Soulages w Japonii

Pierre Soulages, najwybitniejszy francuski artysta otrzymał od cesarza Japonii Order Wschodzącego Słońca. Soulages obchodzi w tym roku, 101 lat swojego życia, należy zatem do skąpego grona malarzy, którzy byli świadkami awangardy, eksplozji amerykańskiej abstrakcji i francuskiego taszyzmu, wreszcie tych wszystkich zdarzeń, które ukształtowały obraz współczesnej sztuki.

Pierwszym Francuzem, który otrzymał ten order był Jules Brunet, oficer artylerii, który walczył pod Toba-Fushimi, a później w siłach armii Republiki Ezo.

Walczył także w słynnej bitwie w zatoce Hokodate, która definitywnie zakończyła erę starej Japonii. Życie Bruneta stało się inspiracją dla scenarzysty Ostatniego Samuraja, filmu który pokazywał losy amerykańskiego oficera szkolącego żołnierzy armii cesarza Meiji. W rzeczywistości, na mocy umowy pomiędzy Shogunem, a Cesarzem Napoleonem III, grupa specjalistów od sztuki wojennej wyjechała do Japonii, aby nauczyć fachu bitewnego, wojskową kadrę namiestnika Japonii z zamku w Osace. W międzyczasie wybuchły konflikty i niektórzy oficerowie francuscy opowiedzieli się po stronie shoguna. Bitwa pod Toba-Fushimi zamknęła epokę Edo. Shogun Yoshinobu został obalony. Nastała era Meiji, ale nim się to stało, na Hokkaido powstała wolna republika. Stworzył ją admirał Enomoto Takeaki. Brunet opowiedział się po stronie przegranych, walczył honorowo do samego końca Edo. Kiedy powrócił do Francji, gazeta Le Figaro okrzyknęła go bohaterem narodowym. O Japonii mówiono we Francji głośno, zapraszano rekrutów do szkolenia, a Francuzi zbudowali Japończykom nawet port wojenny w Yokosuka. Brunet stał się powtórnie bohaterem narodowym, kiedy trafił do niewoli w Metzu, podczas wojny pruskiej. Dostał Legię Honorową za stłumienie Komuny Paryskiej.

Kiedy amerykański dziennikarz przeprowadzał z nim wiele lat później, wywiad do gazety, zwrócił uwagę na samurajski miecz i zbroję w gabinecie generała. Bo Jules Brunet z czasem stał się generałem. W końcu ambasador Japonii przekazał mu list od cesarza Meiji, w którym władca pisał, że dawne winy zostaną mu zapomniane, a liczy się tylko to, że Francuz sławił Japonię po całym świecie.

Albowiem Order Wschodzącego Słońca otrzymują tylko Ci, którzy przyczyniają się do propagowania jej kultury.

Pierre Soulages, pojechał do Japonii zaraz po Nowym Roku 1958 roku. Podróż odbył w towarzystwie swojej żony i kolegi, skądinąd wybitnego malarza Zao Wou-Ki. W Japonii spędzili trzy tygodnie. Trasa ich przygody wiodła przez Tokio, Kioto i Nara.

Yasuhide Shimbata napisał artykuł o tej podróży. To ten sam Shimbata, który opisał japońską kolekcję dzieł sztuki Georgesa Clemenceau, jednej wszak z największych postaci współczesnej Francji.

Soulages był znany w Japonii już od 1951 roku, kiedy jego obrazy pojawiły się na pierwszym Salonie Majowym. Stało się to za sprawą wielkiego Michela Tapié, ikony francuskiej krytyki artystycznej. Tapié sprowadził do Japonii obrazy Soulagesa, Wolsa, Hartunga i przede wszystkim Georgesa Mathieu, który pojawił się także osobiście w Osace oraz zainspirował w jakimś sensie ruch młodej awangardy, której twarzami byli członkowie grupy Gutai.

Grupa japońskich badaczy sztuki, filozofów i krytyków w tym Tsutomu Iijima, Itsuji Yoshikawa, dostrzegli oni w malarstwie Soulagesa ślad kaligrafii, ducha japońskiej estetyki wiodącej ku przeszłości.

W japońskiej poezji znajdujemy, pewien szczególny wiersz, uznany za absolutne arcydzieło, bo dający opis tego, co niewidoczne. Chodzi o górę Fuji, a jej niewidzialność opisał sławny Bashō. Góra została spowita mgłą, utonęła w odchodzącym świetle, zakrył ją mrok, lecz Bashō dostrzegł właśnie wtedy, jej kojące i zmysłowe piękno. Opisał ją tak, jak tylko światło można opisać, choć pozornie już go nie było.

Opisać światło…

Pierre Soulages malował czerń choć mawiał, że maluje wyłącznie światło.

Obrazy Soulagesa powinno się oglądać w mroku. Wtedy czerń na obrazach wabi wszystkimi kolorami, pulsuje, wydobywa światło.

Soulages, a było to pod koniec lat siedemdziesiątych, miał powiedzieć w ślad za Van Goghiem: co to za cudowne piękno – czerń, podczas gdy mistrz z Oise krzyknął naonczas: żółty – ah, co za piękny kolor.

Czarny. Niełatwo z czerni wydobyć inne kolory, a także światło. Potrafią tak malować tylko najwięksi mistrzowie. Zajmują jedną, albo dwie ławki w dziejach sztuki współczesnej.

Tak samo jak w poezji Haiku. W przypadku tej poezji mamy do czynienia zawsze z tym samym: naturą i zdarzeniami naturalnymi, a my, czyli widzowie znajdujemy się w centrum rzeczywistości empirycznej. Jesteśmy w środku natury. Dlatego nie możemy jej opisać w inny sposób. Tak jak rzekę Kiyotaki, niedaleko Arashiyama. Pamiętamy ten wiersz poety Bashō:

Nurt Kiyotaki/Na fale padły świeże/Igły sosnowe

Rzeka i jej nurt. Symbol przemijania. Czym jest czerń z definicji? U Michela Pastoureau, najpierw była Ciemność przed Stworzeniem. Potem czerń symbolizowała wszelakie zło, diabła, siedlisko piekła. Lecz Pastoureau także dowodzi, że paleta czerni biegnie od ohydy po melancholię, wreszcie od pokory po elegancję. I tak jak czerń stała się kodem, etykietą w modzie, tak szarość, jako jej cząstka, stała się symbolem poetów.

W malarstwie czerń była albo kolorem podstawowym, albo zabawą, jak u Gauguina, który nadał jej nowe brzmienie. Ale to właśnie Pierre Soulages stworzył coś nowego, zdefiniował czerń odrębnie. Wymyślił l’outrenoir, a zatem wyszedł poza czerń, choć w niej pozostał.

Był świadkiem zdarzeń, które znamy tylko z literatury. Kiedy przybył do Paryża w wieku 27 lat, był to czas wielkiego osadnictwa awangardy. Surrealiści sprzątali po wojnie, Jean Dubuffet spotkał Michela Tapié, a Mathieu, młodszy od niego o dwa lata, po raz pierwszy pojawił się na Salonie w stolicy Francji. Napisał wtedy: …malarstwo nie musi przekazywać jakiegoś sensu, ale jest robione zawsze z sensem, świadomością i racją.

Tylko raz przyznał, że podziwia innego malarza. To Robert Ryman.

Od początku, kiedy pojawił się w Galerie Lydia Conti podziwiano tylko jego. Tak jest do dziś i pewnie pozostanie na wieki.

Pracował wtedy przy rue Schœlcher. Tam gdzie Pablo Picasso i Simone de Beauvoir. Ale mieszkał przez długi czas w Montpellier, bo zawsze jego pragnieniem było przybliżyć się do morza.

Termin „Infomel“, został przypisany Francuzowi, wkrótce po wystawie, którą zorganizował wspomniany francuski krytyk sztuki Michel Tapié. Chodziło o znaczenie „braku formy“ i w dużej mierze odnosiło się do malarstwa Pierre Soulagesa. Głębokie, poplątane ze sobą skontrastowane plamy stały się dla tego francuskiego malarza znakiem. Różnicował je fakturą, nadawał tony niebieskie, czerwone i czarne, starając się z tej głębi wydobywać harmonię, jak w japońskiej kaligrafii, gdzie liczy się najpierw gest, a dopiero potem kształt. O ile Tapié wygłosił bojowe orędzie przeciwko abstrakcji geometrycznej, tak taszyzm był pojęciem poniekąd ironicznym.

Dla Soulages najważniejsza była czerń, światło i Hans Hartung.

Hartung to nie tylko liryczna przyjaźń artystów. To także jego niezwykłe życie, zasługujące na uwagę, wielce pogmatwane losy artysty.

Miał wielki wpływ na Soulagesa. Zresztą Francis Picabia również. Być może – gdzieś tam obok – maniera Soulagesa, zawdzięcza bardzo wiele pędzlom tych malarzy, ale rodzaj gestu jaki zastosował na swoich obrazach, wrażliwość na kolor, światło, cień, uczyniły zeń mistrza gatunku, tak jak kaligrafia tuszem, czyni perfekcyjnym wtedy, kiedy cała energia i skupienie koncentrują się na nacisku pędzla i odpowiednim ruchu.

Z czerni uczynił kolor. Barwy zamienił na czerń.

W Rodez zbudowano mu muzeum. Jest oszałamiające. Konstrukcja, pomysł bryły i wnętrza, niemal w całości zanurzonego w czerni. Po to, aby w tej czerni, oglądać jego czerń. Niezwykły eksperyment.

W Rodez się urodził, tam znajdował się dom jego rodziców. Nie wracał potem do Aveyron, jedynie na wyjątkowe okazje jak otwarcie tego muzeum właśnie. I to drugie, Fenaille, gdzie oglądać można Menhiry, które go zainspirowały do stworzenia monumentalnych instalacji.

Japończycy dostrzegli w twórczości Soulagesa swój język. Istotę swojego bytu, obecność w przestrzeni. Świat ulotny, bo czymże jest ruch pędzla na płótnie. Jedyny w swoim rodzaju gest. Dostrzegli w nim siebie.

8
0
skomentuj
lubię!
przeczytane
102
razy

Warhol w Tate

Jeśli jest ktoś, kto zrozumiał czym jest obłęd społecznej i mentalnej izolacji, to jest Andy Warhol. 

Andy Warhol, Tate, London, fot D.Midbar

Jego obsesyjne powtarzanie figur, uproszczanie wszystkiego co się da, niemal aż do granicy absurdu, jego nieustanne dążenie spłaszczania świata do wymiaru telewizyjnej iluzji – to taka naprędce sklecona recenzja z wystawy wybitnego artysty – właśnie teraz przyszła, jak na zawołanie, bo wiadomo – w momencie, gdy nasz świat skurczył się do czterech ścian.

Tate Modern nie ma szczęścia do Andy Warhola. Pierwsza próba pokazania jego prac miała miejsce w marcu. Dokładnie na kilka dni przed ogłoszeniem narodowej hibernacji i zamknięciem wszystkiego i wszystkich. Drugie otwarcie wystawy nastąpiło zatem w październiku i znowu zostało przerwane z tego samego powodu, co pierwsze. 

Andy Warhol, Tate, London, fot D.Midbar

Dla tych, którzy mieli szczęście ją zobaczyć, jest ona bez wątpienia czymś więcej niż kolekcją kultowych prac, które są przecież z nami „od zawsze”. Jest też pewnego rodzaju próbą przeniesienia nas do dźwięków i zapachów Nowego Jorku, do jego wielowymiarowego świata niespełnienia i utraconych marzeń. Jest próbą wejścia w świat pewnego człowieka, który na przekór sobie i innym, zmienił świat sztuki. A może raczej nie tylko go zmienił, co ubogacił dopisując do niego kolejny rozdział? Nie, jednak zmienił.

Andy Warhol, Tate, London, fot D.Midbar
Andy Warhol, Tate, London, fot.D.Midbar

Wystawa Andy Warhola jest jak spacer z bliskimi znajomi. Jest więc Marylin Monroe (Marilyn Diptych 1962), Elvis (Elvis I and II, 1864), Mao (1976), francuskie Czaszki (Skull 1972) i Młot z Sierpem (Hammer and sickle 1977). Są kwiatki, drag queens i srebrne chmury imitujące Silver Factory. Ale przede wszystkim jest On. Jakkolwiek surrealistycznie to brzmi, Andy Warhol jest w tej wystawie. Patrząc na jego prace nie sposób dostrzec w nich tego, który za nimi stoi. Relacja na linii malarz – dzieło jest tutaj wręcz namacalna. W jego obrazach odbija się świat, którego teraz doświadczamy. Świat, którego pandemia sprowadziła do egzystencjalnej walki. Świat, który w ciągu kilku godzin ograniczył się do kilkunastu metrów kwadratowych. Świat, który zaczął komunikować się z nami za pomocą elektronicznych słów wypowiedzianych przez usta algorytmiczne usta AI. 

Warhol miał zdolność zobaczenia w rzeczach na pozór beznadziejnych i nijakich, materiał na coś pięknego. Pokazał nam, że to my mamy zdolność czynienia zmian. Mamy zdolność wyjścia z mentalnej hibernacji, z obłędu bycia produktywnym w miernocie. 

Wystawa kończy się monumentalną Ostatnią Wieczerzą, po której jak wiemy nastąpiło Zmartwychwstanie, choć nie od razu… 

Warhol, Tate Londyn 2020

 

6
1
skomentuj
lubię!
przeczytane
161
razy

My dwaj

Andrzej Fogtt maluje portrety od zawsze. To jego żywioł i przeznaczenie. Lecz nie tworzy ich ich w formule „przyjętego zamówienia“. Fogtt jest bowiem portrecistą intymnym. Maluje bo chce.

Fogtt szuka innych zdarzeń w malarstwie portretowym niż tylko podobieństwo. Jest artystą wolnym.

Jego portety zwykle namalowane są w trakcie jednego posiedzenia, jednej szczęśliwej chwili, kilkoma ruchami pędzla, kreskami, albo grubym maźnięciem, położonym wbrew artystycznemu rozsądkowi, są fenomenalnym zjawiskiem jak owa definicja, która mówi, że obraz to proces przedstawiania, w którym byt nieustannie przechodzi w zjawisko i żadne pojęcie, nie zdoła uchwycić tej nierozróżnialności…

Dlatego Fogtt jest artystą totalnym. Puszcza swobodnie oko, zdaje się tutaj tylko na swój instynkt. Mówi, że instynkt go ratuje. Maluje więc intuicyjnie. O ile w wielkich formatach czuć jego siłę, magię szpachli i gestu, tak tu, przy portretach właśnie, wyczuwa się wypełzającą zewsząd intymność. Banalizację poszukiwań utraconego sensu.

Bo u Fogtta portety stają się sacrum.

Artysta odnajduje zawartą w swym modelu fizjonomię, genezę – może sformułować należy to inaczej: Typ Genezy zanurzonej w czasie, duszę, zapis fenomenu życia, jego rozbudzenia i powolnego gaśnięcia, z widocznym cierpieniem oraz z zachowaniem wszelkich wartości, które niesie codzienność, w tym stale obecne w osobowościach wielu ludzi utrapienie i morze udręki.

Wreszcie Fogtt odwołuje się do czystej energii, która żywi wszystkich artystów całego świata. Bo przecież Fogtt portretuje malarzy, pisarzy, poetów i aktorów, którym właśnie energia daje niespożytą siłę w ich twórczym życiu.

Fogtt namawia nas do dostrzegania ikoniczności swoich bohaterów. To rodzaj modlitwy. Artysta pokazuje nam intymną relację pomiędzy portretowanym, a nim samym – Fogttem.

Tak przecież było w przypadkach portretów Francisa Bacona, Alberto Giacomettiego, Luciana Freuda, Kazuo Shiragi.

W 2015 roku powstał, oparty na Heideggerowskim przesłaniu portret Witkacego. To początek tej drogi, która pozwoliła artyście wypowiedzieć się niejako w życiu autora „Nienasycenia“, że z zasady rozumiemy to, co mamy rozumieć. Obraz generuje wizualny sens, a patrzenie i próba zwerbalizowania tego sensu, należy zawsze do kontekstu. Nie każdy wie, co ma rozumieć. W sztuce, to nie jest do końca jasne, a przecież każdy obraz zwiera w sobie coś inteligentnego, bo podąża za pewną logiką: obrazy są pełne oczywistości i imaginacji. Dlatego trzeba na nie patrzeć. Jak w tym przypadku.

O ile Alberto Giacometti czy Lucian Freud pojawili się na obrazach w kontekście swojej twórczoścu (na przykład Giacometti obok rzeźby, a Freud z pędzlem i paletą), tak u Witkacego dostrzegamy en face, z charakterystycznym, zdziwionym okiem, rozumianym jako przekora i specyficzny umysł, a całość wyłącznie jako odczucie metafizyczne.

Znajdujemy tam mroczny świat rozpadającej się rzeczywistości, robiony wedle recepty, którą odnajdujemy, rzecz jasna w „Nienasyceniu“:

„opierał instyktowo swoją własną egzystencję (…) świadomie i z wyrachowaniem , całą organizacją komórek swego ciała z koniecznością skonstruowanej w pewnym celu maszyny, ale jak powiada Kretschmer: za tą błyszczącą fasadą były już tylko ruiny… („Nienasycenie“, Ostatnia Przemiana).

To właśnie u Witkacego odnajdujemy pożyteczną formę schzofrenii: skąd o tym wiesz? Od mego mistrza. Najwyższego Mistrza…

Dzisiaj Andrzej Fogtt jest podwładnym wielkiego mistrza. A może jest odwrotnie, to jednak Witkacy jest podwładnym?

Dlaczego Fogtt maluje Witkacego, a ściślej jego portety ?

Na to pytanie nie można odpowiedzieć w sposób jednoznaczy, gdyż doktrynalne „bo chcę“, nie zamyka wątpliwości, kryjących się w tym zasadniczym pytaniu.

Trzeba się bowiem odnieść do całego życia i inklinacji artystycznych Andrzeja Fogtta. Od zawsze malował Polaków. To jego wielkie otoczenie. Żywioł. Nienasycony bezmiar sztuki, pochowanej w umysłach Rodaków.

A zatem mamy portrety przyjaciół, znanych osób z kręgu artystycznego świata: malarzy, poetów, pisarzy, filmowców, krytyków sztuki. Często takich, które go ukształtowały, ale też były. Po prostu były w jego towarzystwie, w świadomości. Po prostu tuż prostu obok. Tak jak ten wspomniany Alberto Giacometti czy Francis Bacon. To nie tylko zwyczajne punkty odniesienia, to także wielka ciekawość świata, możliwość patrzenia na innych. Fogtt jest erudytą, zachłannym na wiedzę. Postrzega ją swoim okiem. Chłonie.  Swoich bohaterów, którzy są z nim od zawsze, umiejscawia w podobnej jak i on przestrzeni. We własnej pracowni na warszawskiej Pradze. Widzi ich po swojemu, ale daje nam też szansę, aby dostrzec cały ten kontekst, który otaczał ich, a teraz – w swoistej transformacji – i jego. Na Pradze namalował Shiragę, Giacomettiego, a także Witkacego i wraz z nimi Michała Choromańskiego oraz Kazimierza Sosnkowskiego. I wszystkich pozostałych bohaterów Firmy Portretowej.

Fogtt chłonie Polaków i polskość. Jak powiadała Księżniczka, w reakcji, kiedy Genezyp ponuro stwierdził, że to bagno…

Ah – czuję , że idzie na mnie coś wielkiego z dalekich przestrzeni, co mi potwierdzi moje prawdy!

A zatem Fogtt maluje Witkacego. Dla potwierdzenia Prawdy.  Nie jak Witkacy i nie pod Wikacego. Używa „czystej formy“. To uczciwe. Zgodne z recepturą malarską – albowiem jest w tej granicy, kompozycja abstrakcyjna, zaś pełna charakterystyka modelu – subiektywna.

Ponadto, podobnie ja Witkacy i u Fogtta „brak wszelkiej uwagi na wykonanie ubrań i akcesoriów“. Portety Fogtta  wykonywane są podczas jednego , albo kilku „posiedzeń“, oczywiście ich ilość nie przesądza o „dobroci wytworu“.

„…a nieoczekiwanie wasze. Nie – dosyć – będę tym, czym chcę. Będę miał cierpliwość, aby to zobaczyć bez niczyjej pomocy. Od tej chwili niech nikt nie śmie mną kierować, bo ja go pokieruję tak, że popamięta, albo nie popamięta wcale – to gorzej („Nienasycenie“, Repetycja)

Istotne jest też to, że wykonanie tkwi „poza absolutną krytyką. Portret może się podobać ale firma (czytaj: Fogtt) nie może dopuścić do najmniejszych nawet uwag, bez swego specjalnego upoważnienia“.

Czujemy, że Fogtt buduje obrazy nie do końca obojętnie, a swojego budulca nie traktuje ani ładnie ani brzydko. Nie jest niewolnikiem materii czy formy. Wybrał właśnie taką. Po prostu. Własną energię pchnął do Witkacego.

Maniera Witkacego, a sam Fogtt, bo oto rodzi się kolejne pytanie. Dlaczego Fogtt wybrał serię portretów i namalował je jeszcze raz?

Odpowiedź znajdujemy w regulaminie Firmy Portretowej S.I. Witkiewicz. Oto ona:

…gdyby pozwolić sobie na luksus wysłuchiwania zdań klientów, musiałby już dawno zwariować.

Ten nieśmiertelnik Witkacego, stał się wyborem dla Andrzeja Fogtta. Żaden szanujący się artysta nie może dopuścić do stylizacji, pracę „w duchu“, rodzaj naśladownictwa. Aby złożyć hołd swojemy starszemu kumplowi, namalował po prostu, raz jeszcze, jego portrety. Użył do tego innych środków, innych narzędzi, więcej akrylu czy oleju, a mniej kredki i pastelu. Zrobił je po swojemu, ale oddał to, co jest istotą tego przedsięwzięcia artystycznego. Trochę bezczelnie, pośpiesznie, bezapelacyjnie, krótko mówiąc sformułował na nowo oddziaływanie pomiędzy życiem, a śmiercią oraz rytmami natury. Radością i smutkiem.

Lecz Fogtt nie pokazuje tylko równowagi pomiędzy radością życia, a smutkiem umierania. Zamiast tej nieuniknionej pustki, daje nam konterfekt. Portret, własny gatunek.

To czysty Giacometti w swej estetycznej wrażliwości, piękno istniejące w rustykalnym, niedoskonałym, melancholijnie nieodwracalnym przepływie życia. Bo choć sarmacki w duchu, jest tutaj Andrzej Fogtt przedstawicielem europejskiej, hellenistycznej szkoły filozofii sztuki, która zawsze była obecna w jego malarstwie. Chodzi też o symbol życia, pragnienie istnienia za wszelką cenę, i które przezwycięża żałobę. Mamy przecież do czynienia z portretami osób, które odeszły. Podobnie jak sam Witkacy. W tragicznych okolicznościach upadku świata, dla którego życie stanowiło największą wartość.

A zatem mamy Michała Chromańskiego w kilku wersjach, mamy także portrety Janusza Domaniewskiego, Włodzimierza Nawrockiego, Joanny Filipowskiej. Wreszcie są: Prosper Szmurła, Edmund Strążyński, Józef Fedorowicz. Joanna Turowiecka – wyłowionych, ledwie kilka obrazów Fogtta z tej wspaniałej kolekcji, aby pokazać, że to jest wciąż ta sama radosna oda do świata intelektu, młodości i czasów, kiedy język sztuki napawał nas wszystkich nadzieją. Logiczne i nielogiczne zarazem. Lecz takie obrazy może malować tylko artysta dojrzały.

Fogtt to artysta bardzo dojrzały, dążący do osiągnięcia absolutnej doskonałości. Jest pewny siebie, wie co robi. Mimo kontekstu – wolny od wszelkich schematów, przez to skuteczny, nadający absolutną moc w postrzeganiu tych wartości, które nam oferuje jako sens uprawiania sztuki.

Bo przecież Andrzej Fogtt to twardy człowiek o romantycznej, ulotnej duszy i sercu. Unikatowa i nieobojętna jest siła oddziaływania jego obrazów. Każdy z nich wibruje, daje energetyczną siłę. Napędza doznania, którymi niesposób się podzielić, bo jest ich tak dużo. Zbyt dużo, aby obdzielić jedno pokolenie, a co mówić o chwili.

Tak kiedyś powstały właśnie „Żywioły“, „Ziemia“ i tuziny wielkoformatowych prac, które były metaforami, przy okazji uprawianymi językiem struktury kaligraficznej. Wreszcie portety, malowane bardziej intuicyjnie niż świadomie. Dla Fogtta energia jest tylko jedna. To energia natury. Dlatego, kiedy patrzymy na wymienione choćby portrety z kolekcji Witkacego, to łatwo dostrzeżemy filozofię, która ma nas naprowadzić na właściwe tropy życia i rozumienia jego Istoty.

A zatem połączyła go z Witkacym metafizyka, abstrakcyjny zmysł obserwatora rzeczywistości, wartość dodana do Firmy Portretowej, jak choćby iluzyjne symbole życia.

Fogtt nie skorzystał z legendarnej lekcji Witkacego, który niektóre swoje portety malował pod wpływem alkoholu, czy środków odurzających. A następnie zapisywał je jak receptę apteczną na dole obrazu. W historii sztuki współczesnej znamy takiego przypadki, choćby Arnulfa Rainera, fenomenalnego abstrakcjonisty, któremu czysta forma mieszała się z czystym odurzeniem.

To nie zarzut. To inna lekcja wkraczania w obszary poznania.

Dlatego, w przypadku Andrzeja Fogtta, możemy mówić o czymś bardzo świadomym. Że nie chodzi o naśladownictwo lecz kumpelstwo. My dwaj…

Jest taki obraz zatytułowany „My dwaj“.  Witkacy i Fogtt.

Sam początek ich wspólnej drogi. Witkacy mógłby krzyknąć wtedy: czy to tamten, już trochę znany (choć powierzchownie) gość, wylazł z ukycia? Boże, co się stanie za chwilę?

Bo jak śpiewał Gilbert Becaud, kumplami jesteśmy od dawna…

 

15
0
skomentuj
lubię!
przeczytane
312
razy

Dufy w Quimper

W latach 20. malowanie na tkaninach stało się jego artystyczną obsesją. Pomógł mu w tym fenomenalny Paul Poiret, kreator mody, wielki krawiec damskich strojów, odważny projektant, który sprawił, że kobiety założyły luźne sukienki, oczywiście uprzednio zdejmując gorset.

Raoul Dufy et la gaieté du printemps, Quimper 2020

Poiret został zauroczony fantastycznymi projektami Raoula Dufy. Widział przecież jego drzeworyty, ceramikę, rysunki. Zauroczenie morskim motywem. I dostrzegał intensywną, niebieską obsesję, która działała na wyobraźnię jak elektryczność w wiejskiej chacie, gdzie klepisko tworzyło system społeczny.

Sukienki Poireta stały się przebojem, dokonały głębokiej zmiany w kulturze francuskiej, coś jak malarstwo symbolistów i Paula Gauguina, które totalnie zmieniło optykę postrzegania obrazu. To był rodzaj rewolucji, która sprawiła, że fundament sztuki- stateczny i monolityczny, runął w nurty przemian, które utorowały drogę dla Georgesa Lepape, tak jak Oviri dla kubizmu.

A zatem Raoul Dufy. Wystawa jego projektów w muzeum w Quimper. W tej stolicy bretońskiej sztuki i francuskiego japonizmu pojawił się jak najjaśniejsza gwiazda, jak cudowna róża w ogrodzie wszelakich sztuk.

Jego aktywność przypada na okres zwany les Années folles, a zatem czasów po I wojnie, który torował nowe w sztukach plastycznych, modzie i muzyce.

Raoul Dufy, la mode des années folles, Quimper 2020

Dufy malował bardzo dużo nad morzem. Wodę, statki, ryby i ptaki. To klasyczne wątki z jego gęstego malarstwa. Wymyślił swoje niebieskie wartości: błękit nieba, błękit turkusowy, błękit kobaltowy, lazurowy, wreszcie błękit królewski. Wszystkie należały do niego i umieszczał je w komplecie na płótnach, jak choćby w obrazie Bateaux pavoisés.

Urodził się w Hawrze. Od dziecka tkwił w tej kolebce portowego zgiełku. Patrzył na rybackie łodzie i wielkie pasażerskie statki, które woziły emigrantów z Europy do Ameryki Południowej.

Le Havre sprawił, że odnalazł wszystkie głębie swoich błękitów.

Ojciec Raoula był muzykiem. Grał na organach. Z kolei brat był pianistą. Sam nauczył się grać na skrzypcach, albowiem uważał, że to najlepszy instrument dla formy okrętowej, która go pasjonowała. Wiele lat przed nim, Paul Gauguin też wpatrywał się na tym samym nabrzeżu na pływające statki. Będąc jeszcze uczniem podstawówki w Orleanie, a potem zaciągnął się na okręt i stał się prawdziwym wilkiem morskim, podróżując pomiędzy Rio de Janeiro, Pondicherry, a Triestem. Dufy pozostał na zawsze przy brzegu, mocząc jedynie nogi podczas przypływu.

W latach 1910-1911 Dufy wykonał ilustracje do Świty Orfeusza, jednego z ważniejszych tomików Apollinaire:

Nie masz dla piękna litości.

Ach, jakich kobiet nie doścignął

Wyrok twojej srogości!

Ewa, Eurydyka, Kleopatra egipska!

Znam jeszcze trzy lub cztery nazwiska.

Raoul Dufy, la mode des années folles, Quimper 2020

Dufy wykonał 26 drzeworytów ilustrujących poezję Guillaume Apollinaire. W tych projektach znalazły się cztery wersje Orfeusza, a także liczne zwierzęta i ptaki. Zobaczył je Paul Poiret i zaproponował pracę nad projektami sukienek w paryskim atelier przy boulevard Clichy.

Tak się rozpoczęła kariera Raoula Dufy w modzie.

Pierwszy projekt La Perse, ubrała na siebie Madame Denise Poiret.

W 1912 roku zaczął projektować dla firmy Bianchini-Férier, dla której stworzył ponad 1000 gwaszy i akwareli, przeważnie motywów kwiatowych, elementów florystycznych, głównie róż. Wszystkie projekty to tkaniny, służące do szycia sukienek. Dufy malował na jedwabiu, aksamicie, bawełnie, wiskozie.

Bianchini to firma o wielkiej sławie i ważnej obecności na rynku mody. Był tam Paul Iribe, prekursor Art Déco. Dla manufaktury z Lyonu pracowali także Sonia Delaunay, Daniel Buren, Victor Vasarely, Robert Bonfils.

Raoul Dufy, la mode des années folles, Foujita, Quimper 2020

Dufy był ilustratorem przyjemności życia. Zabawy, regaty, przejażdżki konne, wreszcie radość i pochwała miłości. Jego obrazy stanowiły kwintesencję tamtych czasów. Jak Foujita i tańce do białego rana. Słynny Japończyk był wielbicielem Raoula.

„Raoul Dufy, moda w czasach szalonych” – to wystawa, która ukazuje cały spektakl dokonań Francuza. W Quimper pokazano jego dzieło w kilku odsłonach: świat Dufy, a zatem morze, muzykę i Paryż. Następnie mamy zwierzyniec i ogrody, dalej przyjemności współczesnego życia i Dufy dekorator na sam koniec.

Raoul Dufy, la mode des années folles, Quimper 2020

W roku 1928 rozstał się z Domem Bianchini-Férier i poszedł własną drogą. Projektował kostiumy teatralne. Ubierał na scenie Jeana Cocteau. W 1936 podczas światowej wystawy wykonał gigantyczny fresk będący hymnem na cześć elektryczności. Fresk opowiadał o wszystkich etapach stworzenia elektryczności i jej zbawiennego wpływu na rozwój cywilizacji.

Zamieszkał w Forcalquier, malutkim miasteczku na południu Francji z cudnym widokiem na Luberon. Pochowany został w Nicei.

Raoul Dufy, la mode des années folles, Musée des Beaux-Arts de Quimper, 2020

 

 

 

 

11
1
skomentuj
lubię!
przeczytane
236
razy

Sekretne życie Marysi Collin…

Na początku były papierówki, a potem wszystkie umarły. Teraz mamy inne, też pyszne jabłka, ale to jednak, nie to samo. Wzdycha ze smutkiem, kiedy mówi te słowa. Stoi przede mną, z tymi, rozrzuconymi na ramionach, siwymi włosami. Chodzi po ogrodzie nieśpiesznie, jakby celebrując każdy swój krok. Dotyka z namaszczeniem drzew, trawy. Głaszcze kota.

Patrzymy razem na zachodzące słońce, mija kolejny dzień jej życia. Gryzę jabłko. To pyszne, które urosło po papierówkach, zasadzone w tym miejscu. Wsłuchuję się w ciszę, która nas otacza. Przez moment wydawało mi się, że dosłyszałem jej bijące serce.

Jesteśmy w Pauvrai. Od Paryża dzieli nas 200 kilometrów. Pouvrai to wioska, leżąca na drodze  A11 do Le Mans, którą pokonujemy w ledwie półtorej godziny i natychmiast zanurzamy się w świat idyllicznej natury.

Maria Collin. Dziewczyna z Wadowic. We Francji od kilku ładnych dekad. Kiedyś szalało za nią pół Akademii. Była piękna i wyniosła. Jak posąg. Koledzy ją podrywali, albo do niej wzdychali. Jeden namawiał na randkę, opowiadając o Bernardzie Buffet. Że jest wzięta prosto z jego obrazów.

Marysia chciała jechać do Francji.

Malowania uczyła się u Artura Nacht-Samborskiego. Do Warszawy trafiła, bo zapisała się najpierw do Liceum Plastycznego w Łazienkach. Mieszkała wtedy u wuja Szancera. W liceum poznała Wojtka Siudmaka. A po szkole trafiła na ASP.

– mój tata pracował na kolei jako lekarz. I z tego powodu miał prawo do biletu międzynarodowego. Poprosiłam go więc o taki bilet, bo chciałam pojechać do Paryża.

Wyruszyła do Francji, miała wtedy 20 lat.

– prosto z dworca udałam się do Alliance Française, a tam znalazłam ogłoszenie o pracy i pokoju do wynajęcia. Zamieszkałam więc w Chambre de bonne, w burżujskiej kamienicy na 6 piętrze. Do moich obowiązków należało ścielić łóżka trzem córkom właścicieli, którzy mieszkali piętro niżej.

Marzyła o  zobaczeniu świata i wielkiej sztuki. Powiada: pracowałam tylko 2 godziny dziennie, zatem miałam czas na bieganie po muzeach i galeriach. Któregoś dnia spotkałam na moście Saint-Louis profesora Romana Owidzkiego. Byłam u niego w pracowni na warszawskiej Akademii, budził respekt swoim solidnym podjeściem do warsztatu. Był jednocześnie gawędziarzem, potrafił zajęcia praktyczne łączyć z rozmowami o sztuce, choćby o historii malarstwa. Był absolutnym erudytą. Ale tu w Paryżu okazał się fantastycznym kompanem i nie lada luzakiem, natychmiast zatarł dystans, dzielący go od młodej studentki. Był tam, to znaczy na tym moście, w towarzystwie mojej koleżanki Marysi Okołów-Podhorskiej oraz profesora  Wacława Twarowskiego, skądinąd również niezwykłego artysty. Twarowski robił w Paryżu – o ile pamiętam – witraże, a Owidzki był bodaj na stypendium. Marysia Okołów, zdaje się, tak jak ja, zwiedzała Paryż.

Cała ta trójka, kiedy dowiedziała się, że mam „chatę“, od razu wpakowała się do mnie, do tego pokoiku na 6 piętrze, no i przez kolejne miesiące baletowaliśmy od rana do wieczora.

To były czasy café chansonnière, z jedną szklanką wina siedziało się cały wieczór słuchając piosenek, a potem pół nocy tańczyło i śpiewało.

Co to za cudowny Paryż był wtedy… kilka franków wystarczało, aby mieć u swoich stóp to miasto…

Maria pojechała wkrótce do Nicei, zwiedzała całe południe, była też w Aix, Grenoble i Avignonie. Podróżowała autostopem, a spała w auberge de jeunesse. To właśnie w auberge znajdowała karteczki z informacją, że np. jutro rankiem wyjeżdża ktoś samochodem i zabierze pasażera, w takim albo innym kierunku.

Wróciła do Paryża, był sierpień, miasto wyludnione z powodu wakacji, wszysto było zamknięte. I wtedy postanowiła malować. Wreszcie…

Mimo młodziutkiego wieku, miała świadomość  swych poszukiwań plastycznych. Do tego stopnia, że chciałoby się powiedzieć za nestorem polskiego malarstwa Tadeuszem Makowskim, że …stoję przed naturą jak dziecko i z naiwnością staram się naśladować to, co widzę, coraz głębiej ją podpatruję i coraz więcej pragnąc jej wydrzeć to, czym najbardziej czaruje – życie…

– pomaszerowałam wtedy nad Sekwanę. Tam zasiadłam i zaczęłam szkicować. Widzę jak płynie barka, z której niespodziewanie wyskakuje pewien młody, choć starszy ode mnie przystojniak, rzuca linę na cumę i woła: będzie się pani lepiej malowało na mojej łódce! Ponieważ nie zareagowałam, to po chwili rzekł: zapraszam panią na obiad, będą też moi znajomi. Proszę się niczego nie obawiać.

Zgodziłam się. Pomyślałam, że obiad w towarzystwie kilku nowych, ledwo poznanych mi osób, dobrze zrobi na moje znudzenie paryską pustką. Wydało mi się, że będzie ciekawie. A kiedy znajomi zjedli i wypili, gospodarz tej barki, powiedział do mnie, że musi pomalować pokład i burtę…

Ja na to żartem: malowanie to akurat moja profesja…

I tak się poznaliśmy. Jean Collin, odwiózł mnie póżniej do domu. A następnego dnia przyjechał, poszliśmy na wino, a potem znowu mnie odwiózł i kolejny raz przyjechał. Trwało to kilka tygodni. Chodziliśmy po barach, piliśmy wino i tańczyliśmy. W końcu minęły miesiące i moja wiza pobytowa we Francji skończyła się.

I wtedy Jean się oświadczył, ale ja chciałam wrócić do Polski.

Tak, zdecydowanie chciałam wrócić.

Marysia stoi w kuchni swojego domu w Pauvrai i drapie się po głowie: o czym myślisz? – pytam

-zastanawiam się co Ci ugotować. Może zupę?

-świetnie, uwielbiam Twoje zupy…

-przecież żadnej nie jadłeś – uśmiecha się

Idę na strych. Tam bowiem Marysia trzyma swoje obrazy. Są poukładane wedle rozmiarów. Skrupulatnie. Zrobił to Piotrek Strelnik, malarz mieszkający  w Paryżu. Przyjaciel Marysi. Któregoś dnia przyjachał do Pouvrai i zrobił porządek w stercie papierów, płócien i kartonów.

Przeglądam zdjęcia. Znajduję stare, czarno – białe fotografie prac Artura Nacht-Samborskiego.

– właściwie to ja nie znałam wtedy jego obrazów, może widziałam jeden. Samborski wstawał późno. O 10 brał prysznic. O 12 był już w pracowni. Robił wtedy korekty, coś tam zgrzytał zębami. A ja spóźniłam się na rozpoczęcie roku. Bałam się go bardzo. Wróciłam do Polski w listopadzie, kiedy zajęcia trwały już w najlepsze.

W grudniu przyjechał pod dom wuja Szancera, samochód z francuską rejestracją. Wysiadł z niego Jean i powiedział do Marysi: oto jestem!

– wcześniej pisał telegramy do mnie, w stylu „kocham Cię“, ale nie przypuszczałam, że będzie tak szalony, aby zjechać do tej Polski.  

Był odważny i zakochany…

– moim wujkom przypadł od razu do gustu. Jean uwielbiał ciastka, chodził więc do sklepu i je bez przerwy kupował. Głównie pączki. Zjadali je razem z wujkiem Szancerem w kuchni. Jean miał wizę na 3 miesiące, a ja malowałam.

W końcu pojechaliśmy do Nowego Targu do moich rodziców. Przedstawiłam go jako narzeczonego. Spędziliśmy tam Boże Narodzenie.

Jean miał wtedy 43 lata. Wojnę spędził w obozie w Mauthausen, gdzie trafił, bo jako nastolatek, podczas niemieckiej okupacji, roznosił angielskie ulotki.

Był synem mera w małym mieście w Vichy. Miał żal do ojca, że ten nie wstawił się za nim, kiedy aresztowało go gestapo. Ale nie mógł wiedzieć, że ojciec był związany z inną organizacją Resistance i musiał chronić swoich towarzyszy. W tamtych czasach dokonywano wielu trudnych wyborów. Kiedy siedział na przesłuchaniu, oficer gestapo pokazał mu donosy, jakie przysłano. To właśnie taki donos sprawił, że Jean trafił do obozu koncentracyjnego.

– Jean chciał się ze mną ożenić i zostać w Polsce na zawsze. Ale nie dostał wizy na dalszy pobyt. Wrócił więc do Francji. Pojechałam z nim go do samej granicy. Wróciłam do domu, znowu jakimś autostopem. Jean starał się jeszcze o akredytację jako korespondent AFP, ale też jej nie otrzymał. W końcy wysłał zaproszenie i w styczniu 1967 roku wzięliśmy w Paryżu ślub. Wyjechałam jednak przed dyplomem. A ja bardzo chciałam skończyć Akademię, więc kolejny raz wróciłam, tylko po to, aby zamknąć ten rozdział w swoim życiu.

Warszawską ASP rozpoczęła jako Polka, ale dyplom robiła już jako Francuzka. Po ślubie natychmiast otrzymała francuskie obywatelstwo, co w tamtych czasach oznaczało swoistą banicję i zabranie polskiego paszportu. Oczywiście niczego to zmieniało przy dyplomie, bardziej chodziło o formalne papiery .

– znowu wróciłam do pracowni Nachta. Tradycyjnie pojawiał się o 12 na korektę. Był fenomenalnym malarzem, ale pedagogiem żadnym. Łaził po pracowni, gderał, nie bardzo podpowiadał. A ja przychodziłam dopiero wtedy, kiedy Samborski wychodził, czyli o 16. Miał swój rytm dnia jak u zegarmistrza. Byłam zbuntowana. W końcu przyszedł pokaz dyplomów. Wszedł Nacht-Samborski i zobaczył moje obrazy. Chyba nawet mnie nawet dobrze nie kojarzył. W końcu unikałam z nim spotkań. Zapadła cisza. Patrzył przez chwilę na moje prace, potem odszedł kilka kroków, spojrzał wtedy na mnie i pokiwał głową. Bez słowa odszedł.

Stałam się dorosła…

Zamieszkaliśmy na barce. Zapisałam się nawet do l‘École des Beaux-Arts, Były tam dwie studentki z Polski, które bez przerwy okupowały prasę. Uchodziły za bardzo pracowite, ale nie pamiętam ani ich nazwisk, ani tego co robiły. Ze szkoły zrezygnowałam.

Któregoś dnia spotkałam dwie osoby pośredniczące z klientami od Haute Couture i tapet. Spodobały się im moje rysunki. Dostałam zamówienia.

To była całkiem inna dyscyplina. Obowiązywał ścisły rysunek, żelazna kompozycja, rytm powtórzeń. Tego Akademia w Warszawie mi nie dała, Samborski hołdował operwaniu plamą barwną. Ale klienci byli zadowoleni, dostrzegali w moich pracach barwy życia, namacalne bukiety zwiastujące wiosnę, ot choćby uczucia, łączące ludzi jak struny płynące prosto z serca.

W tamtym czasie ten obszar był stylistycznie bliski formom i barwom Soni Delaunay, zaś

ja wolałam tradycję polskiego folkloru. Moja mama malowała na szkle, miałam zatem wrodzone źródło pewnej obserwacji, które wyrosło na solidnym gruncie i języku polskiej tradycji i sztuki.

To mi pozwoliło rozwinąć skrzydła…

Kilka lat później Maria Collin wynajęła pracownię pod Paryżem, zaczęła malować awarele w ogrodzie. Ktoś je zobaczył i krzyknął: ja chcę to!

– tak powstał mój wielki cykl tkanin o kwiecistych wzorach. Odniosłam wtedy spory sukces. Ale z drugiej strony uznałam, że to najwłaściwszy moment, aby rzucić projektowanie i wrócić do malowania.

Trafiłam do Bernheim-Jeune…

Każdy kto interesuje się sztuką to wie. Bernheim-Jeune, mityczne miejsce, które kojarzy się z historią Nabistów, a także Bonnarda, Matisse. I całą plejadą najznakomitszych artystów, początkowo przy galerii z ulicy Laffitte w 9 dzielnicy Paryża.

Rue Laffitte pod numerem 8. Dziś niepozorna uliczka, wiecznie zatłoczona, ale budząca zachwyt przechodniów, z uwagi na ten widok, zapierający dech w piersiach, poprzez Notre-Dame-de-Lorette na kościół Sacré Coeur.

Laffitte to także ulica Paula Gauguina, bo właśnie tam pracował jako makler, nim jeszcze zaczął malować. Ulicą Laffitte codziennie maszerował w górę w kierunku Montmartre, mijał Notre-Dame-de- Lorette, gdzie został ochrzczony, bo obok stoi do dziś, dom jego urodzenia w pobliżu dawnej pracowni Delacroix i dochodził do Saint-Georges, gdzie mieszkał z Mette. Po drodze wpadał na kieliszek wina do Café Tortoni, której nie ma, a gdzie dziś urzęduje dyrekcja BNP paribas.

W 1906 roku bracia Bernheim otworzyli galerię przy Boulevard de la Madeleine, gdzie później pokazywali Bonnarda, Vuillarda, Seurata, van Dongena, Raoula Dufy i Matisse. Tam trafił młody Daniel-Henry Kahnweiler, który odkrył dla świata Georgesa Braque.

Później, w latach 60 czy 70 w galerii pokazywano współczesnych artystów francuskich jak Jean Carzou czy Dominique Pollès.

– poszłam tam. Magia miejsca mnie przygniatała. Dyrektor galerii popatrzył na moje prace, po chwili spytał: skąd u Pani tyle intuicji?

– pamiętam, że w d‘Orsay widziałam obraz, na którym pewna dama trzymała za rękę małego chłopca. U Bernheima trafiłam na tablicę, że zginął w Oświęcimu. Ten chłopiec właśnie.

Po wkroczeniu Niemców do Paryża, od roku 1941 rozpoczęto proces tzw. aryzacji francuskich galerii. Ofiarą nazistów padło 26 galerii. Tuż przed wojną do USA wyjechali Leo Castelii i René Drouin. Jeszcze w lipcu 1939, na kilka chwil przed wojną, otwarto lokal przy Vendôme. Pod numerem 17. Galerie z awangardą, zwłaszcza z surrealistami zaczęły kwitnąć.

Marysia powraca do realizmu, martwych natur, nakreśla ich kształty i plastyczny wygląd.

Maluje soczyste owoce, obrusy, zachowuje różnicę materii. Tworzy żywe kształty. Ucieka w formy przestrzenne, unika form geometrycznych, choć nie zawsze potrafi od tego wykresu uciec.  Z wielką starannością modeluje przedmioty, jest bliska niekiedy subtelnej monochromatyczności, zwłaszcza w pejzażach malowanych nad Sekwaną.

W tych obrazach, gdzie powtarza się motyw barki, mamy do czynienia ze schematem geometrycznym, który ją zafrapował, będzie nawet jej ciążył, bo zauważymy go przy innych obrazach, gdzie dominuje perspektywa  formistyczna, ale tak naprawdę pobyt na wsi, urok ogrodów, zapachy łąk i kwiatów wyzwoliły w niej świadomość, że obrana droga jest właściwa.

Nie zaczynała od nowa. Obudziło się w niej to, co Nacht-Samborski określił jako intuicję malarską.

Maria stanęła wtedy naprzeciw natury, jak ten pilny uczeń przed swoim profesorem w oczekiwaniu na wykład, a następnie świadomie pobrała z tej lekcji, tylko to, co się jej podobało.

Wiele lat temu zaprzyjaźniła się z Przemysławem Brykalskim.

– jako mała dziewczynka podglądałam go w Wadowicach jak malował. Później będąc już w Paryżu, zadzwoniła do mnie jego żona, że Przemek leży w szpitalu przy Denfert-Rochereau i prosi, abym przyszła. Miał jakąś operację na sercu. Był w ciężkiej depresji.  Potem, kiedy ozdrowiał, przywoziłam mu do domu blejtramy, farby, owoce. Wciąż wyciągałam go z depresji. Dużo rozmawialiśmy. Potem oboje wrócili do Polski. Przemek miał wystawę w Kordegardzie. Zadzwonił do mnie, że jego żona ma raka.

A on powoli tracił wzrok. Powiedział mi kiedyś: „…każdy ginie od tego czym wojował“… I umarł we śnie.

Siedzę na strychu jej domu w Pouvrai, wśród obrazów i szkiców, rysunków i gwaszy. Znajduję ten pierwszy, namalowany w chambre de bonne, podczas pobytu w Paryżu, wtedy kiedy ścieliła łóżka trzem córkom właścicieli. I tę barkę, na której mieszkał Jean.

A potem oni oboje.

Miłość Jeana gnała go przez całą Europę, prosto do zimnej, komunistycznej Polski. Lecz on odnajdował w niej słońce i radość, promień. Marysię.

Uparty…

Jego ukochana, butna i zadziorna, w końcu dotarła do niego, byli szczęśliwą parą, urodziła im się dwójka dzieci.

Nie dane było obojgu dożyć błogiej jesieni w Pouvrai, wśród papierówek i kwiatów. Jean zmarł dawno temu, w wyniku obrażeń po wypadku.

Pauvrai jest mikroskopijną wioską. Gospodarstwa rozrzucone na dużej przestrzeni, sprawiają, że całe to miejsce wydaje się puste. Maria mieszka tuż przy kościele. Jego konstrukcja sięga czasów romańskich, ale liczne, późniejsze pożary i zniszczenia zmieniły całkowicie jego wygląd. Za kościołem znajduje się stylowy zamek, lekko naznaczony Ludwikiem XIII, służący jako rezydencja. W roku 1908 nabył go Henri Barth, słynny paryski lekarz, twórca sanatoriów gruźliczych.

Odnajduję na strychu nieduży olej, przedstawiający bolkę z zupą. Naczynie rzuca cień na stół. Obraz o subtelnym kolorycie, złożony z nieregularnych rombów i owalów, przypomina najlepsze posłannictwo sztuki, gdzie pokora wobec natury wymaga świętego posłannictwa. W tym i w innych, podobnych obrazach Maria Collin pojawiła się jako, stosownie do swego temperamentu, godna córka  Komitetu Paryskiego, ale raczej w pojęciu przywracania uroku i świeżości koloru, niż powinowactw, co do których mamy prawo przypuszczać, że mogły się pojawić.

Ważne ogniwo w jej twórczości, czyli Artur Nach-Samborski, napisał kiedyś podczas podróży do Berlina, że ogląda tam nagromadzone cuda jak Greków, Rembrandta i Goyę i za to: serdecznie Bóg Zapłać

I oto Marysia Collin, która buntowała się w jego pracowni, przybywszy do Paryża, gdzie nagromadzono wszystkich nabistów, symbolistów i Amerykanów z ich rozmachem i niesfornością, wszędzie tam, gdzie chodziła, czyli na Rue de Seine i Laffitte, „za to serdeczne Bóg zapłać”…

– chodź na zupę, zawołała. Odkładam zdjęcia i jej rysunki na szczodrą kupkę. Nie zobaczę dziś wszystkiego – pomyślałem.

– ugotowałam żurek – uśmiecha się.

Żurek z Pouvrai, będzie doskonały, mówię jej, że uwielbiam żurek.

Na talerzu kładzie dwa jajka. Bierze chochlę i nalewa powoli zupę. Patrzę na jej ręce, lekko drżące i naznaczone artretyzmem, ręce które bajecznie wodziły pędzel, układały na obrazie warstwy koloru, przedmioty, ludzi, czyli symbiozę tych oddziaływań, które ją stworzyły.

Jej włosy, srebrzyste wciąż opadały na ramiona, jak lwia grzywa, która mieni się blaskiem w świetle księżyca z powieści Karen Blixen.

Jean…

– pościeliłam Ci w pokoju obok – mówi. Wrócimy do rozmowy jutro, dodaje…

(po śmierci Jeana, Marysia Collin wyszła powtórnie za mąż. Ma kolejną dwójkę dzieci. Trzech synów i córkę. Żyje trochę samotnie z własnymi myślami, a trochę z synem Nicolasem Tokarskim jak ascetyczna starsza pani wśród zwierząt, spośród których naliczyłem dwa koty, myszy i ptaki, wreszcie dwa psy, które biegają do niej od domu sąsiada).

 

 

26
7
skomentuj
lubię!
przeczytane
872
razy

Okno i powieść – oto Henri Matisse

W oczekiwaniu na Barbizony rozkoszy, czyli jak to powiedział Louis Aragon „bijące serce pod mostem skał”, bo oto właśnie unosi się spektakl niezwykłych obrazów do obejrzenia. Matisse comme un roman – taki tytuł nosi nowa wystawa, ukazująca kompletny dorobek tej niezwykłej osobowości w sztuce.

Paryż dźwiga, zresztą nie pierwszy raz na swych barkach, twórczość Henri Matisse, ten olbrzymi potencjał, który naznaczył ścieżki współczesności, zainfekował rozumy wielu artystów, a przede wszystkim wdarł się do powszechnej świadomości, że mamy do czynienia z czymś wielkim.

Matisse comme un roman, Centre Pompidou, 2020

Pośród wszystkich przypadków w sztuce współczesnej, tylko ten jeden, stanowi niezwykły wyłom w umyśle, na podobieństwo istnienia Człowieka – Źródła, akurat wtedy, kiedy trafiamy na ślad Jego stopy, wałęsając się po bezludnej wyspie.

Matisse comme un roman – to fraza wzięta z Aragona właśnie. Powieść, bo przecież każde dzieło malarza jest jakąś powieścią, on sam był poniekąd wielką epopeją, samotnym żeglarzem, kapitanem, śpiewakiem na scenie, jedynym w swoim rodzaju światłem, które wskazuje drogę. Przy tym skromny, niepozorny, nie dający odczuć, że mamy przed sobą czysty brylant, napięcie życia, znak wśród gwiazdozbiorów.

I oto przed nami wielka powieść. Matisse:

Henri Matisse comme un roman, Centre Pompidou 2020

I

Mijałem białe domy w Bayonne i wille tonące w ogrodach, w Saint-Jean dopadły mnie zapachy pomarańczy, opuncji i smażonych sardynek, a wszystko pomieszało się z tą arią dobiegającą zza otwartego okna, gdzieś w starym domu przy ulicy Ravela.

Jestem w Ciboure z pysznym widokiem na zatoczkę pełną łajb i motorówek.

To chyba „Godzina hiszpańska”, sam nie wiem do końca. W tym starym domu przy ulicy Ravela, pod numerem 38 mieszkał niegdyś malarz Henri Matisse, zaś tamten muzyk urodził się nad tą zatoką, na szlaku Jakubowym, w czasach, kiedy zaczęto budować koleje, a w Nagasaki postawiono telegraf.

Pysznią się z dala, pastelowe domy w Donostii, błyszczy się krzyż znad jej katedry. Teraz biorę ze sterty kanapek, jedną ze smażonym dorszem, a drugą z papryką. Czas na pintxos. A może czarną kiszkę z Ciboure, dziedzictwo tutejsze, robioną u mistrza Pantxoa Aizpurua? Nie wiem. Przemyślę.

Dopijam moje wino. Słońce wciąż przygrzewa, dziewczyny w kolorowych sukienkach idą po deptaku wyśpiewując bez taktu ani talentu o fasoli, która wpadła do szklanki tego pana z pierwszego piętra. Czeka mnie jeszcze spotkanie z Pierre Loti. Ma w Hendaye swoją ulicę, bo niegdyś tam mieszkał. Pisał w Le Figaro w odcinkach, jak Prus zupełnie, historie nie z życia, lecz wzięte z bajek o miłości i targających młodego człowieka namiętnościach. Pisał o Tahiti, o Nagasaki, o tym jak cudnie jest marzyć i podróżować. Miał brata, który fotografował Maorysów. Jego zdjęcie miał w swoim domu Paul Gauguin. Pierre Loti napisał „Raraku”. Tę historię przeczytał Gauguin i zapragnął popłynąć do miejsca, gdzie się toczyła. Na Tahiti właśnie…

Henri Matisse comme un roman, Centre Pompidou, 2020
Henri Matisse comme un roman, Centre Pompidou, 2020

II

Nagle dostrzegłem w przedziale jakiegoś pana w okularach i białą brodą. Wcześniej go nie było, może dosiadł się, kiedy przysnąłem? Popatrzyłem przez okno, a tam raban wielki na dworcu Bordeaux Saint-Jean, mnóstwo gestykulujących ludzi, trąbiące samochody, tłum wojska i konie na uprzęży. A więc to wojna. Mamy wszak wczesne lato 40-tego. W Bordeaux dosiadł się do mnie zatem Henri Matisse. To ten pan z białą brodą i w okularach. Teraz się lekko uśmiecha, widząc moje zaniepokojone spojrzenie. Jedziemy do Ciboure. Może spędzimy tam resztę lata, a może i zimę? Matisse namaluje wtedy swój czerwony pokój z widokiem na ogród i zatokę, a ja w wolnej chwili upiekę chleb z cebulą, zapakuję do plecaka, także butelkę wina, podjadę z tym bagażem do Cité Merveilleuse, gdzie umówiłem się na spotkanie z Albertem Durandem, handlarzem z Bayonne, który wynajmuje mieszkania artystom i w zasadzie każdemu, nawet kiepskim pisarzom, o ile mogą mu zapłacić, a potem dołączy Lydia. Podejdziemy na plażę, zjemy mój chleb z cebulą i zanurzymy się w zimnych wodach Atlantyku…

Henri Matisse comme un roman, Centre Pompidou, 2020
Henri Matisse comme un roman, Centre Pompidou, 2020

III

Matisse przybył do Ciboure po dwóch dniach spędzonych w Golf Hotel w Saint-Jean-de-Luz. Obie miejscowości dzielą ledwie minuty. Spacer z dworca w Saint-Jean do Quai Ravel zajmuje kwadrans. Wcześniej ta ulica nazywała się Pocalette. Ale w 1930 roku władze gminy nadały jej imię wielkiego muzyka.

W roku 1864 otwarto linię kolejową Paryż -Irun. Biegła właśnie przez Ciboure, Hendaye, prosto do hiszpańskiej granicy. Wielu artystów w owym czasie postanowiło skorzystać z tej okazji i odwiedzić krainę Basków. Na przełomie XIX i XX wieku powstała tam nawet „Groupe des Neuf”. Nie była klasyczną grupą, szkołą, lecz luźnym związkiem kilku malarzy, którzy obsesyjnie poszukiwali światła i plenerów, mniej oglądając się na kolegów. Była to jednak grupa artystycznych mocarzy: Ramiro Arrure, Perico Ribera, René Choquet, Jean-Gabriel Domergue i wreszcie najsławniejszy spośród nich czyli Georges Masson.

I teraz Matisse pisze na kawałku karteczki: „…jestem w Ciboure, mieście rodzinnym Ravela, klimat wilgotny, gorąco. Obawiam się, że będę tu musiał zostać na dłużej”.

A w liście do Simon Bussy: „…nie robiłem nic od kwietnia. A teraz stoi przede mną dwadzieścia płócien, większość nieukończonych, oprócz jednego…”

Henri Matisse comme un roman, Centre Pompidou, 2020

W Paryżu kupił bilet do Brazylii. Miał już wbitą wizę do paszportu. Niemcy stali u wrót Paryża. W pierwszym tygodniu maja zdeponował swoje obrazy w chłodnej piwnicy Banque de France. Wsiadł do pociągu jadącego do Bordeaux. Wcześniej jednak zatelegrafował do Francisco Borèsa w sprawie wolnych hoteli w Saint-Jean-de-Luz.

Borès brał udział w wystawie w 1927 roku w Galerie Percier, gdzie poznał marszanda Léonce Rosenberga, w domu jego brata Paula, miał teraz Matisse schronić się na kilka dni. Jednak w ostatniej chwili malarz zmienił zdanie i po dwóch dniach pobytu w Golf Hotel, przeniósł się do Ciboure. Statek, mający go zawieźć do Ameryki odpłynął bez niego…

Do Bordeaux wkroczyli Niemcy.

Lidia wspominała: nie lubił tego miejsca…

Matisse: kocham malować we wnętrzach…

Henri Matisse comme un roman, Centre Pompidou, 2020

IV

Henri Matisse przypłynął na Wyspy Towarzystwa w końcówce marca 1930 roku. Niemal w tym samym czasie, na fasadzie dawnego domu Gauguinów przy Notre Dame de Lorette umieszczono tablicę, upamiętniającą miejsce narodzin malarza. Matisse o tym nie wiedział. Ale oglądał za to, wystawę prac Gauguina w Muzeum Luksemburskim, a także słyszał o jego retrospektywie w Wenecji na Biennale.

Festiwal sławy Paula Gauguina dopiero się rozpoczął i sędziwy postimpresjonista, postanowił poszukać światła na Pacyfiku. Tego światła…

Matisse wsiadł na parowiec Tahiti, który pomknął ekspresowo po oceanie, obsługując linię: San Francisco – Sydney i skierował się na królewską wyspę, Francuskiej Polinezji.

W Papeete zainstalował się w hotelu Stuart. Był tam w towarzystwie Pauline Oturao Aitamé, znanej jako Pauline Schyle, modelki którą pamiętamy choćby ze słynnego manuskryptu „L.A.S avec dessin, Nice 17 juillet 1950 à Mme Pauline Schyle…”

Na tę wyprawę, zabrał ze sobą Matisse, także aparat fotograficzny. I od razu, niemal zaraz po swoim przybyciu, zanotował: z mojego tarasu mam wspaniały widok na góry i zatokę. A światło jest tu bajeczne.

Henri Matisse comme un roman, Centre Pompidou 2020

 Henri Matisse to jeden z największych malarzy w historii. Z pewnością należał, obok Picassa do najbardziej wpływowych w XX wieku. Nie brakuje go w żadnym podręczniku do historii sztuki, jest także filarem, każdej wystawy o sztuce współczesnej. W swoim długim życiu, przewędrował wiele zakątków Francji, miał chyba poczucie, że opanował wszystkie kolory i poznał całe światło. A jednak na Polinezji, staremu i doświadczonemu artyście, przyszło mieć taką oto refleksję: każde światło daje inną harmonię, a tu jest wyjątkowe. Bo to inny, rodzaj otoczenia, inny rodzaj atmosfery. Światło Pacyfiku jest pucharem pełnym prawdziwego bogactwa, z którego można czerpać dowoli i upijać się jego blaskiem oraz czystością.

Stary Matisse zrozumiał Gauguina. Twierdził wprawdzie, że nigdy nie chciał płynąć na Polinezję, lecz dokładnie na Galapagos, ale i tak mu nikt nie uwierzył.

Do wizyty w Papeete, namówił go Marc Chadourne, pilot wojenny, pisarz, tłumacz Conrada i przy okazji, zarządca poczty francuskiej w Oceanii.

Jeśli z obrazów Gauguina bił blask, to mógł Matisse sprawdzić na miejscu, skąd biło jego źródło. W roku 1906, podczas Salonu Jesiennego w Paryżu oglądał obrazy, wystawione tam przez Daniela de Monfreida. Wypowiadał się o nich pochlebnie, choć jak na zazdrosnego artystę przystało, robił to z lekkim dystansem.

Trochę przypadkiem, kroczył teraz śladami Gauguina. Jadał na przykład w restauracji Tiaré na rogu ulic Romparts i La Petite Pologne, gdzie Gauguin mieszkał jakiś czas, podczas swojego pierwszego pobytu. Dziś to ulica już jego imienia, oczywiście…

Matisse spędził na Tahiti w sumie 2,5 miesiąca. Szkicował, rozmyślał, spacerował. Prawie nie malował. Za to, dużo fotografował.

Właśnie wtedy spotkał Friedericha Wilhelma Murnau. Absolutnego geniusza, mistrza kina, wielkiego artystę i wizjonera.

Reżyser przypłynął na Tahiti, na swoim jachcie prosto z Markizów, gdzie na Taiohae, w dawnym domu Hermana Melvilla szukał wyraźnego natchnienia.

Henri Matisse comme un roman, Centre Pompidou 2020

Na Tahiti przypłynął także, ale statkiem, Robert Flacherty, współproducent ostatniego filmu Murnau, który kręcony był właśnie na Tahiti. Chodzi o Taboo, filmowy dramat historyczny, zrobiony z wielkim rozmachem, którego akcja rozgrywała się dokładnie na Bora Bora. Pewien poławiacz pereł o imieniu Matahi, zakochał się nieszczęśliwie w Reri. I ona go także obdarzyła gorącym uczuciem, ale została jednak na zawsze dziewicą, a to za sprawą złego czarownika Hitu, który upatrzył sobie tę piękną dziewczynę i pragnął uczynić z niej swoją kapłankę. Ta oczywiście tego nie chciała, bo kochała Matahiego. I tak dalej… Film był cholernie długi, a nawet zrobiono go w dwóch częściach. Przyniósł Oscara reżyserowi, ten jednak zginął w wypadku samochodowych i go nie już zdążył odebrać…

Henri Matisse comme un roman, Centre Pompidou, 2020

V

Jest taka scena w pewnym filmie, w reżyserii Marcela Carné, gdzie Jean Gabin siedzi w kinowej sali, a tam wyświetlają Taboo.

Murnau będąc w Atuonie na Hiva Oa, odwiedził grób Gauguina.

To był ładny gest z jego strony, ukłon w stronę malarza, z którym artystycznie nic go nie łączyło, ale czuł do niego wielki podziw.

Patrząc na jego filmy wiemy, że z pewnością posiadał wielką wrażliwość malarską. Potrafił zobaczyć światło i kolor. Jego fotografie, choć czarno-białe, mówią więcej o urokach tropików niż niejedno, zrobione w kolorze całą epokę później. Są plastyczne i sugestywnie malarskie. Podobnie „rozbarwione” są jego filmy, choćby „Nosferatu” czy „Wschód Słońca”.

Czuć w nich wielki urok starych mistrzów. Subtelność, siłę, jednocześnie ulotność i spokój biegnącej natury. Obrazy Friedericha Murnau są przygniatające z tą otwartością. Genialne.

Czarno-białe malarstwo. Na kliszy. Siła fotografii.

W Punaauia zbudowano dla reżysera szopę, a w nim laboratorium, gdzie technicy wywoływali naświetlony materiał zdjęciowy.

Szopa stanęła, tuż obok dawnego atelier Gauguina, na terenie marae, świętego miejsca Maorysów, co oczywiście nie spodobało się okolicznym mieszkańcom.

Murnau i Matisse spędzili razem pełny tydzień na Tahiti Iti. Stało się tak dlatego, że Murnau szukał jakiegoś „dzikiego” miejsca, odległego od cywilizacji. Na Iti zabrał więc ze sobą francuskiego malarza.

Spędzali czas błogo i beztrosko.

To właśnie na tym motu, powstał słynny portret Matisse przed pandanusem, bardzo piękne i wysublimowane zdjęcie, które zrobił malarzowi sam Friedrich Murnau. Obaj złapali chemię. Pomimo różnych charakterów, narcyzmu niemieckiego reżysera i skrytości Francuza, świetnie się dogadywali, czuli wzajemną atencję. Rozumieli się bez słów.

To było ich jedyne spotkanie. Kiedy Matisse wrócił do Francji, oglądał Taboo kilkakrotnie. Film budził w nim nostalgiczne wspomnienia.

Wcześniej, przed wypłynięciem do Marsylii, odwiedził jeszcze Tuamotu, jeden z najbardziej olśniewających archipelagów Polinezji. Popłynął tam na jachcie Mouette. To z jego pokładu, zrobił niezwykłe zdjęcie ptakom: l’œil de l’oiseau, bo tak dokładnie napisał później na odwrocie tej fotografii.

Dotarł wtedy do koralowego atolu Fakarava, a później Apataki.

To dwie bajeczne wysepki, uznane przez Le Figaro za absolutne arcydzieło natury.

Pisał z przejęciem: widziałem jakby dwa pejzaże obok siebie. Jeden powyżej tafli wody z fruwającymi ptakami i palmami sunącymi po niebie, jakby oderwanymi od swoich korzeni. I ten drugi, tuż pod wodą o kolorze zielonego jadeitu. Przeźroczystą, gdzie wiją się algi i madrepora, gdzie różowe i fioletowe korale, ryby cudowne we wszystkich barwach na beżowym tle…

Tej barwy, a właściwie beżu, Matisse użył w 1946 roku do swoich projektów na tkaninę: Océanie le ciel oraz Océanie la mer.

Powiedział jakiś czas później: tak jak Gauguin widział w tym krajobrazie jedynie vahinę ubraną w pareo, gdzieś przy kolorowej chacie, tak mnie to w ogóle nie interesowało. Widziałem tam tylko światło, przejrzystość nieba i wody.

Chyba się tłumaczył. Bo przecież nic specjalnego, wtedy podczas pobytu, ani później nie zrobił. Przybył na Tahiti trzy dekady po Gauguinie. Wszystko, co można było wydobyć z tego miejsca, zrobił już malarz z ulicy Notre Dame de Lorette. Nikt nie chciał widzieć Polinezji w inny sposób. Dla całego świata, jej symbolicznym odbiciem, stało się malarstwo Gauguina.

Matisse nigdy nie był zmysłowy. Nie potrafił dotykać pędzlem jak Gauguin. Polinezja go oczarowała. I powiedział nawet do Brassaïa, że trzy miesiące po powrocie nie tknął sztalugi. Nie mógł malować. Tkwił w bezczynności. Był zaczarowany: wróciłem z pustymi rękami. Wchłonąłem świat Oceanii jak gąbka. Niezwykły i czysty.

A potem jeszcze napisał: ciut, krok po kroku, chciałbym stworzyć mój świat Oceanii.

Powstały tkaniny: Polynésie la mer, Polynésie le ciel. Różne figuracje. Głównie kobiet. I ten widok z okna hotelu Stuart, a także ptaki z podróży do Tuamotu.

Henri Matisse comme un roman, Centre Pompidou, 2020

VI

Uciekał od Gauguina. Bardzo chciał uciec.

Kiedy tworzył Polynésie le mer, były lata czterdzieste. Gauguin miał już w Paryżu pośmiertną wystawę na swoje stulecie urodzin. Jego obrazy podziwiali ludzie na całym świecie, od Bazylei, Kopenhagi, Londynu po Quimper i Paryż właśnie. W 1952 roku muzeum w Luwrze zakupiło „Wieś bretońską w śniegu”.

W tym samym czasie, legendarna kolekcja księcia Matsukata również trafiła do Luwru. Na oczach zauroczonego Matisse, obraz Gauguina Te tiai na oe i te rata został sprzedany za 180 milionów franków.

Wiosną 1940 roku w Ciboure napisał: …jak dobrze, że wtedy kupiłem aparat fotograficzny. Pozwolił mi zachować w pamięci te wszystkie cudowne obrazy, które tam widziałem. Bo na Polinezji zobaczyłem globalną pełnię. Nigdzie indziej nie doświadczyłem tyle światła, barwy i niezwykłości zapachów. Wciąż pamiętam pierwszy widok z okna mojego hotelu w Papeete. Góry i zieleń Tahiti. Dopóki tam nie pojechałem, nie wiedziałem, że fruwają ptaki na niebie. Nie widziałem czystej natury. Znalem tylko tematy do malowania…

Tuamotu utkwiło na zawsze w sercu starego malarza.

Wystawa w Centre Pompidou jest celebracją mistrzostwa. Pojęcie un roman, znaczy też w tym przypadku całkowity i idealny. Dopełnienie całości. Potężny katalog zawiera liczne teksty poświęcone artyście, zawiera też analizę i wspomnienia, krytyczne odniesienia i fragmenty większych form literackich, takich osobistości jak Louis Aragona, Clement Greensberg, Charles Lewis Hind, Jean Clay, Dominique Fourcade. Matisse jawi nam się jako artysta pełny: malarz, rysownik, projektant, pisarz, fotograf.

Nie ma tu żadnego balansu, przekroju, wybiórczości. To wspaniały zestaw, właściwie wszystkiego.

Matisse w każdej postaci, wielki i namacalny. Wszyscy powinni tę wystawę zobaczyć…

Paryż, Centre Pompidou 2020/2021

16
2
skomentuj
lubię!
przeczytane
578
razy

Strelnika bilet do Jima Dine

Napisał kiedyś: …wiecie dlaczego jeszcze żyję? Bo nie zrobiłem wcześniej, co do mnie należało, muszę dokończyć to teraz, tę robotę…

Każdego dnia wychodzi na taras, dodajmy, rozlany słońcem taras, na czwartym i ostatnim piętrze budynku przy Montreuil, gdzie Strelnik ma swoją pracownię. Podsuwa stół, stawia na nim kubek z kawą, następnie rozkłada książki i zaczyna rysować. Po chwili odkłada ołówek, bierze pędzel i maluje. Książki impregnuje wcześniej, kwasem wybiela fragmenty, wywala oryginalny tekst, ale zostawia zawsze jakiś fragment, który jest niedopowiedzeniem, jakąś częścią jego przemyśleń.

Mówi – patrz, ten fragment jest dla Ciebie. Tutaj wkleję fragment historii, którą napiszesz.

Czytam jego zapiski na kawałkach luźnych kartek. Piotrek nie prowadzi pamiętnika, który ma swój początek, rozwinięcie, datowanie czy inne atrybuty porządku.

Pisze tak: otwiera się brama między światami na parę minut. Jeśli jestem przy obiedzie i winie to będę musiał sobie ją otworzyć moim cudownym wytrychem… i pojawia się zaraz niedosyt.

A w innym miejscu: Staś mówi, żebym pisał książki. No to je maluję…

Piotr Strelnik, Jim Dine

Strelnika można poznawać tylko po fragmentach. Jest niekonsekwentny w zapiskach i podejmowanych wątkach. Pisze w zasadzie chaotycznie, ale ten chaos jest kontrolowany tylko przez niego. Strelnik wie, gdzie jest początek i zna kolejne ścieżki. Trzeba zatem znać Strelnika, aby sprostać jego dreptaniu. Podobnie jest z malowaniem książek. Piotr znajduje je na ulicy. We Francji to modny obyczaj. Książki wykłada się na chodniku, a ludzie je skrzętnie zabierają. Piotrek też tak robi, szuka albumów, książek o sztuce albo o podróżach.

Zabiera je do pracowni, rozkłada na tarasie. Potem dokonuje aktu zniszczenia. Wybiela kartki, przekleja strony, odwraca kolejność. Burzy logikę książki i jej układ.

Tworzy nowe dzieło.

Nowy rozdział jej życia.

Książki to: inteligentna materia, jak z ludźmi…

Piotr Strelnik, Jim Dine

Jim Dine. Profetyczny, gęsty w swojej sztuce, w dodatku łysy, chudy i w okularach. Całkiem jak Strelnik.

Dine ma swoistą tożsamość artystyczną. Długą i nacechowaną bogactwem form ścieżkę artystyczną. Jego Trzy Venus, stworzone u schyłku lat 90. stanowią ten niedościgniony obszar w sztuce, który jest zarezerwowany jedynie dla geniuszy. Oczywiście przypadki Dine, budującego environment, formy przestrzenne – są w naszym przypadku nieistotne, albowiem nie o Jima Dine tu chodzi, ale o znalezisko Strelnika, do którego tamten artysta z Cincinnati zrobił okładkę.

A zatem jest Dine, dzielący przedmioty rzeczywiste i te spoza materii logiki patrzenia. Dine szorstki, nachalny i zdecydowany w formie malarskiej, rysunku czy nawet nacisku ręki na papier…

Piotr Strelnik, Jim Dine

Dine używał technik collage, lubił wycinanki, doklejał jakieś fragmenty obce, aby w tej konceptualnej przestrzeni zamysł był bogatszy i wymuszał zabawę u odbiorcy.

U Strelnika mamy do czynienia z formą wampiryczną. Wyssał on już znacznie wcześniej z przeszłych historii czystą krew talentu. Z książek właśnie.

U Strelnika znaleźć można albumy Picassa, Cézanne, Warhola i Dine właśnie. Niegdyś były książkami, pełnymi opisów i reprodukcji ich twórczości. Teraz są wypełnione Strelnikiem. Tylko nim. Cała twórczość tamtych artystów została pożarta.

Mówi: mam bilet do Dine.

Piotr Strelnik, Jim Dine

Złazimy na dół po schodach. Bierzemy taryfę i jedziemy do Jo Goldenberga. Na Le Marais przy rue des Rosiers. Niegdyś tę kultową knajpę wysadził w powietrze Abu Nidal i jego komando. Dawali tam najlepszy na świecie czulent. Z cielęciną, młodą dymką i ciecierzycą. Ale restauracji dawno nie ma. To pojęcie umowne. Tamten Paryż powoli niknie w mrokach przeróżnych dziejów, jak ten bar przy Thorigny, do którego wpadał Gainsbourg i z tego powodu można było w nim palić całą dekadę później…

Zamówiliśmy zatem butelkę Saumur, do tego kilka kolejnych. W dobrym już humorze, bo w trakcie picia gadaliśmy cały czas o zamierzchłych czasach, na początku o dziewczynach ze szkoły, potem o sztuce, zeszło się o Beuysie, o kolegach emigrantach i tanich spelunach, które powinniśmy jeszcze odwiedzić.

Schwart’z pastrami fot@Tomasz Rudomino

Rozmowa ta odbyła się u Schwart’za. Kanadyjskim barze z kanapkami, wielkimi jak kopiec Kościuszki i kubłem frytek. Schwart’z w Paryżu to klon znakomitej marki z Montréalu. W całym bowiem Québecu serwują pastrami w kanapce, a i tu w Paryżu także. W Montréalu założyli firmę rumuńscy Żydzi, niejaki Reuben i jego brat Maurice. Było to bodaj w roku 1928 przy Boulevard Saint-Laurent. Sprzedawali naonczas koszerne, pyszne kiełbasy, ale przede wszystkim wędzoną wołowinę. Później powstała restauracja Reuben’s Deli, specjalizująca się w kanapkach z pastrami właśnie. Knajpę wykupił po jakimś czasie René Angélil, kanadyjski gwiazdor, który wymyślił Céline Dion. I zrobił jej dzieci. A Schwart’z w Le Marais to cień tamtej sławy. Nie mniej jednak, nażreć się można tam dostojnie, niemal tak samo jak w Québecu.

Zamówiliśmy po legendarnej kanapce. Były jak trzeba. Wielkie i dostojne. Ociekały tłuszczem, tak samo jak ociekają farbą obrazy wielkich malarzy. Zgodnie z obyczajem dodają do niej chochlę majonezu, ogórek kiszony, ćwierć kilo kapusty. Od siebie dodaliśmy jeszcze do tego zamówienia kieliszek Burgunda. Na więcej już nie mieliśmy siły…

Przestaliśmy gadać o sztuce. Ponoć Cézanne, kiedy się nażarł, też nie mógł malować…

 

14
1
skomentuj
lubię!
przeczytane
388
razy

Christo, Dômoto i tamten Paryż…

Do spotkania Christo z Japończykiem doszło przy okazji wernisażu w dniu 27 lipca 1962 roku, przy rue Visconti w Paryżu. Była to inauguracja „Muru“, assamblage, który otworzył przed Christo fenomenalną karierę. Postać Dômoto jest mniej znana, choć wypełnia doskonale japońską obecność na awangardowej scenie Francji.

 

Twórczość Dômoto rozjaśniła nieco Charlotte Perriand, genialna interdyscyplinarna artystka, której ekstrawagancka osobowość uczyniła z niej, absolutną i przebojową gwiazdę.

Perriand to postać jak z bajki. To na takich biografiiach zbudowano legendy awangardy. Związana z UAM, co w ogromnym stopniu kojarzy z tym kręgiem artystycznym. Była blisko Joana Miró, Henri Laurensa, Pabla Picasso i Le Corbusiera. Dômoto pojawił się w jej krajobrazie dlatego, że w w 1940 roku udała się do Japonii aby podpatrywać tamtejszy design. Stała się Ambasadorem sztuki francuskiej, jej wpływy także w projektowaniu artystycznym były zatem przedmiotem ciekawych dla historyków sztuki dokonań.

W marcu 1941 roku, Charlotte Perriand zorganizowała pokaz w gmachu Takashimaya swoich ikonicznych obiektów rzemiosła użytkowego, gdzie wykorzystała tradycyjne linie estetyczne, wzięte z kultury japońskiej, materiały i filozofię projektowania przemysłowego. Perriand nie znała młodej sztuki japońskiej, ale przywiozła głębokie przywiązanie do tego obszaru artystycznego, była to jej największa przygoda i przez wiele późniejszych lat twórcy japońscy znajdowali u niej otwarte serce i przyjaźń.

Hisao Dômoto ukończył Akademię Sztuk Pięknych w Kyoto w 1949 roku. Wywodził się z tradycyjnej rodziny artystycznej, ojciec zajmował się ceramiką, wujek był renomowanym malarzem. Dômoto szybko zaistniał w sztuce japońskiej tamtego okresu. Jego prace, mieszczące się w nurcie modnego wtedy surrealizmu, zostały zauważone i pojawiły się na wystawie w Musée du Jeu Paume. Dômoto wkrótce przybył do Francji, a więc, zanim ruch Jirō Yoshihary zaistniał w Japonii i zrewolucjonizował współczesne malarstwo. Co jednak ciekawe, młody Japończyk uległ wpływom abstrakcji lirycznej na miejscu, tu w Paryżu, w przeciwieństwie do twórców GUTAI, którzy zaczerpnęli z tego pełnego, bogatego źródła gestu i ekspresji, ale z kolei w Osace.

Stało się tak dlatego, że Dômoto trafił do Galerie Stadler w Paryżu, otwartej w październiku 1955 roku przy rue de Seine. To był trzeci adres po Drouin i Rive Droite, gdzie pojawiali się Amerykanie, a także artyści abstrakcji. Sprawił to legendarny krytyk Michel Tapié, który galerię Rodolphe Stadlera w jakimś sensie sformatował, otworzył ją dla Japończyków z kręgu GUTAI (do tego ruchu Dômoto przystąpił w 1957 roku), a także Georgesa Mathieu, Antonio Saury, Alfonso Ossorio czy Lucio Fontany.

Galerie Stadler zorganizowała mu dwie wystawy indywidualne. Dômoto został też uznany za największą osobowość artystyczną we Francji spośród twórców zagranicznych. Robert Fillou darzył go wielką sympatią. Ten znakomity artysta Fluxusu, uległ w swoim czasie wpływom teatru Kabuki, podróżował na Okinawę, także główne wyspy japońskie aby chłonąć tam filozofię, muzykę, słowo, znaki, wreszcie malarstwo kaligraficzne, a następnie wykorzystał to wszystko w swoich spektaklach i przedstawieniach. Fillou, podobnie jak John Cage, miał skłonność do łączenia wielu elementów, takich jak muzyka, obraz, ruch aby uzyskać „kreację permanentną“ w działaniach akcjonizmu.

I tak, obaj artyści udali się 27 lipca 1962 roku na ulicę Visconti aby wziąć udział, w projekcie młodego Christo, który polegał na zablokowaniu paryskiej ulicy, murem składającym się z pustych beczek po oleju.

Christo (rocznik 1938, nazywał się w rzeczywistości Wladimir Jawaczew) w styczniu 1957 roku, ukryty w wagonie towarowym, przedostał się pociągiem do Wiednia. Kilka miesięcy wcześniej, dzięki zaproszeniu kuznów, oglądał w Pradze po raz pierwszy w życiu prace awangardy, kubizmu i abstrakcji geometrycznej.

Christo przez Szwajcarię dostał się później do Paryża. Znajomi z Genewy, których poznał, pomogli mu zainstalować się w stolicy Francji. Pierwszy jego adres to 8, rue Quentin-Bauchart w ósmej dzielnicy. Później zamieszkał u zaprzyjaźnionego fryzjera, którego poznał również w Genewie. Wreszcie, legendę instalowania się Christo w Paryżu, dopełnia chambre do bonne, usytuowany na poddaszu przy Saint-Senoch.

Christo był wtedy bardziej malarzem, nim wkroczył na ścieżkę assemblages. Wszedł w bliskie kontakty z artystami grupy KWY, jak Portugalka Lourdes Castro, pochodząca z Funchal, fenomenalna malarka, twórczyni kolaży, efemerycznej abstrakcji, która uległa w swoim czasie fowizmowi, ale później stała się wręcz ikoną, kiedy trafiła do kręgu Nouveaux Réalistes.

W grupie KWY był też Jan Voss, który pojawił się we Francji około 1960 roku, w ramach wymiany studenckiej. Rzeźbiarz, malarz, twardo przywiązany do figuracji narracyjnej, dopiero na drodze ewolucji wydeptujący ścieżki w kolażu, rudymentarnej ikonizacji, ale przede wszystkim kumpel, wchłaniający paryskie życie, równie łatwo jak totemiczne emblematy w swoich kompozycjach.

Pierwsze serigrafie Christo opublikował w numerze KWY w języku portugalskim i francuskim. Nakład 12 stronicowego numeru wyniósł 100 egzemplarzy. Dziś to rarytas antykwaryczny, w którym znajdujemy serigrafię sygnowaną jako CHRISTO GAVACHEFF. Oprócz niego, pokazane zostały tam prace Marii Heleny Vieiry Da Silva i Manuela Cargaleiro. Kompozycja Christo to zdecydowany strzał liryki abstrakcyjnej, nie ulega bowiem wątpliwości, że to był modny naonczas styl francuskiej melodii sztuki, podobnie jak jazz Gainsbourga, marynarki Delona i kształt butelki Oranginy.

Voss przybył ostatecznie do Paryża i zainstalował się w atelier przy składzie samochodowym w Gentilly. Został dozorcą, dzięki czemu nie musiał płacić czynszu. Co prawda, Christo mieszkał już Jeanne-Claude przy Raymond-Poincaré pod numerem 4, ale to właśnie beczki z hali Vossa, którego odwiedzał, stały się inspiracją do nowej kreacji. Malarz Javacheff stawał się wtedy CHRISTO.

KWY wystąpiła teraz jako niezwykle silna drużyna : Castro, Voss, Duarte, Christo, Bertholo. Ten ostatni René Bertholo był mężem Lourdes Castro. Znakomity malarz i rzeźbiarz, całe artystyczne życie spędził w Paryżu. Pochodził z Alhandry, studiował w Monachium.

W roku 2001 w Centrum Kultury w Belem, odbyła się wystawa, której osią była prezentacja 12 numerów „Przeglądu Artystycznego“ KWY z kultowymi dziś postaciami, jak Christo czy Yves Klein.

Christo jeździł wielokrotnie do Lizbony na wystawy. Jego codzienność składała się w tamtym czasie, wyłącznie z wernisaży. Pisał do Jeanne-Claude: „chodzę od wystawy do wystawy, potem do kina lub teatru, wracam do domu, śpię a od rana kawiarnie, teatry i kolejne galerie. To moje życie…“

Jeanne-Claude znamy z fotografii Harry Shunka. Ściślej z duetu Shunk – Kender.

Ale pierwsza wystawa Christo nie odbyła się w Paryżu, lecz w Galerii Lauhus w Kolonii. Guy Weelen napisał wtedy pierwszy o nim tekst.

Weelen, partner Viera da Silvy, największej portugalskiej artystki XX wieku. Weelen był krytykiem sztuki, pisarzem, autorem doskonałych syntez na temat Soni Delaunay, Hansa Hartunga, Arpada czy Miró.

Napisał tak: „niektórzy płaczą, że DADA umiera. Że pan Dubuffet szczęśliwie walczy z greckim uzależnieniem, ale inni za to, kombinują jak ujać nasze życie codzienne w rygory sztuki. Nie mam na myśli akurat dywanów, ale może beczki będą granicą śmierci dotychczasowych definicji…“

Christo zabrał beczki od Vossa, ułożył je w stos w liczbie 26 sztuk, rozwinął gatunek nowej struktury, którą nazwał „Mur d’assemblage“. Tak powstała pierwsza kolumna, a potem druga i trzecia. Strukturę kolumnową sfotografował w atelier przy rue Senoch właśnie Kender. Wtedy też powstały pierwsze „opakowania“ przedmiotów. Był to stół. Rok 1961, to także data narodzin laboratorium projektów w przestrzeni miejskiej.

Galerie J, to trochę zapomniana już historia paryskiej sceny sztuki. Została otwarta 17 maja 1961 przy 8 rue Montfaucon w Paryżu z ekspozycją zbiorową „40 szczebli powyżej DADA“.

Galeria należała do Jeanine de Goldschmitt, byłej asystentki w galerie René Drouin (tej od Wolsa, Mathieu i Tapié) a także bliską osobie Pierre Restany, ojca chrzestnego Nouveaux Réalistes. Ale to w Galerie J, pierwszy występ miał Mimmo Rotella, kolejna legenda sztuki światowej, co warto przypomnieć przy tej okazji. Galeria niestety padła. Przetrwała ledwie cztery lata. Kiedy ją zamykano, Pierre Restany przeniósł, pozostawione tam prace Burena do swojego garażu.

Na początku roku, niejaki marszand z Niemiec, Haro Lauhaus spotkał Christo w Paryżu i zaproponował mu wystawę u siebie.

Wystawa „Nowa przygoda obiektów“ z udziałem Christo w Galerie J, musiała zatem poczekać. Ale to już inna historia, nowe otwarcie w dziejach sztuki współczesnej. W galerii J pojawia się jeszcze Cy Twombly, a Yves Klein wraz z Christo postawili na wspólny, własny spektakl. Obaj wkraczają wtedy z wielkim impetem do życia w sztuce. Początkowo nawet rywalizują.

Lecz pójdą swoją drogą…

 

 

12
2
skomentuj
lubię!
przeczytane
355
razy

Zamknięte okna Łubowskiego

Miałem napisać recenzję, ale na wystawę nie dotarłem. Chciałem napisać także coś większego, syntezę na przykład, ale z artystą nie porozmawiałem. SARS-CoV 2, wróg publiczny tej wiosny, uniemożliwił mi spotkanie z profesorem Andrzejem Maciejem Łubowskim, malarzem, który doskonale pasuje do naszych czasów, ze swym syndromem zamknięcia, czy też spozierania ukradkiem na świat, który staje się ledwo dostępny, patrząc przez okno. Confinement.

Andrzej M.Łubowski, Przy drzwiach I,

Chodzi o wystawę w galerii TEST w Warszawie, która mogła się stać ważnym wydarzeniem, bo przecież mamy do czynienia z postacią monumentalną, doskonałym malarzem o dorobku, który lokuje artystę w zacnym gronie, mędrców polskiej sztuki współczesnej.

Skoro na wystawę nie dotarłem, posłużę się tylko ograniczoną obserwacją i zapożyczeniami tekstów. To musi mi wystaczyć do spotkania z malarzem. Kiedy COVID pryśnie w dal, a okna Łubowskiego otworzą się na oścież, aby móc oddychać pełnią powietrza, wolności i jego sztuki.

A zatem czytamy w katalogu, pióra Hanny Kostołowskiej: Na wystawie Obiekty i obrazy, następuje zderzenie dwóch ważnych etapów w dotychczasowej, bardzo różnorodnej twórczości Andrzeja M. Łubowskiego. Niewtajemniczony widz mógłby odnieść wrażenie, że ma do czynienia z dwoma różnymi artystami. Fascynujące jest połączenie tak wyrazistych przeciwieństw: rozrywających emocji bijących z dużych, „pogiętych” płócien z jednej strony, a z drugiej – przenikliwej rutyny poddanej szczegółowej obserwacji na paśmie niewielkich obrazów, układających się w intrygującą wizję wspomnień. Prace te łączy przede wszystkich technika olejna oraz autoportret, który pojawia się w wielu dziełach malarza, w każdej fazie jego drogi twórczej.

Andrzej M. Łubowski, Okno V,

Zacznę jednak od głównego przekazu. To OKNO. Łubowski korzysta z tradycyjnej ikonografii, znaku, który sprowadza się do jednego, cokolwiek biblijnego nakazu: abyś widział!

To bardzo tradycyjna klisza, znana od wieków w malarstwie, swoista interpretacja substancji wyrażania obrazu. Łubowski jest w nim obecny przez cały czas, parafrazuje ideę autoportretu z pewną historią w tle. Trochę autoironia, a może bardziej hopperowski język, skłaniający do pokazania tej strony świata, na którą wychodzą okna, co oczywiście może mieć duży wpływ na komfort intelektualny oglądającego.

Wiemy kto jest przed, a kto za oknem. Każdy obraz, jak każde okno jest aktem twórczym. Zabieg cokolwiek filmowy, ale przecież wiemy, że fotograficzny. Mamy tu reżysera, który doskonale zużywa swoje wzory, inspiracje, ale przede wszystkim źródła. W końcu są też inspiracje artystyczne, a razem nabiera to specyfiku, tworzy logiczną całość, uświadamia nam – widzom – co się na tym obrazie dzieje.

Andrzej M.Łubowski, Przy oknie, seria,

Łubowski maluje zatem w pierwszej osobie. Wyczuwa się tu narratora. Trochę jak w filmach Godarda. Znajduję taki fragment tekstu na jego temat (Ryszard K. Przybylski, Ścieżka malowania), cyt…”malował obrazy przedstawiające własną postać, przemierzającą nieprzyjazne przestrzenie wielko­miejskich wykopów i zaułków”

A więc Łubowski to reporter, wędrowiec, poszukiwacz…

Andrzej M. Łubowski, Okno VI,

Nawiążę teraz do fotografii Daido. Nie dlatego, że widzę tu jakieś podobieństwo, lecz z powodu zbliżonych chęci pokazywania zaułków. Daido Moriyama to uznany klasyk współczesnej światowej fotografii, ale ilekroć o nim mówimy, za każdym razem jest jak z Andy Warholem: niby wszystko już wiadomo, a jednak ciągle „coś“.

Prawda?

To „coś“ powoduje w przypadku Moriyamy niepokój, weryfikowanie własnych myśli, nieustanne gapienie się w blur, brud i szorstkość jego zdjęć, a przy tym subiektywną pewność, że rzeczywistość, którą opisuje ma swoje widma i równie niepokojące wiatry.

Moriyama to obserwator.

Każdego poranka po śniadaniu zabiera swój aparat i rusza „w teren“. Na ulicy znajduje swoje tematy. Reklamy, latarnie, plakaty, szyby zza których widać świat korporacynejego obłędu, odnajduje piski, szepty, stukanie klawiatury, przemierza krańce i centrum miasta.

Nie wszyscy są tak skrupulatnymi fotografami. Nie wiem jakim jest Łubowski. To wynika z ich autonomiczności, charakteru, potrzeby poszukiwania.

Andrzej M. Łubowski, seria Przy oknie…

Musi być przecież precyzyjny i irracjonalny zarazem, piękny i połamany. Tak jak Metropolis, które nieustannie fotografuje. Lub chce odszukać.

Jak ten klasyk, który mówi tak: „…uczyń aparat swoim niewolnikiem. Kiedyś o jakości pracy fotografa decydowały dobry obiektyw, aparat, albo wręcz świetna Leica. W ten sposób stawałeś się mistrzem. U mnie było odwrotnie…

Łubowski – malarz, fotografik, reporter…

Andrzej M. Łubowski, seria Przy oknie…

A więc, to pole jest tak właśnie zagospodarowane.

Być może zatoczyłem koło, ale było mi bliżej, z perspektywy w której się znajduję, właśnie w ten sposób to opisać.

Bo z pewnością czeka mnie rozmowa z Łubowskim, aby z tego koła zrobić linię prostą.

Andrzej Maciej Łubowski to uważny obserwator codzienności oraz kondycji emocjonalnej pisze Hanna Kostołowska I ja jej wierzę. Nigdy nie rozmawiałem z Łubowskim, właśnie o tym, o kondycji, którą opisuje. Taka zależność – rozmowa z malarzem przed pisaniem o nim, jest prostą wędrówką do wypełnienia ciekawości treścią.

Andrzej M. Łubowski, Przy drzwiach III,

Nie przypadkiem przywołałem wcześniej Hoppera. Ten przypadek w sztuce odnosi się do pewnej narracji zastosowanej na jego obrazach. Przywołać powinno się w tym miejscu także Johna Dos Passosa, człowieka, który u Hoppera odegrał ważną rolę, ale przecież typ narracji, zastosowanej w obu przypadkach, odnosi się także do Łubowskiego.

Łubowski to literat. W czasach minionych (lecz za mojej pamięci), modna i intrygująca osobowość, która potrafiła zręcznie wplatać w opowieść, informacje niesione przez przekaz ulicy (pardon, za oknem)

Łubowski to podmiot mówiący, relacjonuje nam różne zdarzenia, przedstawia bohaterów, ale także wnika do ich świadomości, ich oczami ukazując ulicę, napotkanych ludzi, zabudowę, intymne wnętrza. Wprowadza dźwięki, zapachy, wrażenia. Ciszę.

Życie u niego płynie swoim tempem, a jednostki znaczą w nim niewiele. To powieść. Łubowski pisze nam po prostu powieść. Nie chcę powiedzieć, że tchnie to egzystencjalizmem jako dominacją pustki, bo żeby to stwierdzić, trzeba albo przeczytać „Pierwszego człowieka”, albo pogadać z artystą. Oczywiście, ja niczego tu nie odkrywam nowego. Łubowski uprawia swoje malarstwo, oparte na fotografii, z intensywną symboliką cienia. Nie ma tu ani deformacji, ani ekspresji, jest reportaż w czystej postaci, trochę publicystyka, trochę siebie samego. Autonomiczne pole zatracenia. Wszystkie konteksty na raz. Łubowski w tym przypadku jest bardzo hojny. Mamy w czym wybierać.

Pierwiastek egzystencjalny jednak.

Siła wyrazu, którą znamy w Nowej Figuracji i powiem od razu, że to jest coś, o czym bez rozmowy nie da opisać się dobrze. Francuzi nazywają to Figuration Narrative i podejrzewam, że w pochwale cienia, odnajdziemy ten język.

Niedokończona opowieść o Andrzeju Macieju Łubowskim, na marginesie wystawy w galerii TEST w Warszawie, 2020

 

11
0
skomentuj
lubię!
przeczytane
926
razy

Strelnik

Należy do najciekawszych postaci polskiej sztuki na emigracji. Szczerze przyznaję, że spośród całej plejady znakomitości, a szczególnie tu we Francji, Piotr Strelnik jest – obok Marka Szczęsnego i Gabrieli Morawetz – jasną wyrazistością tego, co powiedział niegdyś Gombrowicz, że: świat jest pozbawiony Boga, są tylko artyści.

Piotr Strelnik, Paryż 2020 fot@Tomasz Rudomino

Strelnik mieszka w Paryżu od 37 lat. Maluje w Montreuil, choć ma za sobą wiele adresów w Paryżu. Widziałem wystawę obrazów Piotra Strelnika w Galerie Roi Doré. Jedną i to przed laty. Na inne, niestety nie dotarłem, chociaż ta kolejna, mogła wpłynąć znacząco na moje pisanie o nim, znacznie wcześniej. To Galerie Matthieu Dubuc w Rueil Malmaison, gdzie artysta pokazał swoje wielkie monochromy, czystą arystokratyczną formę, dotkliwie niepokojącą, dziką i fantastyczną – bo akurat, tak widzę jego malarstwo.

Piotr Strelnik, w pracowni, Paris 2020, fot@Tomasz Rudomino

U Strelnika forma pojawia się jako siła rozgrzeszająca i nieomal boska. Ma w sobie wszystkie zalety i pokraczności współczesnej sztuki, czuć w nim brak kompleksów i hamulców, a w zamian widzimy absolutną naturalność, słowem czuć tylko jedno: jestem król i władca!

Piotr Strelnik, Montreuil 2020, fot@Tomasz Rudomino

Strelnik to egoista w malarstwie. Ale takim był i Pollock, Picasso czy Klein. Zadufany w sobie, podążający swoją ścieżką. Trochę wariat, a trochę aktor – jakby znów powiedział Gombrowicz. Bo siła i dojrzałość Strelnika to jego filozofia, intelektualne przesłanie, czasami irytujące, lecz nigdy wszak obecne u wojskowych, inżynierów, urzędników czy sprzedawców. To ogromny talent, który mocno go osadził w nim samym. Dał mu poczucie, że jest skazany na ponadczasowość.

Strelnik cnotliwy nie jest. Rozmach, gest, ruch pędzla. To wszystko wskazuje na oczywisty brak cnotliwości. Jego cnotą jest czysty artyzm. Nie jest w końcu hipopotamem, lecz malarzem. Musi wiedzieć, że swoją pracą wykracza poza życie. Pomiędzy nieomylnością, a resztą świata.

Piotr Strelnik, Montreuil, 2020, fot@Tomasz Rudomino

Kiedyś malował złote pejzaże. Ilenea Cornea stwierdziła, że Strelnik jest jak światełko na rozszalałym oceanie. Czuje się w jego obrazach pędzel, dotyk i fascynację naturą. W tych złotych pejzażach, motywem głównym były łodzie. Uniwersalny przekaz, wpleciony w oniryczną wizję krajobrazu, osnutą światłem, mgłą, śladem drogi, która jest przecież częścią naszego życia, o ile nie podstawowym, jego znaczeniem.

Droga…

Nie wiemy skąd przychodzą ludzie na ten świat i dokąd z niego odchodzą. Nie wiemy, kiedy umierają. Dlaczego się dręczymy, budując nasz własny świat, nietrwałe schronienie i właściwie dlaczego się z niego cieszymy, kiedy na niego patrzymy?

Piotr Strelnik, Montreuil, 2020, fot@Tomasz Rudomino

Strelnik maluje naturę. Patrzy świadomie na otaczający świat, jakby siedział u stóp wielkiej góry, zamierzając się na nią wdrapać, choć być może jest to pewne, fizyczne szaleństwo.

Czeka na ten właściwy moment.

W tym, co robi jest coś z tego, pewnego japońskiego mędrca: to dziwne, a nawet szalone uświadomić sobie, że całymi dniami, przesiaduję z naczynkiem na tusz i dla zabicia czasu, przelewam bezładnie na papier, pierwszą lepszą myśl, która mi przyjdzie do głowy…

Bo pory roku zmieniają się, a każdy przejaw tych zmian nas porusza. To właśnie natura.

Pisał poeta Bashô: niech młode liście/z oczu posągu zdejmą/kroplę, co świat zasłania

for Tomasz Rudomino, Piotr Strelnik, Montreuil 2020 fot@TRudomino
Piotr Strelnik, Montreuil 2020, fot@Tomasz Rudomino

Strelnik uczył się malowania u Teresy Pągowskiej. Nie dotrwał jednak do końca Akademii, krasząc swoją edukację dyplomem. Odszedł ze szkoły, zaszył się w lubelską wieś. Samotnie, jak ranny wilk w swojej norze, czaił się na właściwy moment wygrzebania z tej ciszy i zwątpienia.

Czyż sprawiliście, że sukces mój przyszedł za późno? Pisał Gombrowicz. Czy zdołaliście zwyciężyć mnie w moim nad wami końcowym zwycięstwie? Posłużę się tym zdaniem, dobrze ilustrującym stan psychiczny artysty.

Został derwiszem. W sensie artystycznym, jako podobieństwa do żarliwej i ascetycznej drogi. Wyboru malarstwa. Dewocyjny i natchniony. Został zatem wędrowcem. Najprawdziwszym Nagaremono. W takim kierunku poszedł Kazuo Shiraga, największy malarz japoński naszych czasów.

Strelnik pisze: cholera, odrzuca mnie od realizmu, rysunku studyjnego, odtwarzania realiów. Mimo to ubolewam, że jestem za mało barwny. Brak kolorów w malarstwie jest chyba tym, czym brak łechtaczki dla vaginy…

Piotr Strelnik, Montreuil 2020, fot@Tomasz Rudomino
Piotr Strelnik, Montreuil 2020, fot@Tomasz Rudomino

Cierpliwość. Czym jest cierpliwość w malarstwie? Chyba tym, czym woda dla ryby. Trzeba wciąż w niej pływać. Malarstwo to chemia, fizyka, matematyka, geometria wreszcie technika i dopiero potem cała reszta… Mimo to, oczekiwanie jest czymś dla mnie depresyjnym, złym. Nie potrafię siedzieć tygodniami przed czystym płótnem w oczekiwaniu aż moja wizja się skrystalizuje.

Jestem Piotrusiem Panem…

Otwiera się brama między światami na parę minut. Jeśli jestem akurat przy obrazie, to będę umiał ją sobie otworzyć, moim cudownym wytrychem…

Piotr Strelnik, Montreuil 2020, fot@Tomasz Rudomino

Pojechałem do Montreuil, do pracowni Piotra. Wdrapałem się na sam strych. Strelnik podał pudełko tajine z warzywami, ser i orzechy, ja otworzyłem butelkę Brouilly. To wino musi być zawsze chłodne. Pozwala łapać myśli, a wtedy słowa układają się w dalszą całość.

Gadaliśmy o Cézanne i Franzu Kline.

Artyści często ze sobą rozmawiają. Ci ze szkoły nowojorskiej częściej od innych. Może chodzi o dialog, a może potrzebę przegadania się nawzajem. Piotr często maluje w taki sposób, jakby chciał z kimś rozmawiać bardziej intymnie. Jim Dine, Nicolas de Staël, wspomniany Franz Kline, może jeszcze, inny ważny Franek, czyli Auerbach. Przychodzą do jego pracowni, siadają na taborecie, rozlewają butelkę i kłócą się o kolor albo formę.

Piotr Strelnik, Montreuil 2020, fot@Tomasz Rudomino
Montreuil, studio 2020, fot@Tomasz Rudomino

Kiedyś umówiliśmy się w parku w Boulogne. Niedaleko mieszkał słynny Daniel-Henry Kahnweiler, ale to nie był powód naszego spotkania. Usiedliśmy na ławce w cieniu jakiejś palmy. W Boulogne pełno jest palm, choć to skrawek Paryża. Chcieliśmy wyzwolić Formę, oderwać się od przyziemności, pchnąć idee w czysty przestwór. Mieliśmy myśli śmiałe i odkrywcze. Bo pióro nie może być bezczynne, a u malarza wyobraźnia wciąż szuka rozwiązań…

fragment większej całości o Piotrze Strelniku, z cyklu Emigranci, Paryż 2020

32
2
skomentuj
lubię!
przeczytane
2.47t
razy