Rozmowa o ciemni i świetle…

Do Arcueil dotarłem w samo południe. Akurat Gabriela podała łososia i sałatę, a Pancho upiekł w tosterze kromki chleba. Piliśmy Gaillac. Lubię to wino, bo przypomina mi pewnego marszanda z Montréalu, z którym rozprawialiśmy o Jean-Paul Riopelle, właśnie przy butelce Gaillac. Ale teraz zapach pieczonego chleba roznosił się po całej kuchni. Przede mną rozpościerał się widok na ogród, bo jedna ze ścian salonu, była w zasadzie wielkim oknem. Kuchnia była otwarta, jak w wielu francuskich domach. Blat przylegał do ściany, a cała reszta, czyli krojenie, szykowanie jedzenia, odbywało się na wielkim i ciężkim stole. Żeby dostać się do tej kuchni, a potem do pracowni Gabrieli, trzeba przejść przez królestwo Pancho Quilici.

Pochodzi z Wenezueli. Ale jego korzenie, to całe bogactwo przodków z najlepszych adresów kultury światowej. Od strony matki z Piemontu. Od strony ojca, ścieżki biegną od Flandrii po północną Francję. Phillipe Curval, napisał we wstępie do obszernej monografii Pancho, że kiedy człowiek się rodzi, to nie jest zapisany żaden scenariusz jego życia. Że, żadne świętości nie określają jego drogi. To, po prostu ścieżka, po której kroczymy, na wzbogaca nasze życie. Przez nasze czyny. I wypełnia je treścią. Czyli tym, co na tej ścieżce napotkamy.

W przypadku Pancho Quilici, mamy do czynienia z malarstwem, w którym geometria i widzenie świata, poprzez silny iluzjonizm, odgrywa najprzedniejszą rolę. Studiował architekturę, skupiał się na rysunku, grafice. Patrzył na Bauhaus jako kopalnię wielu zdarzeń, które mógł dla siebie wykorzystać. Z perspektywy Wenezueli, świat Bauhausu, był świetlistym znakiem. Pancho urodził się w 1954 roku. Jeden z najważniejszych artystów współczesnej Wenezueli, Edgar Sanchez miał już za sobą studia w Escuela de Artes Plásticas Martín Tovar y Tovar de Barquisimeto w Caracas.

Wyrastał w środowisku artystycznym, w którym była Luisa Richter, Alicio Palacios. Nie obce były też wpływy Fernando Botero, Armando Morales, a sam Quilici, świetnie też wyczuwał wagę obecności Jean Tinguely’ego.

Quilici to artysta mentalnie związany z surrealizmem oraz geometryczną pasją do określania zasad konstrukcji obrazu, wreszcie otwarty na język Postmoderny. Jest poszukującym intelektualistą, w którym mocują się ze sobą ścieżki, miejsca i duch kluczowych przestrzeni naszego życia. Quilici postrzega je jak Andrea del Pozzo, fenomenalny wizjoner barokowego wnętrza.

Tak, to jest królestwo tego artysty, który całe swoje artystyczne życie związał z Francją.

Jest właśnie tu i w tym miejscu.

Ale, ja nie przyjechałem tylko do niego. Właściwie to przybyłem do Arcueil, aby dotrzeć do duszy Gabrieli, jego żony.

Gabriela Morawetz, to ikona.

Jak żyć z ikoną w jednym domu? Pod jednym dachem?

Choć Quilici i Morawetz to dwa różne światy sztuki, to jedno ich łączy: tajemnica.

Czytam w tekście o Gabrieli, napisanym przez Joannę Sitkowską, że w twórczości Morawetz, jak u źródeł każdego dzieła sztuki, kryje się właśnie tajemnica. Chodzi tu oczywiście o znaczenia, emanujące z prac Morawetz. Symbole i archetypy. Pozornie to skomplikowana materia, powiązania człowieka z naturą i kosmosem. Ponieważ Morawetz uprawia narrację, to pewne elementy na jej kompozycjach snują się w kontekstach, których odczytanie narzuca nam czasem silne odczucia, instynktowne odczytywanie fragmentów tego świata, który pływa pomiędzy oniryzmem, a motywami sakralizacji natury. Zatem odnajdujemy u niej elementy wody, ziemi i światła. Jest Ofelia i są gwiazdy. Jest oko, które dostrzega więcej niż możemy sobie wyobrazić.

Kiedyś malarstwo przesiąknięte było literaturą. Potem zwróciło się w stronę fotografii. Bo przecież była tym wynalazkiem, który zrewolucjonizował tradycyjną strukturę obrazów, żeby powtórzyć za Mario Prazem i przywołać jego opis pewnej predylekcji artystów francuskich do tworzenia kompozycji, stanowiących urywki scen z życia, często zastygłych w migawkowym ujęciu.

Camera obscura. Jeśli ktoś pamięta Widok z okna w Le Gras, to z pewnością zrozumie intencje Gabrieli Morawetz. Dzieło Nicécephore Niépce było, czymś w rodzaju efektów poszukiwań starej tajemnicy. Heliografia i Morawetz łączą w sobie czynnik owej tajemnicy, napięcie, dramatyczną ironię dehumanizacji sztuki i nadaniu jej monumentalnego przesłania.

A więc, na początku był Kiev i Kodak. Ten ostatni to prezent od ojca.

genialny. Bo dziadek był fotografem. Posiadał atelier, w którym ludzie stawali na tle malowanego pejzażu. Taki osobnik ustawiał się wtedy przy kolumnie, obok były mebelki, coś stylowego, razem całość tworzyła sielankę. To atelier mieściło się w Nowym Targu. Ja potem wybyłam z rodzicami do Rzeszowa, ojciec pracował w Nowinach. Ale to krótka podróż była. Wolałam siedzieć w ciemni u dziadka i patrzeć, jak wywołuje się kliszę, bo potem w kuwecie pojawiało się życie.

Życie pojawia się w kuwecie…

Kiedy zaczęłam studiować, miałam już stertę wykonanych stykówek. Mnóstwo fotografii wykonanych przeze mnie.

Stykówki…

Morawetz studiowała malarstwo i grafikę, ale stykówki pozostały w jej głowie na zawsze.

Jak subtelne, rozmaite, pokłady uśpionej świadomości…

Jest jeszcze soczewka. Ważny instrument do patrzenia. Do postrzegania świata. Może być też dziedzictwem po malarstwie. Bo przecież soczewka potrafi zmiękczyć, odmienić chropowatość obrazu, nadać mu gładkości, tak bardzo potrzebnej do odbijania światła. Może to sprawić wosk, a wtedy kontury nabierają mglistości. Jak emulsja na płótnie.

W historii Moratwetz jest ważny jeden adres: Galeria Minotauro w Caracas. Ważny, bo z tą galerią pojawiła się na FIAC. Ale też istotny z innego powodu. Cecilia Ayala dostrzegła w niej potencjał, wielki strumień energii, surrealistyczny żywioł. Galeria Minotauro, to było takie miejsce w Caracas, gdzie spotykał się cały XX wiek w sztuce. Było to, nie tylko miejsce komercyjne, raczej w jakimś sensie muzeum, gdzie można było posiedzieć wśród gwiazd i na nie popatrzeć: Max Ernst, Salvador Dali, Roberto Matta, Wilfriedo Lam. Dla wielu młodych ludzi sztuki w Wenezueli, było to też miejsce, jak biblioteka, archiwum, tykające serce sztuki.

Gabriela pojawiła się też w Galerie du Dragon w Paryżu. To jeden z najstarszych adresów w stolicy Francji. Obok Galerie Denisé René, jeden z najważniejszych w powojennej awangardzie. Tam się pojawili Matta, Giacometti i Bellmer. Mąż Ayali, poeta, zafascynowany surrealizmem, a także sztuką Balthusa, Césara, Magritte, w całej swojej rozpiętości języka i stylu, on to nadał jej charakter i myśl, przesłanie ideowe. Max-Clarac Sérou, Francuz który stworzył pismo Rixes, napisał monografię Roberto Matty, a także Veličkovica.  Galeria przy rue de Dragon, to kolejny adres Gabrieli, który na dobre, w jakimś sensie utorował jej drogę do pozostania we Francji. Quilici to oczywisty członek tej bandy, która zadomowiła się u Ayali, a teraz kroczy po reszcie swej drogi w Paryżu.

Miasto jest stolicą emigrantów. Jego sercem. Pancho Quilici, Jacobo Borges, Pájaro, Alirio Palacios, dalej wspomniany Veličkovic, bliższe nam Morawetz i Lahusen. Przejawy sztuki uniwersalnej, odwołującej się do prawd dalekich i bliskich, progu naszego życia, platońskiej doskonałości i metamorfoz, którymi współczesna kultura nas obdarowała.

Obraz powstaje dzięki, światłu. Tak mówi Gabriela Morawetz.

Dopijamy wino.

Gaillac jest dziś bardzo łaskawy. Pozwolił nam rozmawiać o sztuce. Przy stole Quilici i Morawetz. Bo każdy musi mieć przy sobie światło, by zobaczyć to co nieosiągalne…

Nie przyszedłem do nich, aby pisać monografię, kolejny artykuł o tym, co znajduję w ich obrazach. Ludzi łączy rozmowa. Dopiero po kilku, a może kilkunastu tworzy się więź, która pozwala na raport z ich duszy. Czasem takie rozmowy trwają latami. Przykładem jest Alberto Giacometti i Isaku Yanaihara. A przecież był jeszcze pomiędzy nimi Jean Genet.

Sztuka wymaga cierpliwości, by ją prawidłowo odczytać. Arcueil wieczorową porą. Mijam ulicę Lenina, aby dotrzeć do stacji RER. Tam mieszkał Veličkovic… 

 

Z cyklu, rozmowy z Morawetz, Arcueil, luty 2020

12
0
skomentuj
lubię!
przeczytane
598
razy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *