Roi Doré 10 lat

Za motto posłużyła w tym przypadku pewna fraza wzięta od Józefa Pyrza, kultowej postaci polskiej sztuki emigracyjnej, wspaniałego artysty, buntownika i wiecznego kontestatora. Brzmi ona tak: „to jest błogosławieństwo, że artysta może gdzieś wystawiać”. Roi Doré. Właśnie minęło dziesięć lat od powstania tej galerii.

Paryż, Le Marais, Niedaleko wszak od Picassa i Ropaca. Wśród wielu innych galerii, bardziej lub mniej kultowych, wśród dźwięku nożyc od najważniejszych krawców, zgiełku uliczek z szacownymi wnętrzami. Le Marais to dostojna dzielnica antykwariatów, księgarń, artystycznych butików, targowisk, teatrów i najważniejszych galerii. Bo, niemal zawsze trafić tam można na najlepsze wystawy. Najlepsze, także w znaczeniu światowym.

Ludzie wałęsają się po Le Marais najczęściej, aby oglądać sztukę. Pić szampana, kupować katalogi amerykańskiej awangardy, w tym czasie przymierzają krawaty za dwieście euro, zerkają czy nie ma w pobliżu Kiefera, Salle, Pitta albo jakiej bogini kina, jedzą kanapki z tuńczykiem i w końcu tak nasyceni, wkraczają w świat sztuki. Bo jak powiadał Gombrowicz, Paryż, to miasto służące do łażenia i do podziwiania.

Józef Rudek. Nie da się oderwać jego osoby od tej galerii. Stworzył jej styl i jej program. Od samego początku założył, że będzie to ewolucyjne miejsce. W tym sensie ewolucyjne, że będzie dalszym ciągiem polskiej sceny artystycznej w Paryżu. I nie tylko w stolicy Francji, bo jego horyzont sięgał dalej. Do Ameryki i całej Europy.

Roi Doré to jego projekt. Można rzec autorski, ale to zbyt banalne twierdzenie. Rudek to generalissimus. Dowodzi, układa plany, sam je weryfikuje, nanosi korekty, wreszcie podpisuje. Bo to galeria jednego człowieka, a zatem jego typów artystycznych, smaków, gustu, ale też wynik charakteru. Bez wątpienia upartego charakteru.

Rudek wie czego chce. W końcu generalissimus. Nie wolno mu nic narzucać ani się wtrącać.

Poznaliśmy się w jego galerii wiele lat temu. Na samym jej początku. Ale pierwszą rozmowę odbyliśmy przy Operze, w Chez Clément. Wtedy to była dobra sieć w Paryżu. Wymyślona przez grupę Braci Blanc. Dawali tam świetną rybę, albo Marmitte. Potem właściciela wsadzili do więzienia i knajpy upadły. Ale wtedy, to był początek naszej znajomości. Potem był sylwester w Roi Doré. Józef zaprosił mnie na nocne party, a ja myślałem, że będzie to bal artystów w Paryżu. Jak te słynne z Kobielą czy Kantorem. Przyszli tylko malarz Kasperczyk i artysta Majka. Na dzień dobry pokłóciliśmy się o wyprawy krzyżowe. O ich sens albo jego brak. Zamiast tańców były kalambury.

Wtedy Józef Rudek miał koncepcję działania globalnego. Postanowił wydawać Vectora, a mnie uczynił naczelnym tygodnika. Była to prawdziwa gazeta na prawdziwym papierze. Żaden internet. Gazeta drukowana. Kupa fajnych autorów wtedy się tam pojawiła: Sieczkowski, Lewin, Perez, Kociołek, Rogowiecki, Rzepczak, Pawluszek, Mazurówna, Raniewicz. I oczywiście wielu innych. Vector Polonii miał łączyć wszystkie środowiska na całym świecie. W którymś momencie połączył.

Potem, samo życie zweryfikowało ten projekt, pojawiły się kolejne. Jeden z nich stał się szyldem galerii, sukcesem Józefa Rudka. To Nano Art. Droga do tego dzieła została opisana w okolicznościowym tomie wydanym na 5 lecie galerii. Grube tomisko, stoi na półce w Zachęcie. Nano Art, zobaczyć niewidzialne, pomiędzy nauką i sztuką. Pisze o tym bardzo wnikliwie Magda Sawczuk, powołując się nie tylko na świadectwa historii tego zjawiska, ale także dokonania profesora Tadeusza Malińskiego, który stał się inspiratorem projektu Roi Doré. Pierwsza edycja konkursu Nano Art przypadła na triumfalny występ Janusza Kapusty- w poszukiwaniu nieskończoności. Zapamiętałem dobrze ten dzień, bo wieczorem poszliśmy na wino. A Kapusta dał mi lekcję ze swoich klocków.

W tym czasie galeria pokazywała dorobek wielu artystów, żyjących na stałe we Francji. Pierwszy wernisaż zdobiły obrazy Artura Majki. Dokładnie 11 marca dziesięć lat temu. Tak zaczęło się życie galerii. Wedle tego, co Józef Pyrz powiedział: to błogosławieństwo, że artysta ma gdzie wystawiać.

Bo trzeba dodać, że na skutek wielu splotów okoliczności, galeria postawiła na nogi życie artystyczne w Paryżu. Po latach posuchy i niebytu. Niegdyś była to kraina bogata w polską diasporę kulturalną. Każdy to wie, nie trzeba przypominać. Artyści, pisarze i poeci wykruszali się jednak z biegiem lat, niektórzy wrócili do kraju, część odeszła na zawsze.  

Do Paryża przybywali kolejni artyści. Młodsi z nową energią i nadzieją na zawojowanie świata. Lecz Paryż nie był już tym miastem sprzed lat.

I Józef Rudek miał przekonanie, że w czasach posuchy, galeria stanie się miejscem spotkań artystów kolejnej generacji, klubem dyskusyjnym, redakcją, kawiarnią.

Powstało wydawnictwo. Rudek wpadł na pomysł robienia unikatowej biżuterii, opartej na motywach malarskich czy graficznych znanych artystów.

Do galerii wpadałem przeważnie na jej zaplecze. Tam Alicja robiła kanapki z serem. Wyrastali jak z podziemi, Artur, Marian, Ludwika, Piotrek. Pojawiała się butelka wina. I gadaniu nigdy nie było końca. Na zapleczu była graciarnia obrazów, książek, papierów. Na końcu szafeczka i zlew. Kiedyś spotkałem tam Krzysztofa Jeżewskiego, bodaj najwybitniejszego polskiego tłumacza. Pamiętam, że stał w tym zapleczu, obok sterty papierów i szafki, w długim jasnym płaszczu. Zagadałem go o Andrzeja Kuśniewicza. Był zaskoczony, że jeszcze ktoś czyta Kuśniewicza. A potem, lecz chyba kilka lat później, Józef dał mi wiersze Jeżewskiego. Oczywiście wydał je Rudek.

Planowałem wymienić wszystkich artystów, których przez te dziesięć lat pokazał w Roi Doré. Ale pomyślałem, że o kimś zapomnę. A byłoby to pominięcie niezasłużone. Luki w pamięci. Ale z drugiej strony galeria niektórych pominęła w tej dekadzie. Artystów ważnych dla polskiej kultury. Czy dlatego, że Rudek ich nie chciał? Chyba nie, to raczej kwestia pojemności, czasu i przestrzeni. Galeria to trudne wybory. Te gorące, na dziś i te w dalszej perspektywie. Rudek ma też swoje ulubione postaci. To na pewno Majka, Ogorzelec, Strelnik, Kasperczyk. Ale też Batory, Betlej, Lahusen, Siudmak. Ważny był dla niego Jocz, Bury, Lebenstein. Konopka. Dla mnie Morawetz i Marczewski.

Kiedyś wpadł do mnie do Boulogne i przyniósł niebieską gąbkę Yvesa Kleina. Obiecał mi wydać książkę, lecz której nie napisałem. Na 10 lecie już nie zdążę. Ale przecież za dwa dni będzie 11 rok. Jest jeszcze czas.

Roi Doré musi trwać. Bo weszła już do historii polskiej sztuki emigracyjnej. Będą pisać o niej magisterki, a może i doktoraty. To już zjawisko, którego nie można wytrzeć gumką. Pojawią się nowe twarze, nowi emigranci. Być może przybędą do galerii ci z Kanady, Niemiec albo Stanów Zjednoczonych. Galeria jest otwarta dla wszystkich. Choć jej serce zawsze słucha tylko jednego generalissimusa.

 

9
0
skomentuj
lubię!
przeczytane
1.02t
razy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *