Jean Michel-Basquiat, Korhogo

Andy Warhol, Jean-Michel Basquiat

I oto dziś, ikona nowojorskiej sceny artystycznej lat osiemdziesiątych XX wieku – malarz transawangardy Jean-Michel Basquiat, doczekał się największego pomnika. I to w Paryżu, miejscu cokolwiek trudnym i cholernie krnąbrnym. Bo właśnie w stolicy Francji Fundacja Louis Vuitton po raz pierwszy udzieliła schronienia pojedynczemu artyście. Jemu właśnie.

Jean-Michel Basquiat, Korhogo, Centre Culturel Français, 1986

Wystawa jest imponująca i otwiera z pewnością nowy rozdział w historii sztuki współczesnej. Basquiat dołączył zatem do wielkiej klasyki i od teraz spocznie na zawsze w tym Panetonie, tuż obok Paula Gauguina, Paula Klee czy choćby Pablo Picassa.

Bez wątpienia to wtargnięcie na szczyty może budzić wątpliwości dla wielu krytyków i historyków sztuki, ale marsz Basquiata ku świetlistej sławie, począwszy od wystawy u Bruno Bischofsbergera, mógł od początku wskazywać, że kiedyś to się stanie, że właśnie do Basquiata przylgnie etykieta z dopiskiem „genialny“.

Odkrył go dla świata  Andy Warhol. Znalazł tego Portorykańczyka, gdzieś na śmietniku wagabundów, nie mających pomysłu na życie za wyjątkiem pasji do ręcznego kolorowania ścian miasta. Graffiti, marihuana, alkohol. Brudne zaułki Nowego Jorku. Nim trafił do Annina Nosei Gallery, Basquiat był tylko czarnoskórym chłopakiem z undergroundu.

Annina Nosei Gallery została zamknięta w 2006 roku. Całe swoje archiwum przekazała wtedy do Fales Library Special Collections. W tym także listy i notatki Basquiata. Właśnie w Nosei Gallery odbyła się jego pierwsza wystawa. Był rok 1981. Dwa lata później jako młoda legenda pojawił się w Lucernie. Wtedy zadebiutował w Europie. Malował intensywnie, zachłannie. Jakby chciał łapać chwile i myśli, które kołatały się w jego głowie. Malował ostro, jednoznacznie posługując się pędzlem i szpachlą. Jak niegdyś Jean Dubuffet, albo Jean-Pierre Vanhonsebrouck. To skojarzenia formalne. Wyrosłe gdzieś z afrykańskiego dna. Pierwotnej linearności. Kreski, natchnienia, wściekłości.

Basquiat dodał do swych powinowactw jeszcze jeden element: uliczny komentarz. Tym razem słowny. A zatem pisał obok malarstwa, równolegle, używając do tego znaków, wielkich liter. Słowa proste, hasła raczej. Raz uzupełniając, a za innym tworząc odrębne obrazy.

Basquiat jeszcze jako undergroundowy stylista nowojorskiego graffiti podpisywał się znakiem. Była to korona i słowo „Sam“. Właśnie obrazy z graffiti jako pierwsze przeniósł na płótno. Początkiem była wystawa The Times Square Show, na rok przed pierwszym indywidualnym występem w Nosei Gallery. Miał wtedy dwadzieścia lat. Do końca życia jego sztuka stała się nośnikiem kultury ulicy, proletariackim żargonem z użyciem cytatów ze środków masowego przekazu, symbolami i aluzjami do odległych światów kultury muzycznej, rytmów afrykańskich i portorykańskiej popkultury.

Paris 1986

W roku 1986 Basquiat pojechał do Korhogo, miasta położonego na Wybrzeżu Kości Słoniowej. Miał już wtedy mocną pozycję ikony nowojorskiej transawangardy. W centrum kultury francuskiej pokazał się jako guru malarstwa, który swój pierwszy krok w sztuce uczynił właśnie jako Afrykańczyk.

Basquiat pokazywał świat zniekształcony, jakby po torturach. Pełno w nim fetyszyzujących symboli, których źródła odnalazły się właśnie w Korhogo. Wcześniej Andy Warhol, Fernand Léger, a także Pablo Picasso zostali zaimpregnowani wirusem sztuki z tego afrykańskiego wybrzeża. Obiekty rytualne, maski, rzeźby, wszelkie artefakty kultury sénoufos. A zatem języka i świata ludzi całego wybrzeża od Mali, Burkina Faso po Korhogo. To właśnie kultura i tradycja sénoufos przywiodła Jean-Michel Basquiata na tamto wybrzeże. Spotkał wtedy Mamadou Sorho rzeźbiarza, pracującego na ulicy tego miasta. Dla niego Basquiat był kimś obcym, pochodzącym z dalekiej krainy, nikim szczególnym. Chłopakiem w dżinsach, któremu towarzyszyli bogaty marszand i paru przyjaciół z dalekiej Ameryki. Jednak dla Basquiata Sorho wydobywał z hebanu kształty, będące głosem pokolenia. Takiego jak on. Też niegdyś pracującego na ulicy.

Korhogo, 1986

W Korhogo zaprzyjaźnił się z malarzem pochodzącym z tej miejscowości, ale którego poznał wcześniej w Paryżu. Nazywał się Ouattara Watts. Miał on pomóc przy zorganizowaniu spotkania z szamanem w Abidjanie. Basquiat bardzo interesował się tajemniczym światem rytuałów, wierzył, że organizm ludzki jest repliką struktury kosmicznej, śmierć jest przemijaniem, przemijanie jest odrodzeniem, bo jak powiadał: “…żyjemy w tych, którzy przychodzą po nas…“

Poza życiem czas nie istnieje, Żyjąc tworzymy czas. Palcami naszych dłoni tkamy nasze życie… to obrazy, rzeźby, albo słowa zapisane ręcznie.

Ouattara przyjechał do Nowego Jorku kilka lat później. Zamieszkał w tym mieście zaraz po śmierci Basquiata. Lecz kiedy ten ostatni umierał w swoim apartamencie, Ouattara wiedział o tym jeszcze tego samego dnia i wraz z szamanem z Abidjanu odprawili wspólnie rytuał wędrówki duszy Nowojorczyka.

Światową karierę zawdzięczał właściwie Basquiatowi – jeśli dusze nasze wędrują, to z pewnością Basquiat żyje dalej w Korhogo, gdzieś na ulicy. Jest być może rzeźbiarzem, albo jakimś dzieciakiem, który kawałkiem węgla rysuje na ścianach słońce i księżyc, gdyż to one spowijają człowieka i jego życie…

Jean-Michel Basquiat, Foundation Louis Vuitton, Paryż 2018

 

11
1
skomentuj
lubię!
przeczytane
2.13t
razy

Jean Michel-Basquiat, Notebooks

To absolutne cudeńko edytorskie.
W zasadzie każdy, kto interesuje się sztuką współczesną, powinien je mieć w domu. To po prostu notesik słynnego nowojorczyka, kluczowej postaci sztuki lat 80 w Stanach Zjednoczonych.
Jean-Michel Basquiat to legenda. Jego kariera stała się motywem do filmów, rozpraw naukowych, wielu publicystyk i dyskusji o kondycji sztuki, choćby o neoekspresjoniźmie, postmoderniźmie, a nawet wszystkich dostępnych fiszkach, oznakowanych jako „Sztuka końca XX wieku“.

Notesik artysty służyć ma teraz każdemu. Nie jest bowiem wypełniony do końca. Można go uzupełniać. Są w nim strony puste, pobrudzone, porysowane i strony zapisane. Ale zdania są tam krótkie, zwarte, w zasadzie rodzaj adnotacji. Pisane ręcznie, zygzakami, kolorowym ołówkiem, najczęściej czerwonym. Niezbyt zrozumiałe, jeżeli nie znamy życia Basquiata. Ale Ci, którzy choć trochę interesują się jego malarstwem, będą wszystko wiedzieli. Notes to dodatek do jego bujnego, aczkolwiek krótkiego życia. Krem na torcie. Świeża poziomka w budyniu waniliowym.

A zatem mamy tam szkice, znane z obrazów. Piktogramy, korona, namiot, jakieś wycinaki, figuracje. Jego sztuka jest pochodną śródziemnomorskiej i awangardy w ogóle. Wiele zawdzięcza pop-artowskiej dialektyce, a to za sprawą swego mentora Andy Warhola. Lecz korzenie Basquiata idą dalej, w kierunku Der Blaue Reiter i Neue Künstlervereinigung. Ten ślad i podatność na ekspresjonizm, stał się u niego znakiem rozpoznawczym. Lecz swobodna maniera, wolny umysł, charakterystyczny luzacki styl, błazenada i oczywiste guru w tle – to także intelektualna zawartość, jaka tkwi w jego artystycznej kreacji. Niestety już bez szans na kontynuację bo Jean-Michel Basquiat zmarł w wieku dwudziestu ośmiu lat, a zaten nie wiemy, co po bujnym szaleństwie przyniosło by jego malarstwo.

Jean-Michel Basquiat, Notebooks, Princeton University Press

14
0
skomentuj
lubię!
przeczytane
603
razy

Wciąż te same rewolucje

Zagadnienia władzy  i tożsamości zdominowały japońską scenę awangardy, a zatem treści, które musiały być kontrowersyjne, radykalne i uwikłane w filozoficzne konteksty, czyli krótko mówiąc były to skutki wojny, manipulacje władzy oraz mediów, wreszcie społeczny konformizm, wszechobecny konsumpcjonizm.

I tak oto, pojawił się niespodziewanie stereotyp świata sztuki zaangażowanej, najsilniej w duchu kontestacji. Udział artystów w tym szeregu miał w Japonii podłoże powojenne, niezbyt dramatyczną, ale upokarzającą amerykańską okupację i jednoczesną – co ważne -masakrę klanu społecznego, pojmowanego jako ogólną konstrukcję Rodziny i Państwa. Pojawił się wtedy Mishima Yukio, początkowo romantyk, który przeczuwał nadchodzący koniec świata i śmierć jako domenę młodości, co w Japonii rozumiane jest jako trwale wpisaną w życie i jego dekadenckie zakończenie. W zestawieniu z Shintaro Ishiharą, guru japońskiej młodzieży okresu kontestacji, duch ideologii śmierci, odwieczna pustka i  „zimny płomień“, doprowadziły do narodzin intelektualnego podłoża, na którym wyrosły talenty muzyczne Kaoru Abe, Yoko Ono, Doji Morita, a w malarstwie Kôsai Hori.

Z jednej strony Morita Dōji. Ikona, cudowny głos i zaklęta w poezji jej muzyka. Była niezwykła, tajemnicza. Uosabiała tęsknotę za wolnością. Żyła bowiem w czasach wagabundów i zbuntowanych trubadurów, artystów wolnej miłości i niczym nieograniczonego ducha. W Paryżu śpiewał Serge Gainsbourg, a w Tokio ona. Na obrazach królował wtedy Jean Dubuffet, a na Polinezji Jacques Brel właśnie kupował rozklekotany samolot o imieniu Jojo na cześć swego przyjaciela Georgesa Pasquier, aby wozić nim chore dzieci z Atuony do odległego szpitala w Papeete. Wracając do awangardy…

Japończycy podnieśli bunt formalny gdzieś w latach 50-tych, kiedy w Ameryce rządziła abstrakcja, a w Europie Nowy Realizm. Ale ten ich bunt miał także podłoże systemowe, inaczej u nich pojmowano wszak nonkonformizm. Choć bunt to bunt, zawsze ma takie samo oblicze, gdy przyjdzie go podsumować.

Może nawet duch czasu sprawił, że niedawną wystawę japońskiej awangardy w MoMa (2013), sponsorowała firma Uniqlo, bodaj najbardziej rozpoznawalny znak czy symbol czasów konsumpcyjnej epoki, powszechnej pogardy do intelektualnego wrzenia, a więc takich czasów, gdzie główną regułą jest wyłącznie podobać się i wzruszać.

W zdominowanej przez wabi sabi japońskiej estetyce i ducha mistrza Ojio Yūshō, który świadomie stworzył z nich symboliczne znaki niekończących się podróży, sztuka Kôsai Hori stanęła na opak tej tradycji, wnoszącej od wieków ku niebu, japoński hymn o harmonijnej iluzji, czyli o tym, że posiadła absolutną mądrość do jak najpiękniejszego umierania.

Hori to malarz abstrakcji.  Maluje olejem, ołówkiem, pastelami, węglem. Jest drapieżny. Choć chciałoby się powiedzieć, że jego obrazy są uwerturą do praktyki artystycznej, której odniesienia sięgają wyżyn cnót i powagi.

A wszystko to widziane, tak jak piękno rozumieją malarze  awangardy: Hegel nie powiedziałby, że to coś najpiękniejszego, a Goethe nie padłby na kolana.

Tymczasem na tle dwudziestu paru ludzi kręgu awangardy po obu stronach Pacyfiku, z których połowy nie można odróżnić od siebie, tylko związki Kôsaia z szerszą kulturą, a więc inteletualnym tworzywem czerpanym ze świata literatury, kina i sztuki śródziemnomorskiej, czynią go najbardziej wyraźnym.

A zatem najpierw była szkoła w Tama. Czyli Tama Art Univcersity. Świetny adres, a jeszcze bardziej znakomite muzeum współczesnych artystów. Najbardziej znany absolwent szkoły to Issey Miyake, projektant mody i perfumeryjny gigant, lecz w dziale „awangarda“ na szczyty wdrapał się właśnie Hori. Jego abstrakcjonizm pojawił się dość późno. Jak zwykle w takich przypadkach bywa, artysta tkwiący na pograniczu konceptualnego buntu, pojechał do Paryża, a tam zarażony czystą formą postanowił zakwestionować wszystko to, co do tej pory zrobił. Warto tu nadmienić, że cechą współną Japończykow jest używanie pigmentów. A Hori uczynił z tego swój znak rozpoznawczy. Wraz z kompozytorem Yasunao Tone założyli grupę Bikyōtō Revolution, która będąc czymś na kształt duchowej wioski, umocowała w Japonii przekonanie, znane skądinąd doskonale w Europie, że kolektywność w sztuce jest szkołą na wieczne przetrwanie…

 

Tomasz Rudomino

 

Na marginesie wystawy Kôsai Hori w  Mizuma Art Gallery, 3-13 Ichigayatamachi, Shinjuku oraz teorii malarskiej znanej jako Colectivism after modernism.

23
1
skomentuj
lubię!
przeczytane
1.81t
razy

Apolinère Enameled

Dwadzieścia lat temu Marek Kamieński powiedział redaktorowi „Sztuki Polskiej”, że alternatywne dziedziny sztuki są dla niego zawsze synonimami tego, co w awangardzie najlepsze w bezpośredniości, zwłaszcza takiej, która ujawnia się wbrew intencjom twórców.

I teraz spośród tych najznakomitszych akordów sztuki, wydobywa nieśmiertelne paralele: Marcela Duchampa.

Na pierwszy rzut oka jest jak w starym albumie, opisującym sztukę od końca 19. wieku, w którym dzieła sprzed stu lat opisywane są językiem filozofii poststrukturalistycznej, a nawet postmodernistycznej.

Musi tam też znajdować się collage Marcela Duchampa z reklamą emalii Sapolin, będący grą słów i hommage dla Apollinaire. No po prostu musi i już!

Dwadzieścia lat później Kamieński mówi tak: „Mój wybór dotyczył raczej układu liter i długości napisu, więc spraw czysto formalnych – nie musiałem wymyślać jakichś własnych, nic nie znaczących zestawień długich słów w obcym języku, bo już były. Oczywiście nikt nie zwrócił na to uwagi, bo niby skąd mieliby to wiedzieć? Kto się dzisiaj zna na sztuce? Ciągle maluję więc to, co w pierwszym rzędzie mnie się podoba, to samo dotyczy prawej strony tego tryptyku – aluzji do pracy Barbary Kruger, w której zastąpiłem Łuk Triumfalny nowoorleańskim Piazza Italia, jako symbolem architektury postmodernistycznej, a tytuł zmieniłem i dodałem mało używane w angielskim słowo impression w znaczeniu parodii. W tym przypadku cały obraz jest poświęcony częściowo „mojej” formacji artystycznej, stąd tytuł – Sally rev., bo David Salle każe wymawiać swoje nazwisko- Salli, a dotyczy w głównej mierze „sztuki zawłaszczania”, której drobnym odpryskiem było to co robiłem kiedyś”.

Marek Kamieński to malarz pokolenia transawangardy, albo polskiej Nowej Fali. Absolwent katowickiej filii ASP w Krakowie. Uprawia malarski dialog jako formę „kultury wolnego czasu”, czym nawiązuje do Barbary Kruger, ale także Davida Salle i Juliana Schnabela, którzy przywołali w pewnym momencie kicz jako zwycięstwo zawsze tłumionych tendencji. Mieszka w Katowicach.

25
0
skomentuj
lubię!
przeczytane
1.17t
razy

Québec i Giacometti

Ten najważniejszy Szwajcar sztuki współczesnej, choć z Paryża musiał w końcu i tam dotrzeć. Do Kanady, a ściślej do Musée national des beaux-artes du Québec.

To jedno z najciekawszych muzeów na kontynencie amerykańskim. Trochę, co akuraty oczywiste, z francuską filozofią, że chłód ekspozycji musi jak najgoręcej przemawiać do widza. Giacometti to artysta niekontrowersyjny jak wielu jego rówieśników, lecz hurtem korzystający z wielu duchowych buntów, które nawiedziły sztukę od połowy lat dwudziestych. A zatem wszelkie nuty surrealizmu, abstrakcji geometrycznej i tej linearnej, słowem powinowactwa od Arpa i Miró, teksty Bretona, a jeszcze w dodatku „Melancholia“ Dürera, to wszystko jest tutaj, w tej jednej wielkiej twórczości człowieka, który jako artysta stosunkowo długo dojrzewał, gdyż po drodze stąpał po najrozmaitszych rozpadlinach sztuki jak Odys nie mogący odnaleźć tej właściwej.

Alberto Giacometti pochodził z rodziny artystycznej. Jego ojciec był malarzem, podobnie jak stryj, sławny Augusto Giacometti, studiujący także w Paryżu.

Alberto był zatem skazany na bycie artystą już od dziecka. Podobnie jak Japończycy, studiujący kaligrafię, cierpliwie i starannie przygotowywał się do swojej życiowej roli. Początkowo rzeźbiarskiego fachu uczył się w pracowni u Bourdellego, co jednak mu jakoś nie pasowało z uwagi na temperament jaki przejawiał, znajomość twórczości Picassa i kubistów. Kiedy poznał André Bretona wiedział w jakim kierunku go ciągnie…

Z surrealizmem, w którymś momencie zerwał, bo jego koncepcja sztuki zmierzała jednak do widzenia świata „tak jakby wynurzał się z otchłani po raz pierwszy”. Wiązało się to z jego poszukiwaniami figuratywności i związkami, które można wyrazić w rzeźbie, a mianowicie łącznikami pomiędzy artystą, modelem a samą przestrzenią. To zmusiło artystę w jakiś sposób do powrotów z początku kariery: rysunku i malarstwa. Tu także dominowały figuracje, obsesyjnie monochromatyczne, spłaszczone i z wibracją faktury. Zbliżył się w ten sposób do ekspresjonizmu, ale w gęstwinie zawartej tam symboliki żaden z twórców tego kierunku nie miał szans z Giacomettim się zrównać.

Na wystawie w stolicy prowincji Québec, dominują nie tylko rzeźby czy rysunki. Przede wszystkim jest on sam. Giacometti w swojej pracowni, w wywiadach czy wypowiedziach. Można go zobaczyć i posłuchać jak mówi. To ciekawe doświadczenie. Wyłania się bowiem z tych kronik cała osobowość artysty. Giacometti jest spokojny, mocno skupiony. Mówi głębokim głosem. W jego widzeniu świata zawiera się stara teza o paraboli jaka dosięga artystów. Z początku, gdy napotykają na abstrakcjonizm czy surrealizm, trafia ich piorun energii. Wylewa się ekspresja na wszystkie strony. Potem jednak przychodzi ochłodzenie emocji. To dlatego, że drogi surrealistów się rozeszły. Rzeczywistość zgubiła tamte manifesty.

I Giacometti także doszedł do ściany. Jego temperament przygasł, ale nurtujące go cele, podpowiedziały inną ścieżkę. Odnalazł tam swoje ogniwo. Stał się jedyny na świecie, który potrafił zgasić ekspresjonizm, ale jednocześnie tkwić w nim po same uszy. Wielka siła zaklęta w tych małych, subtelnie rzeźbionych figurach odnalazła swoje ujście w przestrzeni poza nimi. To wielka rzadkość być takim artystą.

Wystawa w Québecu odpowiada na wszystkie pytania dotyczące jego drogi twórczej. Podzielona jest chronologicznie, epizodami z życia artystycznego Giacomettiego. A zatem jest surrealizm, realizm, obrazy i jego własny świat rzeźby. Mówi o tym wprost: dlaczego jestem rzeźbiarzem? Niby odpowiedź jest prosta: zrobił przecież popiersie swojego brata, kiedy miał 13 lat. To przeznaczenie. Ale czy tylko dlatego?

Z pewnością warto zapoznać się z tekstami w albumie wydanym przy okazji tej wystawy, przy współudziale Fondation-Giacometti.

 

Marta Perez

 

Alberto Giacometti, retrospektywa artysty (1901-1966) w Musée national des beaux-artes du Québec., maj 2018

20
0
skomentuj
lubię!
przeczytane
701
razy

Ryoji Ikeda, Continuum

Wystawa Ikedy w Centre Pompidou to formalnie rzecz biorąc, raczej spektakl, którego wymowność tytułu miała nas przenieść do świata pytań o meta-trwanie. Każdy, kto patrzy na Ikedę wie, że tego typu odniesienia są następstwem pojmowania diapazonu jako skali, nie tyle co muzycznej, lecz logicznie łączącej dwa światy. Ten drugi, to oczywiście obrazy.

Ikeda zaczynał jako muzyk. Dźwięki były dla niego artystycznym trwaniem. To od nich zawsze czynił pierwszy krok. Dopiero drugi to były video i kształty. Pisząc „kształty“ , definiuję je trochę jak obrazy. Lecz nie dosłownie w sensie malarskim. Bardziej jako rodzaj konstruktywistycznej przestrzeni, która nabiera oblicza, gdy płynie w określonym rytmie. Powinowactwa są tu przeróżne.  Od grafik Kazumasa Nagai po eksperymenty Christiana Boltańskiego. A zatem mają intermedialny charakter.

Ikedę należy oglądać „na żywo“. Przynosi najwięcej wrażeń i estetycznego doświadczenia. Czuć wtedy trwającą u niego akustyczną wibrację. Potrzebę łączenia wielu doświadczeń. Wibracje odczuwamy siedząc przed jego Continnum. Obrazy mkną w rytmie tych wibracji. Choć to muzyka. Ale całość wygląda tak, jakby czarno-białe płaszczyzny Ryszarda Winiarskiego puścić w ruch. I nadać im harmonijnego rytmu, właśnie poprzez wibracje. Choć słowo „harmonijne“ kojarzy się z łagodnością. Celem Ikedy jest raczej odwrotność łagodności.

Pochodzi z Gifu. Miasta leżącego w centralnej Japonii, niedaleko Kiso. Za czasów Edo, biegł tamtędy sławny samurajski trakt do Kioto zwany Nakasendō. Znajduje się tam również zamek Kanō, zbudowany po legendarnej bitwie pod Sekigaharą.

Ikeda wyemigrował do Paryża, gdzie od lat tworzy i mieszka.

Edouard Longue

 

Ryodi Ikeda, (urodzony w 1966 roku) wystawa Continuum w ramach festiwalu sztuki i historii Japonii „Japonismes 2018“, Centre Pompidou, Paryż, lipiec-sierpień 2018.

 

19
1
skomentuj
lubię!
przeczytane
1.25t
razy

Świat według Alfreda

Albert

Spotkaliśmy się po raz pierwszy w Ottawie, przy okazji jakiejś uroczystości, kiedy wręczono mu medal za służbę Polsce. Dzień później siedzieliśmy już w jego pracowni w UQAM. W Kanadzie to jeden z najważniejszych artystycznych adresów. Wiele lat temu utorował mu drogę do międzynarodowej sławy.

Albert

Nasze spotkanie przypadło na wczesną wiosnę. Umówiliśmy się rano przy René Levesque. W Montrealu, w zakamarkach ulic,  gnieździł się jeszcze zlodowaciały śnieg. Alfred przyszedł w czapce z nausznikami i grubym płaszczu. Na dzień dobry powiedział, że jego początki były tak dawno, że nic nie pamięta. Il fait très frette – mamrocze pod nosem… To w „québécois“, że  zimno. Spacerowaliśmy trochę. Zaczęliśmy od kawy u Włocha, tuż obok Uniwersytetu. Kawa o poranku to zbawienna rzecz. Przejaśnia umysł. Wypełnia wszelkie dziury w pamięci. Wracają cytaty z historii sztuki i zdarzenia sprzed pół wieku. W projektowaniu najważniejsze jest sformułowanie idei. To jak harmonogram u chirurga. Jeśli napędza cię energia, to masz zapewniony ruch: głowa – ręka – ołówek. Tak sobie obojętnie gadamy przy kubku gorącej kawy. Van Houtte u Włocha w Montrealu. Przyczynek do innej dyskusji o tym mieście. Niezwykle otwartym i tolerancynym.

Jego uczniowie wymalowali na ścianie, przy wejściu do pracowni, fresk ku pamięci swojego profesora. Ten fresk to raczej forma mieszana. Collage. Jak ołtarz w tym przypadku. Pokój Alfreda w UQAM ma numer 125. Przy tabliczce profesor zaczepił, obok swojego nazwiska zaproszenie na paryską wystawę Romana Cieślewicza z reprodukcją Mona Tse-Tung. Cieślewicz to jego żywe wspomnienie. Ale o Paryżu nie chciał rozmawiać.

„Kiedy przyjechałem do Francji, od razu zaczepiłem się do pracy, mogłem w jakiś sposób się realizować, szukać pomysłu na swoją twórczość. Ale paradoksalnie, to właśnie w Paryżu dopadła mnie bezsilność…“

Był krótko, zbyt krótko aby tam zaistnieć. W kolekcji wielkich osobistości od Teresy Byszewskiej poprzez Jana Lebensteina czy Romana Cieślewicza, był ledwie  kropelką w morzu absolutnych mistrzów, a i młokosem w pewnym sensie, bo przy sędziwych weteranach talent miał w tym przypadku drugorzędne znaczenie.

A nad Sekwaną było jak u Gombrowicza: …gdybym chciał w paru słowach zamknąć mój pobyt w Paryżu, to to było przede wszystkim to – chodzenie po ulicach.

Kilka dni przed spotkaniem z Alfredem pojechałem do Québec, aby zobaczyć właśnie jego Gombrowicza. Ściślej „Biesiadę u hrabiny Kotłubaj“. Były w zasadzie dwa plakaty o tym przedstawieniu, ale w tamtejszym muzeum sztuki wisi tylko ten z krową w czerwonym pantofelku. Ducha Witolda Gomrowicza Alfred nie zgasił. Z łatwością ujawnił to, co doskonale wiemy o nim: niedostateczność człowieka cywilizowanego wobec kultury, która go przerosła.

W pracowni profesora rzuca się w oczy wycinanka ze wszystkiego. Alfred to wszak plakacista starej daty. Układa sobie na desce wszystkie elementy. Najpierw jednolite tło, potem jakieś fotografie, wycina na przykład rożek z gazety. Układa litery. Paski, kropki. Jest perfekcjonistą. Kiedy nie projektuje to skleja kolaże z rzeczy znalezionych na biurku. Kawałki kartek, różne rastry, fotografie, patyki znalezione w ogrodzie, albo rysunki. Widzę zdjęcie Jana Pawła II, albo Czesława Miłosza. Na tym drugim stoją razem. Trafiam też na wycinankę z drabiniastym wozem. Alfred – woźnica. Jak Cieślewicza Mona Liza chińskiego przywódcy. To maniera starych mistrzów. Dobra cecha. Uczniowie Alfreda uwielbiają stare szkoły. Kanada tonie w plakatach robionych techniką Alfreda. To geniusz, powiadają. Nauczył ich wszystkiego. Niektórzy zrobili wielkie kariery. W Québecu wszystko jest proste. Albo jest dobre, albo złe. Nie ma innych rozwiązań. Jak nie wiadomo co powiedzieć, czy jest źle, czy gorzej, mówi się wtedy „tabarnak“. I to już jest wtedy najniższa ocena. Nie można z niej wybrnąć w żaden sposób pozytywnie. W sztuce plakatu oznacza to odpłynięcie na bezdroża.  Ale w przypadku Alfreda jest tam tylko jedno określenie:

geniusz.

Wychował całe pokolenia.

Czterdzieści lat spędził na UQAM.

Trafił tam w 1977 roku. Współtworzył centrum designe’u.  Wtedy jego aktywność wyraźnie zaczęła oscylować wokół dwóch nurtów: własnej twórczości i l’École de Design UQAM. Wiele lat później centrum upamiętni swojego mistrza i mentora wielką retrospektywą.

Urodził się w środku wojny, z początkiem lutego 1942 roku, niedaleko Zamościa, w małej osadzie o nazwie Zawada. Patrzyłem na fotografię, znalezioną w pracowni, jak mały Alfred przystępuje do świętej komunii, na jego mamę i ojca na rowerze, gdzieś tam na polnej drodze. W Zamościu ukończył Liceum Plastyczne. W Zamościu też jest dobrze studiować historę sztuki i włoskie koncepcje architektury. Wrażliwemu człowiekowi potrafią wiele dać te doświadczenia.

A potem były szkoły w Katowicach i Akademia Sztuk Pięknych w Krakowie. Pod Hutą Lenina zatańczył  w stroju ludowym, bo miał także talent do tańca i jego nowa pasja zawiodła go do wielu zakątków świata. To kolejne zdjęcie ze zbioru znalezionego na UQAM. W pracowni pełno poprzybijanych szpilkami zdjęć, a to z Aten, albo Leningradu. Alfred długo wędrował ze swoją trupą Pieśni i Tańca. Lecz w Paryżu trafił na A.P.E.I a później S.E.C. To ważne skróty, rozpoznają je znawcy  historii designe’u. Alfred dostał w Paryżu stypendium, wystarane przez swojego profesora i nauczyciela Włodzimierza Hodysa. To ostatnie nazwisko pamiętamy wszak z „Zebry“, kultowego czasopisma czasów odwilży…

L’École de design w Montrealu to drugi dom Alfreda. Widać to na pierwszy rzut oka po zgrodmadzonych tam przedmiotach i pamiątkach. Na plakacie „ÉCOLE DE DESIGN, BIENVENUE“ maszeruje koń z dumnym kawalerzystą, jakby księciem Poniatowskim na głowie w kepi i epoletami marszałka na ramionach. Lecz bez twarzy. To znak czasu i stanu umysłu. Bo Alfred jest na wskroś polski. Nawet jeśli robi plakat do wystawy Bauhausu, czujemy tam typograficzną więź ze szkołą, jaką dała mu polskość. Znowu Gombrowicz. Ciężka kotwica, która łączy nieśmiertelną chorobę stanów uczuciowych z otaczającą rzeczywistością, odległą od wszelakich związków intymno-patriotycznych bo przecież sięgających do uniwersalnych i prostych znaków ze świata i duszy artysty.


Świat Alfreda. Zebrała się olbrzymia kolekcja artefaktów, które umieścił na plakatach. Alfred na świat patrzy tak, abyśmy wiedzieli, że to on go właśnie widzi. Do patrzenia służą oczy. Alfred nie bez powodu, w ślad za swymi wielkimi poprzednikami w sztuce Renesansu, podkreśla „punkt widzenia“. Nie tyle, co emocjonalny, lecz ten dosłowny. W „Hommage Shiego Fukudy“ patrzy na niego swoim okiem. Jest akurat do góry nogami. Przekornie. To rodzaj mrugania. Fukuda, jak wiemy doskonale, operował nożyczkami. Stały się fundamentem jego filozofii i znakiem rozpoznawczym. Bliskie związki.

Świat Alfreda jest bardzo bliski.

Napisał Marc H. Choko :

z Alfredem nie trzeba rozmawiać aby go zrozumieć. On przemawia do nas tym co robi… W jego dziełach widzimy analogię, rytm, niespodzianki. I poezję. Tak, bo Alfred jest poetą…

 

Dopiliśmy trzecią filiżankę Van Houtte. Było już południe. W Montrealu wyjrzało słońce.

 

Tomasz Rudomino

Alfred Hałasa,

grafik, plakacista i projektant, profesor  na Université du Quebec à Montréal. Jeden z najwybitniejszych polskich artystów. Jego prace znajdują się w kolekcjach muzealnych na całym świecie poprzez Meksyk, Tokio, Chicago, Toronto, Lahti, Hamburg, Toyamę, Hong-Kong.

 

48
2
skomentuj
lubię!
przeczytane
2.6t
razy