Takesada Matsutani w Centre Pompidou

A teraz w Centre Pompidou, najprawdziwszy brylant sztuki współczesnej: Takesada Matsutani, mieszkający od półwiecza w Paryżu, weteran japońskiej awangardy, malarz, performer i rzeźbiarz, twórca instalacji.

Takesada Matsutani, Stream-Pompidou, 2019 Paris

Jest, być może, jednym z ostatnich wielkich japońskich artystów kręgu GUTAI. Należał do grupy od 1963 roku, kiedy to Jirō Yoshihara, zgodził się go przyjąć, do tego elitarnego grona i pokazał się w Pinacothece Gutai wraz z innymi malarzami.

Takesada Matsutani urodził się w 1937 roku, w Osace, pierwszej stolicy japońskiej awangardy. Z powodu gruźlicy nie mógł studiować na Ôsaka Shiritsu Kogei Gakkô, zatem został samoukiem. Pokazał swoje prace po raz pierwszy, podczas konkursowej wystawy w Nishinomiya i tam dostrzegł go Shôsaku Arao, klasyk japońskiego malarstwa, znawca sztuki zachodniej i podobnie jak niegdyś Foujita, zafascynowany francuską kulturą. Arao zaoferował młodemu malarzowi pomoc w znalezieniu atelier oraz darmowe lekcje rysunku, dostrzegając w nim, jakże ogromny potencjał i talent.

W Nishinomiya spotkał Sadamasa Motonagę, prowokacyjnego artystę grupy GUTAI, który doprowadził do spotkania z Yoshiharą i dalszej, wspólnej kariery w Pinacothece.

Matsutani, aktywnie uczestniczył w wystawach grupy, choć od połowy lat sześćdziesiątych nie mieszkał już w Osace. Otrzymał bowiem grant rządu francuskiego, w ramach konkursu Instytutu Francuskiego w Kyōto i wyjechał do Paryża. Początkowo planował spędzić we Francji sześć miesięcy, ale – jak to bywa często, w takich przypadkach – pozostał tu do dziś.

I teraz w Centrum Pompidou jego wystawa. Ma ona charakter panoramiczny, Matsutani pokazuje swoje wczesne prace z końca lat pięćdziesiątych, są zatem rysunki, szkice, pierwsze książki – obiekty, wreszcie malarstwo.

Takesada Matsutani, Résistance, 1958

Jak przystało na przebytą szkołę Nihonga, jawi się tu jako reprezentant abstrakcji i malarz gestu. W przeciwieństwie do Kazuo Shiragi malował tradycyjnie, korzystając z pędzla. I w pewnym sensie tradycyjnie, jak na szkołę Pollocka przystało, czyli na podłodze.

Takesada Matsutani, bez tytułu Work-60, 1960

Mamy do czynienia z trzema fragmentami jego twórczości. Pierwszy to Początek. Jak wielu innych artystów z Japonii, był zafascynowany surrealizmem, tworzył wtedy rysunki, z użyciem pigmentu, w ciężkiej tonacji i o grubej kresce. Poddany traumy Hiroshimy, upokorzenia wojny, tragizmu jej końca, wreszcie okupacji. Mroczne, trochę ponure obrazy Matsutaniego, kryły wówczas zaklętą symbolikę nieustającej nocy, braku dnia, włóczęgostwa, a zatem cierpienia i słabości. Aż chciałoby się wykrzyczeć za Yukio Mishimą: …słońce, słońce! Doskonałe słońce! Mam wrażenie, że żaden z nieznanych mi lądów, które mam zobaczyć, nie może przewyższyć tego cudu…

Dla Takesady przyszło oczarowanie francuskim malarstwem, bogatego w symbole, słońce i kolory. Ale nim się to stało, musiał przebyć długą drogę: od pogmatwanych bretonizmów snujących się w ciężkich chmurach nad Hiroshimą, po poezje Alain Jouffroy. W międzyczasie, podobnie jak kolega z GUTAI Kazuo Shiraga, przeleżał w gruźliczym szpitalu, cierpiąc każdego dnia, odpluwając flegmę i kaszląc nieustannie, tkwiąc jak Saguro z powieści Shusako Endō, pomiędzy brudnymi łóżkami, gdzie gasnąc powoli odchodzili inni pacjenci. Wojna. Morze. Trucizna…

Nie płacz, gdy statek podnosi kotwicę. Bądź mężczyzną, ze śmiechem odpływaj…

Matsutani stał się malarzem Informelu. Zafascynowany kolorem, gestem, linią i odwiecznym pytaniem o ścieżkę, po której podążają twórcy, uległ magii abstrakcji, materii i plamy.

To jego drugi etap w twórczym rozrachunku. Pełen ekspresji i motywów twórczych. To właśnie era GUTAI. Plac zabaw, ćwiczeń intelektualnych, formowania się manifestów i młodość.

Młodość, młodość, walka i wciąż niestrudzona energia, która po doświadczeniu szpitalnym, wywołała w nim pasję i wolę życia. Tak jak wspomniany Shiraga, którego nadwątlony chorobą organizm, potrafił wykrzesać niespożytą energię, i która dodała blasku jego twórczości. A potem ciszę i powrót do Nihonga, korzeni wszystkich Japończyków. Shiraga został mnichem.

I Matsutani podobnie. Po okresie dynamicznej walki z materią malarską, nienasyceniem, pełnią, nastąpiła pustka. Wyciszenie. Jak w tej przypowieści o Japończykach, którzy zawsze pozostają w tej dwoistości, która dowodzi, że artysta nie może być niewolnikiem, musi podążać za zasadami, a jednocześnie od nich odchodzić, przestrzegać praw, a zarazem je przekraczając.

I jest ten trzeci format, najdłuższy w jego twórczym życiu. Odejście od Informelu.

Takesada Matsutani, Le Développement – A1-69

W Paryżu poznał Hard-Edge. Nowy, jakże bliski mu kryształ w sztuce. Bo przecież mówiący językiem, który znał od lat. Jako Japończyk zawsze się nim posługiwał. Ta oszczędność, linearyzm i kształty geometrii wyzwoliły u niego nowe horyzonty. Wyjście Matsutaniego z kręgu getta kontrkultury daje mu nowy oddech.

Zna lub otarł się również z ideami konceptualizmu , zwłaszcza Kosutha, co pozwala mu na budowanie nowego języka. To pokłosie refleksji neopozytywistycznej, pozwalającej na nowatorski przekaz. Japończyk poszedł teraz drogą immaterialności sztuki, czystości i pewnego rygoru, który geometria nakłada, ale nie ma cech typologiczych, lecz jest po prostu częścią składową jego duszy. Jak u każdego Japończyka. Jest jego sygnaturą.

Takesada Matsutani, instalacja 2016

Takesada sięga zatem do swojej przeszłości i doskonałego warsztatu , a zwłaszcza refleksji. Wiele przemawia za tym, że aby zrozumieć jego sztukę, powinno się zgłębiać życiorys, powojenny bunt i formacje do których należał. A przecież pamiętajmy, że pokłosiem manifestu GUTA była grupa Mono-Ha i zbuntowany Kosai Hori, czerpiący nie tylko z doświadczeń awangardy, ale dający nowe przestrzenie, monumentalne i dostojne. Jak pomniki.

U Takesady pojawiły się nowe środki wyrazu: grafit, ołów, blacha, a z kolorów czerń. Oszczędność i liryzm. W swoistej kaligrafii geometrycznego języka.

W Paryżu poznał Stanleya Williama Haytera. Był malarzem, grafikiem. Od 1926 roku mieszkał w stolicy Francji, gdzie założył Atelier 17. Tego miejsca, akurat nikomu przedstawiać nie trzeba. To jedno z najbardziej symbolicznych miejsc w Paryżu tamtych czasów i być może – obok galerii Leo Castellego – najważniejsza kuźnia młodej awangardy.

Hayter pokazał u siebie Willema de Kooninga, Jean-Paul Riopelle, Roberta Mattę i Marca Rothko. I tuziny innych.

Takesada pracował w Atelier 17 jako asystent. Tam poznał swoją przyszłą żonę Kate Van Houten, znaną amerykańską artystkę, która również praktykowała w Atelier 17.

Kamień, metal, znak. Nowy język Japończyka stał się już tradycją w sztuce współczesnej. Nadając mu pierwotną symbolikę, wszedł do kanonu aktywności jako oczywisty rezultat rozwijającego się procesu , w których uczestniczymy, albowiem poglądy, upodobania i potrzeby odbioru sztuki wciąż są niedefiniowalne z dystansu jakim dysponujemy. Bo w myśl tych założeń, Matsutani szukał zawsze dla swoich wypowiedzi znaków najprostszych.

Takesada Matsutani, Centrum Pompidou, Paryż lipiec – wrzesień 2019

18
2
skomentuj
lubię!
przeczytane
250
razy

JIKIHITSU, Sygnatura artysty

W Warszawie, z początkiem czerwca, trwała konferencja „JIKIHITSU, Sygnatura Artysty“. Z założenia chodziło o obecność tradycji japońskiej we współczesnej sztuce polskiej, lecz format konferencji przerodził się w wydarzenie obejmujące wiele relacji na poziomie światowym. W SARP przy Foksal 2, odbyły się nie tylko odczyty z doświadczeń artystycznych, w tym referaty, ale też doszło do spotkania o wymiarze estetycznym i emocjonalnym.

Jikihitsu, Foksal 2 Warszawa, fot@Daniel Rumiancew

Trzeba od razu powiedzieć, że uczestnicy tego wielo-formatowego spektaklu, przedstawili najwyższy kunszt intelektualny, wielką wiedzę i doświadczenie. Wśród nich to naukowcy, wykładowcy, badacze i artyści. Relacje Japonia-Polska –Świat ukazały potężne zasoby intelektualne, drzemiące w uczestnikach, doskonały warsztat twórczy i ogromne doświadczenie w obszarze japonizmu, filozofii, a także wizji tych artystycznych relacji.

Jikihitsu, Foksal 2 Warszawa, fot@Daniel Rumiancew
Jikihitsu, Sygnatura Artysty fot.@Daniel Rumiancew, po prawej prof. M Hayashi, po lewej prof. Shigemi Inaga

Świetna robota została wykona przez organizatorów. Trudno w tak krótkiej notatce wymienić wszystkich obecnych, bo konferencja trwała 3 dni, a towarzyszyły jej także wydarzenia o charakterze wystawowym. Co zrobić: wymienię choć kilka osób. A zatem profesor Jerzy Malinowski, profesorowie z Japonii Akiko Kasuya i Michio Hayashi i Michael Schneider. Hayashi mówił o koncepcji zdobnictwa, a Schneider o drukach artystycznych. Fenomenalne prezentacje. Potem był Paweł Pachciarek, znany już światu jako twórca Celebration. Profesor Yuko Nakama, który mówił o cyfropwej estetyce. Kapitalnie też opowiadał Radosław Predygier, znany francuskim bywalcom sztuki z Rivoli 59, a teraz mieszkający w Okayama, gdzie mieści się kolekcja awangardy słynnej grupy GUTAI.

Konrad Juściński, Dwie drogi, jeden kierunek fot. @T Rudomino

Świetny projekt wizualny, będący szerszym, z pewnej perspektywy dialogiem z Mono-Ha, przedstawił także profesor Konrad Juściński, a obok niego, doskonale wpasowany w to wszystko Nonki Nishimura. Warto dodać, że były i historyczne refleksje, na przykład o obecności Magdaleny Abakanowicz w Japonii, o czym mówiła Milada Ślizińska oraz prezentacja na temat Koji Kamoji w wykonaniu Anny Dzierżyc-Horniak z KUL. Profesor Yasuyuki Saegusa mówił o projektach rezydencji z Kumamoto. Wystąpiła Gabriela Morawetz. Nie zabrakło omówienia twórczości Aliski Lahusen, ani recepty na japońskość, czyli prezentacji skarbów Mangghi.

Józef Wilkoń, fot. @T Rudomino

Słowo uznania należy się Magdzie Durda-Dmitruk, która to wszystko spięła i podniosła na wyżyny doskonałej imprezy. Z tych naukowych i artystycznych spotkań, powstanie zapewne tom relacji, referatów i renezcji, na który wszyscy czekamy z niecierpliwością.

Jikihitsu, Sygnatura Artysty, 10/12 czerwca, SARP, Warszawa

9
0
skomentuj
lubię!
przeczytane
112
razy

Wenecja: Cosmo-Eggs

Hiroyuki Hattori, kurator pawilonu japońskiego podczas Biennale w Wenecji mówi, że jajka są odbiciem Kosmosu, wciąż jedynym i nieograniczonym źródłem życia. W każdym sensie, dają poczucie naszej obecności w świecie. Każda ingerencja w ten świat burzy porządek natury. Człowiek wszedł brutalnie w naturalne otoczenie, zmieniając jego ekosystem, tym samym stworzył pole do autodestrukcji.

Motoyuki Shitamichi, Tsunami Stone

Projekt „Cosmo-Eggs“, przygotowany na Biennale obejmuje kilka równoległych działań i został przygotowany przez cztery osoby: artystę (Motoyuki Shitamichi), kompozytora (Taro Yasuno), antropologa (Toshiaki Ishikura), architekta (Fuminori Nousaku).

Motoyuki Shitamichi to postać barwna. Pochodzi z Okayamy, ma 40 lat. Podróżował po Japonii i świecie, brał udział w wielu wystawach i festiwalach. Ukończył Musashino Art Univeristy (2001). Jego ciekawość świata zaprowadziła do kreacji koniecznej w tym obszarze postawy twórczej, która od wielu lat dręczy Japończyków. W jakimś sensie to nawiązanie do działań grupy Mono-Ha i ich mega projektów, które swym prowokacyjnym wtargnięciem na łono natury zmusiły do refleksji o jej zagrożeniach. O ile Mono-Ha to zabytek w sztuce współczesnej, tak projekt Hattoriego w jakiś sposób reanimuje te postawy twórcze i nadaje im nowy wymiar, w kontekście zagrożeń, jakie pojawiły się od tamtego czasu. Głos w tej sprawie jak widać wciąż jest potrzebny.

Motoyuki Shitamichi @by Atsushi Takeuchi/ Japan,Osaka

Słowo o kuratorze wystawy: Hiroyuki Hattori to także czterdziestolatek, znany z dynamicznych projektów podczas Aichi Triennale czy ESCAPE from the SEA w Malezji. Ukończył Waseda University, był kuratorem Aomori Contemporary Art Centre. To, co go interesuje to relacje pomiędzy widzem a artystą, zatem to także czyni go klasykiem na japońskiej scenie „warsztatów twórczych“. Nawiązanie do tradycji workshopów to element wyraźny we współczesnej topografii artystycznej tego kraju.

Japoński pawilon przygotowała The Japan Fundation

Biennale w Wenecji, 2019

#BiennaleArte2019 #motoyukishitamichi #hiroyukihattori

9
0
skomentuj
lubię!
przeczytane
197
razy