Powrót do Colony Room

Obedrzeć filozofa ze skóry, pozbawić go tkanki i wywlec na drugą stronę jak barani pęcherz, aby napchać go następnie ontologicznym nadzieniem, zlać morzem armaniaku, w dodatku zjeść. Czy taka jest definicja malarstwa Francisa Bacona w oczach Deleuze? Francuskiego pragmatyka, który skupił się na Prouście, nim zrozumiał, że powieszenie w domu obrazów Bacona nie służy ozdobie wnętrza, lecz wykładni systemu.

Ale kto to rozumie?

za John Deakin, F Bacon, 1952

Logika wrażenia, Logika sensu. Gilles Deleuze i rozmowy Bacona z Sylvestre. Żeby zabrać się do Bacona, trzeba obie rzeczy najpierw przeczytać. Potem, być może, przestać się zastanawiać.

W Polsce niegdyś bywało tak. Obdarte z teorii filozoficznych, pozbawione ścięgien i skóry malarstwo Bacona wlazło do akademickich salonów jak wyrwa moralna na komunistycznej figurze minionego życia. Stało się przedmiotem percepcji czasowej, w której czerń z portretu George Dyera znaczyła zupełnie coś innego, a mrok był sekcją, o której Bacon nie wiedział.

Polska, a Bacon. Być może przyjdzie czas na taką rozprawę. To właśnie miniony czas pozwoli na taką refleksję.  Kto to napisze? Dobre pytanie. Może ja. Bo pozbawiony skrupułów i bezczelny, łatwo przyjdzie mi sprostać wyzwaniu o „analogowym malarstwie” i homogenizacji polskich artystów, którzy ulegli pod wpływem kodu Francisa Bacona, paradoksalnie tworząc kliszowe analogie. Ale dziś łatwo to tym pisać. Szczególnie, że mamy do czynienia ze zjawiskiem dawno minionym.   

Czytanie Deleuze o Baconie przychodzi najłatwiej w Colony Room, w Soho.

Soho, Colony Room

Do Colony Room prowadziła wprost z Dean Street, wąska klatka schodowa. Klub był mały, miał ściany pomalowane na zielono i atmosferę, przesiąkniętą mieszanką dymu papierosowego i zatchęchłego powietrza. Założyła go w 1948 roku Muriel Belcher z bardzo prostego powodu – aby stworzyć miejsce, w którym będzie można pić po zamknięciu pubów – złota zasada tego miejsca – nie bądź tępy i nudny – powiadała. Colony Room, był nie tylko londyńskim odpowiednikiem paryskiego Bricktop’s z Gertrudą Stein, Colette i Scottem Fitzgeraldem, ale czymś więcej: społeczno – artystyczną hybrydą. Był barem, w którym alkohol płynął strumieniami, pocztą, bo członkowie klubu wymieniali się listami, pośredniakiem oraz biurem matrymonialnym. Francis Bacon był jednym z jego pierwszych bywalców. Muriel nazywała go „Córką”, a on ją „Matką”, co biorąc pod uwagę, iż obydwoje byli homoseksualni, pokazuje jak głęboka łączyła ich więź. Wkrótce klub zaczął przyciągać kolejnych członków: malarzy, pisarzy, lordów, marynarzy, poetów. Włącznie z Dylanem Thomasem, który pewnego dnia zwymiotował tam na dywan.

Dylan. Widzimy go na muralu przy Carnaby Street, obok Blake’a. Pragnienie jest wszędzie. Bacona akurat nie ma. Ale jest Colony Shrub. Za sześć, pięćdziesiąt. W zasadzie powinien być bezalkoholowy, a w nim cidre, vinegar, ale przecież każdy poeta doleje tam wódki.

Soho, Colony Room
Soho, Colony Room

Bacon uwielbiał to miejsce. Mówił o nim, że jest jedynym, w którym może pozbyć się wszelkich zahamowań. Przychodził tutaj regularnie, przez prawie 40 lat. Można powiedzieć, że właściwie tutaj mieszkał, że w pewien sposób, czuł się tam swobodniej, niż we własnym zagraconym mieszkaniu przy 7 Reece Mews, do którego sprowadził się w październiku 1961 roku i mieszkał aż do swojej śmierci. Na 24 metrach, stłoczył wszystko, co mu było potrzebne do życia, a nawet więcej. Sobie wiadomym sposobem, pomieścił w tej klitce ponad 7000 przedmiotów, w tym 500 książek, z czego 40 kucharskich. Bacon wychował się na prostej i solidnej kuchni brytyjskiej, gdzie królował shepherd’s pie oraz gulasz wołowy. Kiedy zamieszkał na dwa lata w Paryżu odkrył, że jedzenie może być wyrafinowane tak samo jak seks. Jego kulinarnym mentorem stał Eric Hall – “On mnie nauczył , co to znaczy dobre jedzenie. Jaką to ma wartość. Było to coś, czego nie nauczyłem się w Irlandii”- powie po latach. Od tego momentu Bacon staje się wielbicielem kuchni francuskiej, zaczyna gromadzić książki z przepisami. Na jego półkach leżały takie pozycje jak: French Country Cooking Elizabeth David, Charcuterie and French Pork Cookery Jane Grigson, Mrs Beeton’s Book of Household Management, bogato ilustrowany Larousse Gastronomique, A Taste of Paris: Traditional Food, jak również książki z przepisami regionalnymi : A Taste of Wales: Welsh Traditional Food , napisane przez Theodora FitzGibbon, La Cuisinière Provençale, autorstwa JB Reboul czy The World Atlas of Wine Hugh Johnsona i wiele innych.

Le Marais, 14 rue Birague, atelier Bacona

Wysiadam z metra przy St Paul. Idę do pracowni Bacona przy 14 rue Birague. Po drodze mijam hotel. Do Place des Vosges jest kilka metrów. Bacon mieszkał tu dość długo. Zamawiam omlet z kawałkami dorsza i krewetkami. Piję kieliszek Hermitage, potem drugi i następne. Ładnie się to komponuje. Omlet z krewetkami jest jak seks. Powściągliwy, lekki, jakby unoszący w powietrze niczym  latawce Hokusai nad Tōkaidō.

Omlet nie pasuje do Bacona. Powinienem zamówić befsztyk, krwisty, pełny ścięgien, zastygłej krwi. Do tego whisky. Omlet jest nadto francuski, dobry kompan do wina, powodujący nieustające pragnienie na ulotność i spełnienie. Na pocałunki i głód miłości. Bacon był drapieżny, zachłanny i pełen erotycznej histerii. Po kilogramowym befsztyku z butelką Hermitage zasypiał znużony jak mokry od potu zapaśnik.

W Colony Room wszystko co na półce może zapłodnić niejedną awangardę. Zamawiam Picona, którego znam z Marsylii. W Soho znacznie chłodniej. Popijam do sandwicha z Yorkshire i kawałkiem suszonej polędwicy. Za plecami zielone drzwi z maźniętym szerokim gestem czerwonym, surowo i brutalnie, w zgiełku i manualnym chaosie, kawałkiem malarstwa bez potrzeby posiadania sztalugi…

Soho, Colony Room
Soho, Colony Room

Człowiek współczesny szuka spokoju, ponieważ jest ogłuszony przez zewnętrze… mawiał Piet Mondrian, ale w Colony jest tylko tego zaprzeczenie. Diagram, plama, napięcie. Chaos, a może nie? Bacon pisał: …znaki zrobione niechcący, są często bardziej sugestywne niż inne, wtedy właśnie czujesz, że wszystko się może zdarzyć.

A zatem zielone drzwi w Colony Room są bardziej suwerenne by nie ulegać bezkrytycznej fascynacji cudzymi osiągnięciami.

Potężna jest ta fala figuracji Bacona, gdy przyjrzymy się tropicielom tragedii i katastrofizmu, jakie zalały polską sztukę.

Befsztyk, wódka, rozdarcie i powszechne przeczucie kataklizmu. Depresja i moralność sadysty, podczas konwulsyjnych deformacji, aby jeszcze bardziej podkreślić alienację.

Do blatu dosiada się Dylan i powie do mnie oczywiście tak: Nie wchodź łagodnie do tej dobrej nocy/Starość u kresu dnia niech płonie, krwawi/Buntuj się, buntuj, gdy światło się mroczy…

Wszystkie chwyty dozwolone. Kłębowisko osobistych tragedii, niespełnionych miłości, żalu, smutku, ekshibicjonizmu i bebechów na wierzchu.

Skoro tu jestem, to znaczy, że wątpię. Bo czy widzisz nosorożca, kiedy oglądasz jego skórę na fotografii?  Pyta znowu Bacon…

Widzę, dotykam, piję.

Zamawiam Suze w Colony Room. Jest bowiem poranek. Noc powoli oddaliła się w niebyt. Jest jeszcze szaro, czas teraz na akrobację tkanki. Wstaję, przeciągam się. Idę do domu…Lecz barman podaje mi jeszcze kawę. Która to godzina? Kawy czarnej jak smoła nie pije się wieczorem, bo wtedy noc zamienia się w poranek i wszystko stoi na głowie. Poranki bez snu potrzebują kawy. Najlepiej takiej z Doutora. Czarnej jak obrazy Soulagesa. Albo kaligrafie Shiragi. Budzącej do dalszej drogi.

Doutora jednak nie ma w Londynie. Najbliższy jest po drugiej stronie Kanału, a następny w Osace, do której pociągi znad Tamizy kursują tylko we śnie. W Londynie jest za to Association Coffee, gdzie przy ścianach obnażonych do nagich cegieł, parzą najlepszą kawę pod słońcem. Aksamitnie miękką i cierpką zarazem, która z przekornym uśmiechem potrafi uszczypnąć w język, niczym skorpion co chciał jeździć po świecie ze szczotką do zębów w kieszeni, ale zakopał się w jamie i teraz nie wie jak wyjść.

– „Chcesz mojej rady? Oto ona: musisz wyjść na zewnątrz „. To powiedział Moriyama mistrz ulicznej fotografii, gdy go spytano jak należy robić zdjęcia. Moriyama żył ulicą. Mieszkał na niej. Oddychał nią. Aż w końcu się nią stał. Spoglądał na odwieczne związki ludzi z ulicami, które niczym kłótnie kochanków mówiły o nich coś więcej, niż słowa które wypowiadali.

Ulice okrągłe niczym biodra nigeryjek zamieszkujących Croydon, oplatają Londyn z każdej strony. Łatwo się na nich zgubić, szczególnie o poranku, gdy wszyscy jeszcze śpią i nie ma kogo zapytać o drogę. Zwłaszcza tą, która prowadzi donikąd, albo do stacji na której nie zatrzymują się pociągi lub do miasta, w którym był kiedyś most, a teraz go już nie ma.

Dopiłem Suze, a także kawę ciemną jak mrok nocy…

7
0
skomentuj
lubię!
przeczytane
1.49t
razy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *