Szczęsny, opowieść z Belleville

Snujemy się po Belleville. To jego miasto. Umawiamy się, że nie będziemy rozmawiać o obrazach, które namalował. Co najwyżej o tych, które nakręcają wyobrażnię. Albo o innych artystach. Na przykład o Julianie Schnablu. Szczęsny kocha Amerykanów. Ich niesamowity rozmach, gest, poczucie siły. Bywał tam, dotykał, zatem wie, co mówi.

Marek Szczęsny, Paryż, Couronnes, 2019

Umawiamy się przy Couronnes. To dzielnica Paryża, która jest wieżą Babel. Mieszkają tam Chińczycy, Arabowie, Żydzi, Rosjanie, Włosi. Wszyscy. W barze na rogu, tuż obok metra, siadam przy winie i gapię się przez okno w oczekiwaniu na to spotkanie. Marek Szczęsny ma pracownię minutę drogi od stacji metra Couronnes, ale akurat to spotkanie jest jakby nieco inne, niż tradycyjna wizyta w atelier, gdzie krytyk i artysta biorą się za bary.

Yanaihara Isaku siadywał w barze, gapił się przez okno na siąpiący deszcz i czekał aż Giacometti wejdzie do środka, a kiedy się pojawiał, Japończyk zawsze zaczynał od ustalania prawdy: gdzie ona jest? Przecież w każdym dziele jest zawarta…

Giacometti zapalał wtedy papierosa, wypijał trochę wina. Naonczas można było w bistro palić. Papieros przy stoliku, pomagał w każdej odpowiedzi. Dziś nie można palić w barach. A konkretnie przy kontuarze. Bo kontuary w Paryżu są jak ta barka dla praczek nad Sekwaną. Stworzone dla wielkich historii. Tabernakulum na ołtarzu sztuki. Trzeba tylko umieć go otworzyć. Z jednej takiej barki zrodziła się pewna, wielka legenda, obiegła świat i narzuciła rolę podartej i nieogolonej bohemy. Na wielu kontuarach paryskich barów, historie zapisane i te niezapisane mają nieskończenie długie zdania.

Zinc bistro…

Wychodzę na zewnątrz, aby zapalić.

Ten lokal na rogu przy Couronnes, to nie jest bar dla artystów. To raczej speluna, pełna odoru piwa, kwaśnego wina i moczu docierającego zza czerwonych drzwi, do których dostępu broni kłódka z dziurką na 50 centymów. Ani wesoły, ani hulaka nie mają tu czego szukać. Może pieszczotliwy Max Jacob jedynie, albo poeta pożerający ogórki przy kieliszku wódki. Barman w tym barze pochodzi z Maghrebu, ale wódki i ogórków u niego nigdy nie zabraknie, albowiem pełno wokół poetów różnej maści.

Z Couronnes do Belleville, w sensie stacji metra, idzie się kilkanaście minut. Wystarczy więc czasu na opowieść, jak to Szczęsny wybierał się z wizytą do Willem de Kooninga. Nie dotarł jednak do niego, albowiem tamten miał Alzheimera i kontakt z nim się urwał. De Kooning malował gęsto. Porywająco gęsto, ale dla Marka Szczęsnego na obrazie Amerykanina robiło się zbyt ciasno.

Sam bowiem, mówił kiedyś w wywiadzie, że „zawsze są mi bliżsi artyści, którzy używają oszczędnych środków formalních, raczej mniej, ale z większą siłą”.

Ale wizyta u de Kooninga to mogło być wielkie przeżycie. De Kooning to wszak ikona. A przecież liczy się też temperament i pierwiastek kosmiczy. U Kooninga i Szczęsnego występują w nadmiarze. Choć oczywiście ich malarstwo leży na różnych planetach.

Szczęsny mógłby być trubadurem. Przyjechał do Paryża, aby głodować i malować. Kojarzy mi się z niebieskim kolorem. Jest taki obraz Szczęsnego, który w zasadzie jest niebieski. A może nie jeden tylko więcej. Na papierach i płótnie. W różnych odcieniach koloru co prawda, ale zdecydowanie niebieski. Kolor niebieski pasuje do takiej wizji świata, który przywodzi nastrój melancholii, a zatem pytanie: jak żyć, jak jeść i malować?

Céline wychodził w nocy, aby zrozumieć sens tej udręki.

Tak mają poeci…

Szczęsny też jest poetą.

Nie pytam go, co czuje, kiedy maluje, bo to pytanie zbyt banalne. Choć Isaku bez przerwy pytał Giacomettiego, co się znajduje pomiędzy naturą a abstrakcją… Tamten odpowiadał niezmiennie z uśmiechem, że tylko prawda!

Ale jak zapytać Szczęsnego o prawdę? To tak, jakby Antoni Tàpies miał nam wytłumaczyć grubość faktury.

Przecież o tę fakturę właśnie chodzi.

Tàpies jest bliższy zdecydowanie Szczęsnemu, albowiem oprócz formy, używa też znaków.

Marek Szczęsny, zdjęcie Michel Lunardelii, Galeria Akié Arichi, 2016

Idziemy do Chińczyla przy Belleville. Le Président. Wielka restauracja ze schodami jakby wyjęta z Titanica. Zamawiam le canard laqué z mango. Pijemy Mouton. Majestatyczna hala, w której bywał François Mitterand, a nawet Kanye West. Marek bierze talerz nemów. Nagle przyszło wspomnienie Tadeusza Brudzyńskiego, mojego kolegi ze Żmichowskiej. Brudzyński studiował w Tuluzie i na ASP w Warszawie u Jacka Sienickiego. Zmarł niespodziewanie, młodo, nie dokończywszy swojego artystycznego dzieła…

Le Président, Belleville, Paryż 2019

Pijemy w milczeniu…

Gadamy potem o Czapskim i czasach Kultury. Tej paryskiej i tej zielonej z Warszawy. Wspominamy starych znajomych. Inne czasy…

Julian Schnabel. Temat malarstwa szkoły nowojorskiej wraca.

Ale jeszcze jedna refleksja: Przyboś powiedział, że poezja to jest maksimum aluzji wyobrażeniowych przy minimum słów. Ja tak odbieram malarstwo Szczęsnego. A teraz sięgam po tekst Andrzeja Turowskiego. Czytam w nim: „…w papierach nie liczących się z kadrem nie są to proste obramowania, ale lekkie odchylenie od pionu jakiegoś konturu, umocowanie na narożniku jakiejś plamy, przyszpilenie fragmentu papieru czy linia zawieszonego na nitce kartonu. Grawitacja balansuje relacje, urywa proces…”

Sam Szczęsny mówi w wywiadzie dziesięć lat później: „…w każdym dobrym obrazie musi być jakaś sprzeczność, jakaś niemożność i tajemnica. Coś, co zostawia nieokreślony niepokój i może do osiągnięcia takiego stanu na płaszczyźnie konieczne są dwa światy (…) poprzez użycie prostych form: pion, ograniczenie przestrzeni jedną białą linią, wskazanie, że coś się kończy. Linia horyzontu, styl: Kosmos – Ziemia.”

Tu wraca akurat ten największy ze wszystkich: Jackson Pollock. Szczęsny mówi, że go powalił.

Ale łapę Szczęsny ma nietęgą. Tylko Georges Mathieu mógłby go wyzwać na pojedynek w tej dziedzinie. Ale Szczęsny przerywa mi natychmiast ten tok myślenia: nie wspominaj przy mnie Mathieu. To konfekcja. Malarz na pół gwizdka…

Liryka… Abstrakcja liryczna… Nie będzie porównań. Żadnych. Sztuka jest dziełem pierworodnym. Żyjemy w takich czasach, że zalewają nas obrazy. Mamy do nich łatwy dostęp. Kiedyś Szczęsny, aby oglądać obrazy mistrzów musiał przyjechać do Paryża. Podobnie jak Calder. Teraz wystarczy niektórym Instagram.

Ale obrazy trzeba dotykać. Powąchać. Zbliżyć się do nich na odległość pędzla.

Gest, pociągnięcia pędzla. To jedno i jedyne. Koniec czegoś albo początek.

Pisze Turowski: „…w twórczości Marka Szczęśnego widzenie buduje napięcie między Ja artysty i światem.“

Pytanie o esencję widzenia.

Jean Portante. Pisarz i poeta. Twórca nasycony i erudyta. Napisał esej o Marku Szczęsnym. Zna go doskonale. I odwrotnie. Portante pisze: „jakie obrazy tworzą się w głowie i zacierają, kiedy ręka bierze zamach, otwartym gestem zbliża się do płótna czy karty papieru? Po czym, grożąc, że się zatrzyma o kilka milimetrów zaledwie od celu, nie czyni tego wszakże w obawie, że zatraci się gdzieś spontaniczność ruchu, jego otwartość“

Albo w innym miejscu: „światło, owo niewyczerpane wziąż pasywne źródło – ani na płótnie, ani na papierze Markowi Szczęsnemu nigdy nie udało się uwięzić, pozwala sobą sterować i chowa się pomiędzy różnymi warstwami…“.

A może po prostu jest jak u Braque: słońce Szczęsnemu niepotrzebne, bo nosi światło w sobie?

Schabel. Zostawiam go na koniec. Odbył niegdyś podróż do Włoch. Bodaj w 1982 roku. Pozostawił z tej podróży malarskie notatki. Maźnięte tuszem fragmenty. Jakieś kształty, drzewa, kawałki zdarzeń. Papier gruby. Zagadki jak z Burena.

Pytam Szczęsnego o Daniela Burena. Pogroził mi palcem…

Schabel namalował obraz pod tytułem „Pisa“. To był początek tej drogi, która później zaprowadziła go na szczyty. Pojawiła się u niego surowość i symbolika. Archetypy, znaki. Szczęsny jest z innego pokolenia, ale ta droga jest przecież ponad pokoleniowa.

Najlepszym sposobem posługiwania się pędzlem jest naturalność i prostota, nauczał japoński klasyk Mitsuoki. Dodawał: „najlepiej by malowidło było proste i skromne”. W tej surowości, która zrodziła wabi sabi jawi się też pewne postrzeganie życia jako ulotności i przemijania. Malarstwo, takie jak Schnabla czy Szczęsnego, zmusza nas do refleksji, do zastanowienia się , gdzie przebiega granica pomiędzy tym co trwałe i ulotne. To pytanie o Kosmos, które już tutaj raz padło.

Schnabel namalował ekstazę św. Franciszka, dzieląc obraz na dwie części. W jednej umieścił figurę żebraczego apostoła naszego wstydu, a w drugiej potłuczone porcelanowe talerze. Po czym jedzie do Meksyku i w Oaxaca odkrywa malowidła ścienne, pierwotne rysunki, smakuje azteckiego chleba powszedniego i pije mezcal. Wraca i dopiero po tym jak zrozumiał Renesans i nasze wspólne dziedzictwo kultury, maluje Hokodate, robi jedno pociągnięcie pędzla i widzi pustkę oraz potrzebę poszukiwania. Na Biennale w Wenecji ogląda najprawdziwszych rozbitków sztuki: arte povera. Staje się nienasycony. Domaga się kolejnych słów i znaków. Pisze historię świata, poprzez horyzontalne i wertykalne, zamknięte i poza definicją pociągnięcia pędzla. Staje się surowy. Być może wtedy stał się także dojrzały. Takiego Schnabla zobaczył Szczęsny. Od dawna, jeszcze przed Nowojorczykiem z Teksasu, wędrującego po tej drodze. Jak mnich podążający wzdłuż Tokkaido, z jednym nieśpiesznym celem: znaleźć tę właściwą odpowiedź na dręczące i znane pytanie: kim jesteśmy, dokąd zmierzamy?

W Le Président powoli zdejmują obrusy. Restauracja z wraku Titanica opustoszała. Chińczycy idą spać. Noc przed nami. Pytam Szczęsnego:

– to kiedy pogadamy o malarstwie?

Znowu pogroził mi palcem…

 

Paryż, maj 2019

11
1
skomentuj
lubię!
przeczytane
344
razy

Jedna odpowiedź do “Szczęsny, opowieść z Belleville”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *