Dora Maar

Tymczasem w Coupole pozostały tylko wrażenia. Zapach i smaki już nie tamte, choć powiadają, że curry d’agneau à l’indienne przygotowują wedle tej samej receptury co w 1927 roku, kiedy ta oszałamiająca restauracja, była otwierana. Cendras podjechał wtedy Alfą Romeo, a Man Ray Voisine. Był to C11, którego wyprodukowano naonczas dwa tysiące egzemplarzy.

Dora Maar nie widziała jeszcze tych pyszności. Gwiazdą była Lucy Krogh. Była wtedy w ciąży z Paiscin. Jules Pascin, ostatni trubadur Montparnasse. Książe malarzy. Kiedy Foujita opuścił Montparnasse on pozostał na miejscu, pijąc najczęściej z barmanem, samotnie przy cynowym kontuarze, pozostają w myślach sam, lub z Aragonem, wspominając być może śmierć Grisa, albo Apollinaire… Popełnił samobójstwo i jest jak ten Casagemas od Picassa, tragiczną postacią Paryża…

Dora Maar. Piękna i posępna. Muza Picassa, cudowna i tajemnicza jak z portretów Raya, albo nawet Bunuela. Ciemna, a przy tym płomienna – une fervente, ale i efemeryczna jednocześnie. Kobieta, z którą spędzić wieczór, to jak podróż do kresu nocy, że posłużę się teraz Céline…

Dora Maar. Czy można opisać jej życie? Czy można streścić w paru słowach to, kim była i co stworzyła? Można, ale to tak jakby napisać, że wiadro jest puste. Bo czymże jest pustka japońskich poematów od pustki naczynia? Że nie jest pełne?

Można przeczytać całego Sartre i niczego się nie dowiedzieć o życiu.

Dora Maar żyła w cieniu Guerniki.

Żyła w cieniu Picassa.

Namalował ją w 1938 roku. I jeszcze rok wcześniej. Na jednym portrecie jest myśląca, albowiem podpiera dłonią twarz i patrzy na nas. Tak ją widział Picasso. Na drugim, nic nie widział tylko strukturę czaszki. I dwa kolory: pomarańczowy oraz niebieski.

Morita Doji napisał wiersz o Dorze. Japonkę fascynowała jej elegancja, wolność i poczucie niezależności. Choć niektórzy uważają ją za niewolnicę geniuszu Picassa.

Urodziła się w 1907 jako Henriette Dora. Zatem w Coupole, kiedy knajpa stała się Mekką malarzy Mantparnasse’u, była dwudziestolatką. Ale z ostrym zacięciem, bo zaczęła wtedy studia w L’école des Beaux-Arts w Paryżu. Wyjechała wkrótce do Argentyny. Bo jej ojciec, chorwacki architekt już tam mieszkał i Dora jak miała 3 lata została emigrantką w Buenos Aires. Teraz jest w Paryżu i kocha się w poezji Jacquesa Préverta. Chłonie Paryż a wraz z nim surrealistów. Skoro Gala odfrunęła od Eluarda do Salvadora Dali, to ona przyfrunęła do Eluarda. W Les Deux Magots poznaje Picassa. I tak to się zaczęło…

Zmarła w 1997 roku w Paryżu jako uznana artystka, caryca fotografii, wielka, a być może największa gwiazda, której dzieła przemawiają magnetyzmem, siłą i wrażliwością.

Nie można nie fascynować się jej fotografią. Nie można, bo to, tak jakby nie umieć czytać, kiedy słowo jest jedyną rzeczą, która potrafi do nas przemawiać…

Dora Maar, l’œil ardent, fotografie Centre Pompidou, Paryż czerwiec, lipiec 2019

18
0
skomentuj
lubię!
przeczytane
1.08t
razy

Victor Vasarely, przewodnik po Kosmosie…

A teraz oto Victor Vasarely w Centrum Pompidou z wystawą, będącą kolejnym hołdem, złożonym temu wielkiemu artyście. Vasarely to wszak ikona sztuki światowej. Francuz, który był wcześniej Węgrem (rocznik 1906). W Budapeszcie ukończył szkołę Bortnyika, a zatem jego powinowactwa z Bauhausem stały się oczywistą etykietą. Pozostały mu na długie lata, być nawet do końca życia.

W 1931 roku Vasarely wyjechał do Paryża, który stał się jego domem i gdzie zmarł w 1997 roku.

Victor Vasarely, le système Vasarely (1906-1997)

Vasarely kojarzy się z czasami, w których dominował nieprawdopodobny optymizm i nadzieja, że technika rozwiąże wszystkie ludzkie oczekiwania. Spodziewano się wtedy szybkich lotów na Marsa, lektura Arthura C. Clarke czy Stanisława Lema była obowiązkiem każdego inteligenta, a w sztuce pojawił się kinetyzm.

Vasarely zaczynał od „Zebry“, czyli kontrastów czarno-białych, i tak pozostał na długie lata w koncepcji optycznej, w której, cokolwiek pojawiło się na obrazie, zawsze ulegało zmianie, w zależności od kąta widzenia osoby patrzącej.

Przypadków, dla których Vasarely pozostaje w pamięci jest wiele. Skojarzenia z Clarke daje „Supernova“, gdzie w 1959 roku dał upust swojej czarno-białej fascynacji, składającej się z kostek i kropek. Kostki to niebo, a kropki to gwiazdy. Ten fenomen wizualizacji jaki zaproponował, był też w jakimś stopniu odpowiedzią na dręczące pytania, gdzie jest koniec wszystkiego. To filozofia wynikająca z tamtych czasów, niepokój o kres i dalszą drogę, pytania, co kryją gwiazdy i skraj horyzontu. To Lem i Clarke w czystej postaci. Vasarely odpowiedział, tak jak oni: własnym szyfrem.

Od czasów „Zebry na murze“ sztuka Vasarely’ego mocno się rozwinęła, ale raczej w kontekście jej filozoficznego rozumienia. Wciąż pozostał w sferze gry optycznej, która w jego przekonaniu najlepiej definiuje dążenie człowieka do tworzenia doskonałej sztuki. Najpiew była więc „Vega III“ a potem niezwykły „Hommage à Malewicz“, złożony wielkiemu pionierowi sztuki współczesnej. Vasarely stworzył tam krystalicznie czystą optykę. Grę na czarnym kwadracie i jego białym tle. Treści jakie można wysnuć z tej artystycznej zabawy są niepoliczalne. Hołd niezwykły. Urok tego dzieła nieśmiertelny. Vasarely wykonał kilka wersji „Hommage“, ostatnia powstała z aluminium. Powiadał, że czarny kwadrat Malewicza to było okno, przez które ujrzał pustkę. No może nie tyle co pustkę, ale jej dalszy ciąg. To co pustka kryje, lecz nie każdy jest w stanie to dostrzec. Jemu się udało.

I wreszcie „Hommage à Pompidou“. Ten kolejny, niezwykły optyczny obraz stanął w 1976 roku u wejścia do Centre Pompidou, a zatem świątyni współczesnej sztuki, która pojawiła się w Beaubourgu, decyzją tego prezydenta, który zmarł w czasie swojej kadencji i nie doczekał tego, godnego światowego uznania pomnika.

Centrum Pompidou było w tym czasie symbolem wspólnej ścieżki polityki i sztuki, nowoczesnego patrzenia na wnętrze ekspozycyjne, co w dobie eksplozji konceptualizmu i optyki Vasarely’ego, wymagało potężnej gimnastyki umysłowej, aby stworzyć odpowiednią przestrzeń dla rozumienia sztuki, buntu artystycznego i negacji konsumpcjonizmu, co akurat w aktach wizualnych mocno się wtedy zakorzeniło.

Vasarely, Vega200, 1968

W którymś momencie Vasarely wyszedł z kinetycznych form i dostrzegł otaczający go pejzaż. Oczywiście zobaczył go poprzez formy geometryczne. W Prowansji, niedaleko Gordes zakupił starą farmę. Średniowieczne miasteczko urzekło wcześniej Marc Chagalla czy Serge Poliakoffa. Vasarely odnalazł w nim to, co od dawna pchało do tej krainy wielu malarzy, a wśród nich Paula Cézanne’a, ojca ich wszystkich razem wziętych.

W tej krainie wszystkich kolorów Victor Vasarely zobaczył jak słońce układa swoje cienie w sprzecznej perspektywie wraz z przeżartymi od światła zakamarkami starych domów, murów i mostów i stworzył „Nives II“, kompozycje radialne o barwach, które z pewnością przywodzą na myśl klimat Prowansji. W pewnym sensie po Cézanne, van Goghu, czy choćby Staëlu już nic więcej nie można w Prowansji nowego zrobić. „Nives II“ zamknęły klamrą, tę cudowną krainę artystycznego doświadczenia.

W historii sztuki takie klamry pojawiały się w wielu przypadkach, stanowiły granice obszarów sztuki czy kierunków. W konkretnym przypadku geograficznym, w jakimś sensie, a właśnie za sprawą van Gogha czy Cézanne, to Prowansja stała się kręgiem artystycznym. Na jego przykładzie doskonale możemy odczytać ścieżkę, po której podążyli przeróżni artyści i co z tego wyniknęło. Od Cézanne’a po Vasarely’ego. Niezwykła lekcja sztuki. Oda do życia. Odpowiedź na wszystkie dręczące pytania, które zawsze stawiali przed sobą artyści: dokąd zmierzamy?

Victor Vasarely, Le Partage des Formes, Centrum Pompidou, 2019

Luty 2019

10
1
skomentuj
lubię!
przeczytane
770
razy

Ryoji Ikeda, Continuum

Wystawa Ikedy w Centre Pompidou to formalnie rzecz biorąc, raczej spektakl, którego wymowność tytułu miała nas przenieść do świata pytań o meta-trwanie. Każdy, kto patrzy na Ikedę wie, że tego typu odniesienia są następstwem pojmowania diapazonu jako skali, nie tyle co muzycznej, lecz logicznie łączącej dwa światy. Ten drugi, to oczywiście obrazy.

Ikeda zaczynał jako muzyk. Dźwięki były dla niego artystycznym trwaniem. To od nich zawsze czynił pierwszy krok. Dopiero drugi to były video i kształty. Pisząc „kształty“ , definiuję je trochę jak obrazy. Lecz nie dosłownie w sensie malarskim. Bardziej jako rodzaj konstruktywistycznej przestrzeni, która nabiera oblicza, gdy płynie w określonym rytmie. Powinowactwa są tu przeróżne.  Od grafik Kazumasa Nagai po eksperymenty Christiana Boltańskiego. A zatem mają intermedialny charakter.

Ikedę należy oglądać „na żywo“. Przynosi najwięcej wrażeń i estetycznego doświadczenia. Czuć wtedy trwającą u niego akustyczną wibrację. Potrzebę łączenia wielu doświadczeń. Wibracje odczuwamy siedząc przed jego Continnum. Obrazy mkną w rytmie tych wibracji. Choć to muzyka. Ale całość wygląda tak, jakby czarno-białe płaszczyzny Ryszarda Winiarskiego puścić w ruch. I nadać im harmonijnego rytmu, właśnie poprzez wibracje. Choć słowo „harmonijne“ kojarzy się z łagodnością. Celem Ikedy jest raczej odwrotność łagodności.

Pochodzi z Gifu. Miasta leżącego w centralnej Japonii, niedaleko Kiso. Za czasów Edo, biegł tamtędy sławny samurajski trakt do Kioto zwany Nakasendō. Znajduje się tam również zamek Kanō, zbudowany po legendarnej bitwie pod Sekigaharą.

Ikeda wyemigrował do Paryża, gdzie od lat tworzy i mieszka.

Edouard Longue

 

Ryodi Ikeda, (urodzony w 1966 roku) wystawa Continuum w ramach festiwalu sztuki i historii Japonii „Japonismes 2018“, Centre Pompidou, Paryż, lipiec-sierpień 2018.

 

19
1
skomentuj
lubię!
przeczytane
1.25t
razy