Strelnika bilet do Jima Dine

Napisał kiedyś: …wiecie dlaczego jeszcze żyję? Bo nie zrobiłem wcześniej, co do mnie należało, muszę dokończyć to teraz, tę robotę…

Każdego dnia wychodzi na taras, dodajmy, rozlany słońcem taras, na czwartym i ostatnim piętrze budynku przy Montreuil, gdzie Strelnik ma swoją pracownię. Podsuwa stół, stawia na nim kubek z kawą, następnie rozkłada książki i zaczyna rysować. Po chwili odkłada ołówek, bierze pędzel i maluje. Książki impregnuje wcześniej, kwasem wybiela fragmenty, wywala oryginalny tekst, ale zostawia zawsze jakiś fragment, który jest niedopowiedzeniem, jakąś częścią jego przemyśleń.

Mówi – patrz, ten fragment jest dla Ciebie. Tutaj wkleję fragment historii, którą napiszesz.

Czytam jego zapiski na kawałkach luźnych kartek. Piotrek nie prowadzi pamiętnika, który ma swój początek, rozwinięcie, datowanie czy inne atrybuty porządku.

Pisze tak: otwiera się brama między światami na parę minut. Jeśli jestem przy obiedzie i winie to będę musiał sobie ją otworzyć moim cudownym wytrychem… i pojawia się zaraz niedosyt.

A w innym miejscu: Staś mówi, żebym pisał książki. No to je maluję…

Piotr Strelnik, Jim Dine

Strelnika można poznawać tylko po fragmentach. Jest niekonsekwentny w zapiskach i podejmowanych wątkach. Pisze w zasadzie chaotycznie, ale ten chaos jest kontrolowany tylko przez niego. Strelnik wie, gdzie jest początek i zna kolejne ścieżki. Trzeba zatem znać Strelnika, aby sprostać jego dreptaniu. Podobnie jest z malowaniem książek. Piotr znajduje je na ulicy. We Francji to modny obyczaj. Książki wykłada się na chodniku, a ludzie je skrzętnie zabierają. Piotrek też tak robi, szuka albumów, książek o sztuce albo o podróżach.

Zabiera je do pracowni, rozkłada na tarasie. Potem dokonuje aktu zniszczenia. Wybiela kartki, przekleja strony, odwraca kolejność. Burzy logikę książki i jej układ.

Tworzy nowe dzieło.

Nowy rozdział jej życia.

Książki to: inteligentna materia, jak z ludźmi…

Piotr Strelnik, Jim Dine

Jim Dine. Profetyczny, gęsty w swojej sztuce, w dodatku łysy, chudy i w okularach. Całkiem jak Strelnik.

Dine ma swoistą tożsamość artystyczną. Długą i nacechowaną bogactwem form ścieżkę artystyczną. Jego Trzy Venus, stworzone u schyłku lat 90. stanowią ten niedościgniony obszar w sztuce, który jest zarezerwowany jedynie dla geniuszy. Oczywiście przypadki Dine, budującego environment, formy przestrzenne – są w naszym przypadku nieistotne, albowiem nie o Jima Dine tu chodzi, ale o znalezisko Strelnika, do którego tamten artysta z Cincinnati zrobił okładkę.

A zatem jest Dine, dzielący przedmioty rzeczywiste i te spoza materii logiki patrzenia. Dine szorstki, nachalny i zdecydowany w formie malarskiej, rysunku czy nawet nacisku ręki na papier…

Piotr Strelnik, Jim Dine

Dine używał technik collage, lubił wycinanki, doklejał jakieś fragmenty obce, aby w tej konceptualnej przestrzeni zamysł był bogatszy i wymuszał zabawę u odbiorcy.

U Strelnika mamy do czynienia z formą wampiryczną. Wyssał on już znacznie wcześniej z przeszłych historii czystą krew talentu. Z książek właśnie.

U Strelnika znaleźć można albumy Picassa, Cézanne, Warhola i Dine właśnie. Niegdyś były książkami, pełnymi opisów i reprodukcji ich twórczości. Teraz są wypełnione Strelnikiem. Tylko nim. Cała twórczość tamtych artystów została pożarta.

Mówi: mam bilet do Dine.

Piotr Strelnik, Jim Dine

Złazimy na dół po schodach. Bierzemy taryfę i jedziemy do Jo Goldenberga. Na Le Marais przy rue des Rosiers. Niegdyś tę kultową knajpę wysadził w powietrze Abu Nidal i jego komando. Dawali tam najlepszy na świecie czulent. Z cielęciną, młodą dymką i ciecierzycą. Ale restauracji dawno nie ma. To pojęcie umowne. Tamten Paryż powoli niknie w mrokach przeróżnych dziejów, jak ten bar przy Thorigny, do którego wpadał Gainsbourg i z tego powodu można było w nim palić całą dekadę później…

Zamówiliśmy zatem butelkę Saumur, do tego kilka kolejnych. W dobrym już humorze, bo w trakcie picia gadaliśmy cały czas o zamierzchłych czasach, na początku o dziewczynach ze szkoły, potem o sztuce, zeszło się o Beuysie, o kolegach emigrantach i tanich spelunach, które powinniśmy jeszcze odwiedzić.

Schwart’z pastrami fot@Tomasz Rudomino

Rozmowa ta odbyła się u Schwart’za. Kanadyjskim barze z kanapkami, wielkimi jak kopiec Kościuszki i kubłem frytek. Schwart’z w Paryżu to klon znakomitej marki z Montréalu. W całym bowiem Québecu serwują pastrami w kanapce, a i tu w Paryżu także. W Montréalu założyli firmę rumuńscy Żydzi, niejaki Reuben i jego brat Maurice. Było to bodaj w roku 1928 przy Boulevard Saint-Laurent. Sprzedawali naonczas koszerne, pyszne kiełbasy, ale przede wszystkim wędzoną wołowinę. Później powstała restauracja Reuben’s Deli, specjalizująca się w kanapkach z pastrami właśnie. Knajpę wykupił po jakimś czasie René Angélil, kanadyjski gwiazdor, który wymyślił Céline Dion. I zrobił jej dzieci. A Schwart’z w Le Marais to cień tamtej sławy. Nie mniej jednak, nażreć się można tam dostojnie, niemal tak samo jak w Québecu.

Zamówiliśmy po legendarnej kanapce. Były jak trzeba. Wielkie i dostojne. Ociekały tłuszczem, tak samo jak ociekają farbą obrazy wielkich malarzy. Zgodnie z obyczajem dodają do niej chochlę majonezu, ogórek kiszony, ćwierć kilo kapusty. Od siebie dodaliśmy jeszcze do tego zamówienia kieliszek Burgunda. Na więcej już nie mieliśmy siły…

Przestaliśmy gadać o sztuce. Ponoć Cézanne, kiedy się nażarł, też nie mógł malować…

 

14
1
skomentuj
lubię!
przeczytane
388
razy

Jedna odpowiedź do “Strelnika bilet do Jima Dine”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *