Rotella i czerwona rama

Potrafił, jak nikt inny przed nim, stworzyć bajeczną, symultaniczną grę na obrazie ze wszystkiego, co przylepiało mu się z talentem do dłoni: papieru, kawałków drewna, płótna, farby, skrawka gazety. Ten papier, który był także drukiem, odbitką, zdzierał następnie, jak sukienkę z pięknej kobiety, ciął gdzie popadnie, rwał aż do gołej powierzchni płótna, na które wcześniej to wszystko przyklejał. Błysk energii jaki wydobywał przy tej okazji, był czymś w rodzaju strumienia rozkoszy, płynącej po tym niezwykłym dziele, subtelnym i drapieżnym jak ciało pięknej kobiety.

Nazywał się Mimmo Rotella. Był wielkim artystą swoich czasów, otworzył drzwi do wielkiej epoki, wielostronicowego, nigdy nie sygnalizowanego w przypisach, dzieła współczesnej sztuki, obejmującego kilka obszarów, coś jak plan w rozwoju artystycznym, w punktach wyliczanych ślinionym ołówkiem: dadaizm, abstrakcja, geometria, surrealizm, postmodernizm.

A jest jak u Louisa Aragona: gdzie indziej, później, prędzej…

Był geniuszem.

Niegdyś Rotellę traktowano jak Sergio Leone. Z przymrużeniem oka. Kochała go Ameryka. Dziś Leone to ikona. Jego filmy uważane są za arcydzieła. Bo i sztuka potrzebuje swojego czasu. Tak jak Sergio Leone zmienił rytm westernu, kina w ogóle, oczarował widzów swym obdartym, dyndającym ze ściany kawałkiem gazety, brudem za paznokciem, trzydniowym zarostem i ciężkim oddechem, tak Rotella odnalazł w przestrzeni od Informelu do Postmodernizmu, swoje miejsce jako ojciec kilku z nich, szkół bardziej, niecierpliwy nauczyciel, wirtuoz, bo przecież żaden geniusz nie jest cierpliwy.

Germano Celant napisał o nim wspaniałą książkę. A przecież Celant był postacią wyjątkową w światowej sztuce.

Umarł niedawno, bo w kwietniu 2020 roku, w środku tajfunu covid_19, mając niemal 80 lat i przechodząc do nieśmiertelności.

Są ojcowie sztuki. Chciałoby się powiedzieć Matki i Ojcowie. On był z pewnością ojcem Arte Povera, ale to za mało aby zamknąć w tym zdaniu, wszystko co uczynił, bo przecież ją kształtował. Popatrzmy na Jego dzieci: Baldessari, Cucchi, Clemente, Abramović, Buren, Dine, Dibbets, Kiefer, Koons, Merz, Vedova, Oldenburg. Dzieci z prawego i lewego łoża. Dzieci chciane i te przypadkowe, jak to się zdarza wędrowcom, żeglarzom, którzy zawijają do wielu portów i nigdy w nich nie zmierzają osiąść na zawsze. A przecież największy spadek otrzymali Boetti, Kounnelis, Fabro, Penone, Pistoletto.

Mając taką gromadkę, nic tylko uklęknąć przed Nim i oddać hołd. Na wieki i pod Niebiosa. Nikt, tak jak On nie ukształtował współczesnej sztuki, nie poukładał i nie nazwał każdego kawałka, krojonego z tego wielkiego placka.

Celant o Rotelli.

Cóż mogło z tego dania wyjść?

Wyobraźmy sobie Rzym, pod wieczór, kiedy jest wciąż upalnie. Zrywa się lekki wiaterek i skłania nas do poszukania cienia, gdzieś pod czerwoną markizą sprzed małej tawerny. Zamawiamy sałatkę z ośmiornicy i karczochy, pieczone na ogniu a potem macerowane w oliwie z dodatkiem octu i cytryny. Bierzemy do ręki grube pajdy ciepłego chleba, przyniesionego przed chwilą od piekarza z Zatybrza. Zanurzamy się w ten wypas bajecznych smaków czerpiemy z nich radość, cieszy nas ta prostota i głębia. Tarzamy się w tym bajkowym świecie.

Celant i Rotella. Pustka i pełnia. Ależ dwa obłędne światy…

A zatem Germano Celant pisze o Mimmo Rotelli, że był geniuszem. W przestrzeni miasta znalazł inspirację do kreacji swoich ikon, w jakimś sensie odnalazł na nowo definicję Apollinaire, że plakaty na ulicach, jak papugi wrzeszczą…

Siła Rotelli to przecież nie tylko jego obdarte plakaty, formy decollage, obiekty, melanż znaków i symboli. To język. Siłą Rotelii jest to, a dostrzegamy ją przecież teraz, kiedy Szkoła Nowojorska zgasła, że stał się jej zaczynem, podobnie jak Picabia, że transfuzja do żył dała nie tylko tamtym natchnienie, ale po prostu życie.

David Salle. Julian Schnabel. Obu zrodził geniusz włoski.

Po drodze dadaizm i surrealizm. W jakimś sensie, bo o „jakimś sensie” mówimy też w przypadku Francisa Picabi.

A zatem mamy najpierw plakat. Serigrafię najczęściej. Plakat do filmu. Rotella kochał kino. Jako dziecko siedział w nim bez przerwy. Najpierw w Neapolu, a potem w Rzymie.

Urodził się w 1918 roku w Catanzaro na południu biednej Italii. Jego matka była modystką, ojciec mechanikiem w biurze inżynierii lądowej. Zatem wiodło mu się dobrze, jako dziecko nie zaznał głodu ani nędzy.

Kalabrię opuścił jako młodzian po szkole technicznej. Nie trafił na front choć uczył się na wojskowego w Nocera Interfiore. Kiedy przybyli alianci, znalazł się w Neapolu. Tam uczył się malowania u Emilio Notte, malarza figuratywnego bliskiego futuryzmowi. Kilka lekcji u niego wziętych przekonało Rotellę, że na tej ścieżce życia odnajdzie swój cel.

Wyjechał do Rzymu, by tam bez reszty, zanurzyć się w kulturę miasta, jego uliczny zgiełk, gwar artystów i kuglarzy kina.

Zanurzył się w tym zgiełku na zawsze.

Lecz zanim został Roberto Rosselinim włoskiej sztuki współczesnej, uległ fascynacji Gino Severinim, co też zrozumiałe, że w tle był i Kurt Schwitters, Joan Miró, a także car awangardy Kazimierz Malewicz.

Malarstwo Rotelli stało się bogate w kreski i kwadraty, koloru stonowanego, pastelowego trochę jak u Alberto Burri, skąpe w emocjach.

A zatem Rotella zilustrował zgrabnie tezę, że obraz jest sumą znaków plastycznych, którymi malarz ma utrwalać swoją myśl. Ta z pozoru banalna definicja, w rzeczy samej każe nam myśleć, że obraz nie jest powodem zachwytu, bo nie jest żadną ozdobą. Jednak rygor purystycznej klarowności, dostrzegany w pracach mistrzów abstrakcji geometrycznej nie był siłą Rotelli. Jego temperament czy osobowość, nie mogły być zbyt wiernym oschłości gatunku. Stąd lekkim zezem patrzył na malarstwo materii, w końcu dostrzegł Raymonda Hainsa i jego collage.

Nie można pominąć Roberta Hainsa w żadnym dorobku artystów, wchodzących na ścieżkę sztuki w latach 40. Decollage.

Emilio Villa ukuł ten termin, który tak sugestywnie odnosi się do twórczości Mimmo Rotelli, a także odnajdujemy go u Hainsa.

Hains, to malarz z Brieuc, Bretończyk, całe życie związany jednak z Paryżem. Jego źródło to mistrz pierwszej klasy, monumentalny László Moholy-Nagy, którego wpływ na gatunek artystyczny był bodaj największy.

W przypadku Rotelli warto wspomnieć jeszcze o innej postaci – Jacques Villeglé, zwanego Mahé de La Villeglé. Pochodzący z Quimper artysta jest chyba najbardziej znanym z tego kręgu, głównie z bajecznie kolorowych prac o zapachu ulicznej scenerii, pełnej rozdrapanych warstw, wiszących strzępków papieru, grafik, napisów, a nawet gazet.

To właśnie oni dwaj, Villeglé i Hains, uczniowie prymusi, nowej artystycznej szkoły Nouveau Réalisme, pod baczną kuratelą Pierre Restany, francuskiego krytyka i mentora wielu innych twórców, oni dwaj zagrali na jednym boisku z Rotellą.

Jest teraz Mimmo Rotella kimś w rodzaju Sergio Leone. Chce go Ameryka. Hains, Mahé i Rotella wykorzystując analogiczne zestawy ikonograficzne, kontekst i odręczną manipulację na afiszach, tworzą nurt, który w Ameryce pada na dobry grunt. Nowy modernizm, nowe zabawki, kino, ikony, dadaizm i chlapanie farbą ile wlezie. A jeszcze udrzeć to tu, albo tam. Genialne. Ameryka się zakochała. Ready-made może się tylko kłaniać Rotelli za jego maestrię w pas do podłogi, za szablon, za symbolikę, wreszcie za nostalgię.

Marylin Truccata. Mój Boże, że Andy Warhol nie zdążył się narodzić.

W Galerie J w Paryżu przy rue Montfaucon trwa wystawa Mimmo Rotelli pod tytułem Cinecittà. To już nie Rosselini sztuki, lecz Fellini.

Galerie J to adres, który zna każdy, kto choć raz był w Paryżu aby powąchać sztuki współczesnej. To nie tylko galeria, to muzeum. To legenda.

Powstała w 1961 roku pod numerem 8. Była miejscem dla wystaw les Nouveaux Réaliastes, przede wszystkim dla Niki de Saint-Phalle, a także Christo. Wtedy nieznanego jeszcze Christo.

Była miejscem dla dekolaży Rotelli, a potem prac Burena, Toroniego i wielu innych.

W 1987 roku namalował Diamante Schema. Mamy już wtedy Georga Baselitza, Davida Salle, Enzo Cucchi i całą transawangardę, która patrzyła na mistrza jak zaczarowana. Julian Schnabel jedzie na Biennale by upaść przed nim na kolana.

Imperator…

Boulogne Billancourt, podparyska dzielnica, gdzie dociera metro nr 10. Mieszkał tam Le Corbusier, Juan Gris i Marcel Dessault. Jean Gabin kręcił filmy. Kilka kroków od stacji metra Jean Jaurès, znajduje się antykwariat z meblami, płótnami i grafikami, bardziej lub mniej znanych artystów. Bibeloty. I oto wśród tych szpargałów bazarowego bogactwa stoi on. Mimmo Rotella.

Some Like It Hot. Głośny, oscarowy film Billy Wildera i twarz Marylin Monroe. Kultowe czasy, obłędne filmy. I sztuka, kultowa również. Stoję zatem przed tym obrazem, który jest kompozycją, łączącą kilka technik. Serigrafia. To plakat do tego filmu. Wydruk został następnie przez artystę porwany, rozdarty i naklejony na płótno, a w kilku fragmentach pociągnięty farbą. Papier jest pomięty i poszarpany. Szczerze mówiąc ledwo się trzyma. Do tego, ta szczególna rama do płótna. Czerwona. Znak rozpoznawczy Rotelli. Wykonał ją także sam. Był artystą wsiąkniętym w tamte czasy. Po uszy zatopiony w zgiełku, świadectwach naszej kultury. I ja padam na kolana…

6
0
skomentuj
lubię!
przeczytane
209
razy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *