Manolo Blahnik

Manolo Blahnik  wkroczył do muzeum. Porozrzucał w szklanych jajach swoje fikuśne buciki, poutykał je między parapetami, poustawiał w żołnierskim porządku obok kominków, a także postawił na stole. Wszak sztuka nie zna granic, prawda?

Wystawa, która została otwarta w zeszłym tygodniu przez samego Manola Blahnika, nie jest prostą w odbiorze, ani w przekazie jaki w sobie niesie. Łatwiej ją potraktować jako żart, pominąć szerokim łukiem, podczas oglądania „prawdziwych” arcydzieł, które dumnie, przy okazji, wiszą na ścianach. Można nawet narzekać: jak można, jakieś tam kolorowe buty wnieść w ogóle do muzeum? I to nie do byle jakiego, ale do samego Hertford House, gdzie pod jednym dachem zgromadzono ponad 5000 dzieł sztuki, sygnowanych takimi nazwiskami jak: Rembrandt, Delacroix, czy Fragonard.

Co robisz między nami Karmazynami?”- zdają się powtarzać ściany, owo sławetne pytanie, usłyszane pewnego dnia przez Stefcię Rudecką.

Można jednak, pójść nieco dalej i zobaczyć na tej wystawie coś, co leży pomiędzy rzemiosłem a sztuką; jest poniekąd mostem pomiędzy tymi światami, albo inaczej: miedzy snem, a jawą.

Kolekcja 150 wybranych przez Blahnika butów, ułożona została w taki sposób, aby odzwierciedlać historię, którą przedstawiają wiszące nad nią obrazy. Czasem związek ten jest bardziej metaforyczny, trudny do odgadnięcia na pierwszy rzut oka. W The Small Drawing Room widzimy szare kozaki, udekorowane kwiatami, które swoim kształtem nawiązują do stojącej obok niej XVIII wiecznej wazy. W East Drawing Room, czarno-złote szpilki nawiązują do barowego stolika, którego wygięte czarne nogi i złote ornamenty, zdają się być głównym źródłem inspiracji dla Blahnika.

Idziemy dalej i wkraczając w podwoje najwspanialszego pokoju w tym muzeum, zwanego Great Gallery odkrywamy, że „Śmiejacy się Kawaler” Halsa, zapomniał zostawić swoje brązowe botki w przedpokoju. Bo jakie inne jest wytłumaczenie, że stoją one bezczelnie obok niego? A Kawaler, spoglądając to na nie, to na nas – śmieje się wniebogłosy.

Jest jeszcze jeden obraz i jedna para butów, która wyjątkowo przykuwa uwagę. To nieprzyzwoita „Huśtawka” Fragonarda i spadający z nogi rozbrykanej panny, jej różowy bucik. Wznosi się on z początku wysoko, by potem nagle szybko opaść wprost w ramiona… Blahnika. Kiedy stoimy pod tym wyjątkowym obrazem, to słyszymy nie tylko głosy osób na nim namalowanych, ale również czujemy na swojej skórze wiatr, który dmie od huśtawki, słyszymy chichot tej panny i szelest jej sukienki. Podążamy wzrokiem za jej nogą wzniesioną do góry i patrzymy z przerażeniem, jak jej pantofel z impetem ześlizguje się z jej maleńkiej stopy i szybuje samotnie ku górze. I nagle zastanawiamy się jak to się stało, bucik owy, który jeszcze przed chwilą był na obrazie, teraz leży obok nas. Zamknięty w szklanym jaju, uśmiecha się do nas majestatycznie. Sztuka uszyta z farb i materiału. Pokazująca, że tam, gdzie jest piękno, tam nie ma granic. Albo żarty takie…

 

An enquiring Mind: Manolo Blahnik at the Wallace Collection, London, 10 czerwca – 15 września 2019

 

6
0
skomentuj
lubię!
przeczytane
582
razy

Jessa Fairbrother

Ikona zapisuje świat symbolami, fotografia zaś barwami. Obie przybliżają nam świat, którego dotąd nie znaliśmy, czyniąc to co mistyczne, bardziej ludzkim. Jessa Fairbrother w swoich pracach łączy chrześcijańskie symbole ikon z hinduską sztuką Mehndi, utrwalając to wszystko na polaroidowych klatkach fotografii. W ten sposób otwiera drzwi do świata swoich emocji, które o dziwo, stają się z czasem i naszymi.

Wystawa Constellations & Coordinates w Londynie, niczym swoisty ikonostas staje się dla nas Brama Zrozumienia przeróżnych historii, zapisanych na naszym ciele. Albowiem to właśnie ciało, niczym jak mapa stało się – w tym przypadku – drogowskazem.

Każda z fotografii jest unikalna, mimo że zbudowana wokół tych samych elementów. Widzimy kobiece ciała, ułożone w charakterystycznych pozach, znanych z prawosławnych ikon. Unoszące się delikatnie nad ziemią, najwięcej mówią przez swój układ i barwy. Tak, jak w ikonach, nie dostrzegamy zbyt wielu emocji na twarzach, a nawet nie znajdujemy nawet twarzy. To ciała, same w sobie, one staje się twarzą obrazu. Fairbrother jednak posuwa się jeszcze dalej w swojej symbolice. Bierze igłę (dosłownie) i wyszywa na fotografiach tradycyjne wzory Mehendi – hennych tatuaży, używanych podczas najważniejszych ceremonii. Zapisuje nowe historie za pomocą odwiecznych symboli.

Jessa Fairbrother nie oddziela sacrum od profanum, ani nawet Wschodu od Zachodu. Wręcz przeciwnie – jej prace tak bogate w multikulturalne symbole – stają się mostem, łączącym kilka światów i sposobów ich postrzegania.

Z jednej strony prace Fairbrother wprowadzają nas w większe zrozumienie własnej cielesności – jej fotografie są bowiem hołdem, złożonym pięknu kobiecego ciała. Takiemu jakie jest. Ot po prostu, bez deformowania, aby pasowało do współczesnych kanonów piękna. Z drugiej strony, poprzez zastosowanie ikonograficznych znaków, figuracji i ornamentu henny wskazują, że jest, że jest świat, którego nie można opisać, ani barwami, ani słowami. Że jest Niewyrażalne Piękno, które przyciąga i fascynuje od wieków.

Ornamentyka Mehndi, która jest stosowana w przy narodzinach czy zaślubinach, podkreśla jeszcze bardziej transcendentalny wymiar fotografii Fairbrother. Kiedy patrzymy na jej wyhaftowane kwiatowymi ornamentami ciało, nie sposób nie dostrzec podobieństwa do „Sahasrara” – kwiatów lotosu, symbolizujących jedność ludzkiej duszy z boską siłą.

„Jestem drzwiami do innego świata” – te słowa Fairbrother zdają się być kluczem do zrozumienia tej niezwykłej wystawy i zaproszeniem do wyruszenia w podróż w głąb samego siebie.

Jessa Fairbrother: Constellations & Coordinates, The Photographers’ Gallery, London, 2019

8
0
skomentuj
lubię!
przeczytane
525
razy