szkic o Gakutei, mistrzu surimono, który w delikatnej, barwnej odbitce potrafi połączyć wdzięk perskiej miniatury i średniowiecznej miniatury europejskiej.

Goncourt zdążył zrealizować to marzenie, bo już trzy lata później publikacja Outamaro, le peintre des maisons vertes pojawiła się w obiegu. Pisarz stworzył też dzieło o Hokusai. Oba teksty stały się głośne we Francji

Pierwsze obrazy inspirowane drzeworytami Hiroshige van Gogh namalował w 1887 roku. Most w deszczu i Kwitnąca śliwa. Patrząc syntetycznie na całość sztuki artysty, było to chyba to, czego poszukiwał. Japończyk nie żył już od wielu lat, ale jego liczne prace wędrowały po świecie, budząc zachwyt swą prostotą i emanującą z nich ciszą. Artysta mieszkał w Edo i musiał stale mierzyć się z dominującą wtedy hierarchią, etykietą i sztywną obyczajowością w życiu społecznym. Mimo to wyczarował świat, który wyrastał ponad zwykłe postrzeganie ukiyo-e.

Ten szczególny gatunek nie tyle drzeworytu, ile sztuki w ogóle, upadł wraz z końcem Edo. Jednak to, co stworzył Hiroshige, stało się symbolem tamtego świata, obok teatru kabuki oraz literatury kibyōshi. W pewnym sensie drzeworyty przetrwały do dziś jako znak tamtej sztuki, z ich anegdotami i ukrytymi historiami, w formie wyrazistej, mniej wyciszonej na stronicach grubaśnych mang.

Cybis posiadał Utamaro, Hokusaia, Hiroshige. Ten ostatni odmienił van Gogha. Ten drugi Paula Gauguina, ten pierwszy Degasa.

Żaden z nich nie wpłynął na malarstwo Cybisa.

Zaciekawiła mnie maska teatru w holu przy wejściu. Kanazawa, Edo, Ukyio-e. Mały, wielki świat na Karowej…

 

Zgodnie z maksymą, że starzeje się tylko nowość, czytam dalej  „Notatki” Jana Cybisa, a tam znajduję, jak siedzi w Deux Magots do pierwszej w nocy, aby następnego dnia pojechać do Musée de l’Art Moderne na wernisaż wystawy Guggenheima. Konkurs główny wygrał wtedy Ben Nicholson, o którym Cybis pisze, że nic szczególnego. Choć późniejsza kariera Nicholsona wskazuje, że mógł się w swym osądzie pomylić.

Ben Nicholson, o którym Jan Cybis napisał przy okazji konkursu Guggenheimowskiego, że: „Ce n’est pas mon affaire”…

Wpadłem więc i ja do Les Deux Magots, kultowego baru, znanego ze swej literackiej nagrody, która sprawiła, że został rozsławiony na całym świecie. Jako, że był to piątek, zamówiłem jaja łososia na grzance, omlet i zanurzyłem się w tej historii kawałka wielkiej kultury. Te jaja to kawior, złocisty albo bursztynowy jak kto woli.

złocisty kawior z łososia, omlet i grzanki przy stoliku Borgesa w Les Deux Magots…

Kiedyś stał w tym miejscu dom handlowy o tej nazwie, a ściślej „Les Deux Magots de la Chine”, a dopiero, gdzieś dopiero w drugiej połowie XIX wieku przekształcono budynek, a w nim umieszczono burżujskie apartamenty. Wciąż mieścił się tam skład komercyjnych rzeczy, albowiem otworzono tam filię „Le Printemps”. Dopiero niejaki August Boulay uczynił od frontu Saint-Germain-des-Prés kawiarnię. Było to w 1914. Szybko stała się miejscem spotkań malarzy, poetów, pisarzy, wydawców i aktorów. Można tam było spotkać gwiazdy bohemy z Montparnasse (widać jak na dłoni siedząc na tarasie), a więc Picassa, Foujitę, bywali tam także Jean Moréas, Oscar Wilde, Alfred Jarry, Max Ernst, Henri Michaux, Balthus. Nagrodę literacką odbierał tam André Malraux. Ludzi pióra bywało tam zbyt wielu, aby ich wszystkich tu opisać. Tabliczki przy stolikach mają Simone de Beauvoir, a także Borges czy Hemingway. Tego ostatniego uwielbiał Cybis, może o wiele bardziej niż egzystencjalistów, choć wypalić jednego Gauloise z Sartrem było marzeniem każdego artysty z Polski, który zawędrował nad Sekwanę. I tak dumając, skończyłem jeść wspomniane jajka z łososia, które kładzione na grzance ( a trzymały się tam, tylko dzięki maźniętemu twarogowi), sprawiły mi doznania bliskie pewnej uczcie, opisywanej jako Baltazara, choć tamta miała całkiem inny morał…

6
0
skomentuj
lubię!
przeczytane
516
razy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *