Redon, wino i zapachy morza

Z malarstwem Redona jest jak z winem – budzi natchnienie. To nieprzypadkowa zbieżność. Jego ojciec Bertrand Redon, zakupił majątek Peyre-Lebade, położony w Akwitanii, w jednych z najlepszych rejonów winnych Francji. Dzisiaj Château Peyre Lebade z kolekcji Rotschildów szczyci się tym, że to właśnie wino, inspirowało do malowania młodego Redona. Z całą pewnością było to świetne otoczenie do tworzenia.

Odilon Redon malował w tej posiadłości, uwielbiał włóczyć się po wydmach, przesiadywał często nad oceanem. Jego malarstwo jest jednak, w przeciwieństwie do królującego tam wina, bardzo zamglone, oniryczne, pełne tajemnicy i inteligentnej symboliki. Médoc, który jego ojciec tam uprawiał, to wino słoneczne, lubiące morski wiatr i wędzoną szynkę na stole. To przecież wino dla gawędziarzy, biesiadników lubiących w kuchni dobre związki, na przykład smażone z grzybami karczochy, albo pieczoną kaczkę z goździkami. Ser i winogrona.

Redon odwołal się do legend, nostalgii i marzeń. Malował przy tym cudownie, kolorowo i delikatnie. Słodko. Był jak Chagall do spółki z Mehofferem, choć to wszak luźne i odległe w czasie związki. Można rzec, iż Redona nie sposób nie uwielbiać.

Taki Paul Gauguin właśnie go uwielbiał. Nie tyle co rysunki czy obrazy, lecz głównie jego towarzystwo. Redon przywoził mu z Akwitanii butelkę Médoca, do tego solidną porcję wędzonej kaczki.

O malarstwie Redona, Gauguin miał wyrobione zdanie. Mówił na przykład, że jest wizją poetyckiej wyobraźni, a on sam jest marzycielem : wszystkie jego rośliny i embrionalne istoty, są na wskroś ludzkie, żyją z nami i biorą udział w cierpieniu. W całym jego dziele, widzę tylko mowę serca bardzo człowieczą i wcale nie koszmarną. Pisał tak, kiedy krytycy widzieli w Redonie raczej twórcę alegorycznych aluzji, słabo czytelnych metafor, które nie nadawały się do tego, aby je zaliczyć do odmian symbolizmu.

A jednak, jak rzadko w swoim życiu, Gauguin, stanął po stronie malarza, widząc w nim zarówno utopistę jak i wspaniałego artystę-wizjonera.

Tak się jednak złożyło, że symbolizm Redona, nie do końca przemawiał do niego, ale kolor, lekkość pędzla z pewnością już mu imponowały.

Winnice Bertranda Redona nie przetrwały do dzisiejszych czasów. Męczone przez filokserę i brak handlowego sukcesu spowodowało, że posiadłość podupadła, W roku 1979 wykupił je baron Edmond de Rothshild, który już wsześniej był właścicielem sąsiednich winnic, Château Clarke i Château Malmaison, wytwarzających słynne we Francji Listrac oraz Moulis. Taka to historia z malarstwem w tle…

pisane w Paryżu, 2019

 

11
1
skomentuj
lubię!
przeczytane
1.3t
razy

Matisse w Ciboure

Tymczasem mijałem białe domy w Bayonne i wille tonące w ogrodach, w Saint-Jean dopadły mnie zapachy pomarańczy, opuncji i smażonych sardynek, wszystko pomieszało się z tą arią zza otwartego okna, gdzieś w starym domu przy ulicy Ravela. To chyba „Godzina hiszpańska”, sam nie wiem do końca. W tym starym domu przy ulicy Ravela mieszkał niegdyś malarz Henri Matisse, zaś tamten muzyk urodził się nad tą zatoką, na szlaku Jakubowym, w czasach, kiedy zaczęto budować koleje, a w Nagasaki postawiono telegraf.

Pysznią się z dala, pastelowe domy bogaczy w Donostii, błyszczy krzyż znad jej katedry. Teraz biorę ze sterty kanapek jedną ze smażonym dorszem, a drugą z papryką. Czas na pintxos. A może czarną kiszkę z Ciboure, dziedzictwo tutejsze, robioną u mistrza Pantxoa Aizpurua? Nie wiem. Przemyślę. Żarłok jestem…

czarna kiszka z Ciboure mistrza Pantxoa Aizpurua

Dopijam moje wino. Słońce wciąż przygrzewa, dziewczyny w kolorowych sukienkach idą po deptaku wyśpiewując bez taktu ani talentu o fasoli, która wpadła do szklanki tego pana z pierwszego piętra. Czeka mnie jeszcze spotkanie z Pierre Loti. Ma w Hendaye swoją ulicę, bo niegdyś tam mieszkał. Pisał w Le Figaro w odcinkach, jak Prus zupełnie, historie nie z życia, lecz wzięte z bajek o miłości i targających młodego człowieka namiętnościach. Pisał o Tahiti, o Nagasaki, o tym jak cudnie jest marzyć i podróżować. Miał brata, który fotografował Maorysów. Jego zdjęcie miał w swoim domu Paul Gauguin. Pierre Loti napisał „Raraku”. Tę historię przeczytał Gauguin i zapragnął popłynąć do miejsca, gdzie się toczyła. Na Tahiti właśnie…

Nagle dostrzegłem w przedziale jakiegoś pana w okularach i białą brodą. Wcześniej go nie było, może dosiadł się, kiedy przysnąłem? Popatrzyłem przez okno, a tam raban wielki na dworcu Bordeaux Saint-Jean, mnóstwo gestykulujących ludzi, trąbiące samochody, tłum wojska i konie na uprzęży. A więc to wojna. Mamy wszak lato 40 tego. W Bordeaux dosiadł się do mnie zatem Henri Matisse. To ten pan z białą brodą i w okularach. Teraz się lekko uśmiecha, widząc moje zaniepokojone spojrzenie. Jedziemy do Ciboure. Może spędzimy tam resztę lata a może i zimę? Matisse namaluje swój czerwony pokój z widokiem na ogród i zatokę, a ja w wolnej chwili upiekę chleb z cebulą, zapakuję do plecaka, także butelkę wina, podjadę z tym bagażem do Cité Merveilleuse, gdzie umówiłem się na spotkanie z Albertem Durandem, handlarzem z Bayonne, który wynajmuje mieszkania artystom i w zasadzie każdemu, nawet kiepskim pisarzom, o ile mogą mu zapłacić, a potem dołączy Lydia. Podejdziemy na plażę, zjemy mój chleb z cebulą i zanurzymy się w zimnych wodach Atlantyku…

Matisse przybył do Ciboure po dwóch dniach spędzonych w Golf Hotel w Saint-Jean-de-Luz. Obie miejscowości dzielą ledwie minuty. Spacer z dworca w Saint Jean do Quai Ravel zajmuje kwadrans. Wcześniej ta ulica nazywała się Pocalette. Ale w 1930 roku władze gminy dały jej imię wielkiego muzyka.

dom Matisse przy 38 Quai Ravel

W roku 1864 otwarto linię kolejową Paryż -Irun. Biegła właśnie przez Ciboure, Hendaye, prosto do hiszpańskiej granicy. Wielu artystów w owym czasie postanowiło skorzystać z tej okazji i odwiedzić krainę Basków. Na przełomie XIX i XX wieku powstała tam nawet „Groupe des neuf”. Nie była klasyczną grupą, szkołą, lecz luźnym związkiem kilku malarzy, którzy obsesyjnie poszukiwali światła i plenerów, mniej oglądając się na kolegów. Była to jednak grupa twarda i mocna artystycznie: Ramiro Arrure, Perico Ribera, René Choquet, Jean-Gabriel Domergue i wreszcie najsławniejszy spośród nich czyli Georges Masson.

I teraz Matisse pisze na kawałku karteczki: „…jestem w Ciboure, mieście rodzinnym Ravela, klimat wilgotny, gorąco. Obawiam się, że będę tu musiał zostać na dłużej”.

A w liście do Simon Bussy: „…nie robiłem nic od kwietnia. A teraz stoi przede mną dwadzieścia płócien, większość nieukończonych, oprócz jednego…”

Z Ciboure wyjechał w sierpniu, a zatem po kilku miesiącach pobytu. Znalazł się w Nicei, ale to już inna historia…

6
0
skomentuj
lubię!
przeczytane
1.13t
razy

I znowu o Gauguinie, ale obok…

Historia ponad dwudziestoletniej podróży po miejscach, gdzie przebywał jeden z największych malarzy w dziejach sztuki czyli Paul Gauguin. Ten niezwykły malarz był niestrudzonym wędrowcem. Najbardziej znane miejsce jego pobytu to Francuska Polinezja, lecz Gauguin odwiedzał także Indie, kilkakrotnie Brazylię, Australię, Nową Kaledonię, Peru, Chile czy Karaiby. Jego podróże stały się inspiracją dla Tomasza Rudomino, który postanowił podążyć śladami wielkiego artysty, a nawet posunął się dalej i pojechał tam, gdzie Gauguin tylko planował, zwłaszcza na Madagaskar i do Japonii.
Zamiast ogólnej recenzji z tej grubej historii niech posłuży ta, którą napisał do autora Marek Kamieński, malarz, wielbiciel van Gogha i Gauguina właśnie:

Tomku, przeczytałem książkę w całości, chociaż miała silną konkurencję w postaci „Mówionej historii punk rocka”, którą na ten czas odłożyłem. Podobała mi się z dwóch powodów – przypomniała mi serię książek o przygodach Tomka Wilmowskiego, do której wracam właściwie raz w roku, a piszę to bez ironii i dlatego, że stosujesz w niej metodę indukcyjną, którą ja sam posługuję się w swoim malowaniu. Dobre w niej jest też to, że jako historyk sztuki interesujesz się przepisami na zupę z małży – to prawidłowe, a jako dziennikarz – ludźmi. Ta książka jest o Tobie, jakiego znam, i to też mi się podoba, bo pokazuje, że masz w dupie tych, którzy znając Cię jako historyka oczekiwali sensacji o Gauguinie, mają już wystarczająco dużo tego u innych. Dobrze, że właśnie ze względu na użycie metody indukcyjnej wspomniałeś o podróży Matisse’a – przypomniało mi to pewien stary, bardzo lubiany przeze mnie dokument o nim, niestety nie do odtworzenia. Bardzo też przydadzą mi się wskazówki dotyczące artystów japońskich, bo w cyklu „vanGoghowskim” przechodzę na duże formaty i brakowało mi trochę inspiracji pejzażowych.

Marek Kamieński

PS Mam nadzieję, że do Ciebie nikt na Tahiti nie strzelał z harpuna, tak jak do syna Nico i Alaina Delona, bo pewnie byś o tym napisał – to coś co łączy obie wspomniane tu książki…

Podróże po Gauguinie, Wydawnictwo The Facto 2018

12
0
skomentuj
lubię!
przeczytane
1.26t
razy