Ostatnia śmierć Paula Gauguina

Położył się na swoim łóżku i umarł. Wyglądał jakby zasnął. Wcześniej napił się kokosowego bimbru, aby zmniejszyć ból w piesiach. Zamknął oczy i westchnął. Chwilę później pojawił się Tioka, jego kumpel z sąsiedztwa. Zobaczył Gauguina jak leżał nieruchomo. Zaczął szarpać jego ciało, a kiedy zrozumiał, że umarł, ugryzł go w głowę.

Był dzień 8 maja 1903 roku. Burzliwy żywot malarza dobiegł końca. Rozsypały się liście na Hiva Oa, zapłakały wszystkie dziewczyny z pobliskiej szkoły. W całej Atuonie zapanowała żałoba…

Jego obrazy, chwilę później, znajdą się na stercie śmieci, razem z zapluskwionym siennikiem, kilkoma potłuczonymi naczyniami i pudełkiem ze skruszonymi farbami. Gauguin zostanie pochowany w białej koszuli, resztę ubrań zabierze Tioka, jedyny kompan z ostatnich lat życia artysty.

Obrazy, nim spłoną, znajdzie Victor Segalen, francuski oficer, poeta i etnograf, który przypadkiem znajdzie się w Atuonie i uratuje je dla całego świata.

Victor Segalen,

Gauguin umierał wiele razy. Pierwszy, chyba wtedy, kiedy wrócił z Londynu i w Dieppe wyśmiał go Degas. Tak po prostu. Wyśmiał butnego Gauguina i jego obrazy. Drugi raz umarł, kiedy spakowany czekał na pieniądze za obrazy, albowiem miał bilet na Madagaskar. Na wyjazd na tę wyspę, namówił go Odilon Redon.  Gauguin nigdy tam nie dotarł, choć marzył o baobabach, bezkresie krajobrazu i tysiącach motywów do malowania.

A potem umarła Alina, jego córka.

A potem w Concarneau zrozumiał, że stracił Francję na zawsze. W tym bretońskim miasteczku przegrał swoje życie. Otrzymał wyrok sądu z Quimper, który odrzucił jego żądanie zwrotu obrazów od Marie Henry, która gościła go w Buvette de la Plage w Le Pouldu wiele lat wcześniej. A on, za talerz smażonej cebuli i kąt z brudnym wyrkiem, płacił jej obrazami właśnie. Teraz wrócił z Tahiti, opromieniony legendą maoryskich pejzaży, wietrzył sukces i nadejście sławy, której odmówił mu wszak Degas. Chciał zwrotu swoich prac od tej dziewczyny, która była ledwie pokojówką i sprzątaczką w tamtym zapchlonym pensjonacie.

Buvette de la Plage, Le Pouldu

Nie oddała mu ani jednej pracy. Sąd nie zgodził się z żądaniem Gauguina zwrotu obrazów. Artysta wrócił do Concarneau wściekły, gdzie przypadkowi, pijani marynarze, pobili go w porcie i złamali nogę. Nigdy się nie zagoiła. Syfilis, który trawił jego ciało, sprawił, że rana nie chciała się zasklepić.  Na Polinezji popijał rozcieńczony arszenik, czyli tonik Fowlera, roztwór wodorowęglanu potasu. Na dolegliwości skóry niewiele pomagał, ponadto Gauguin cierpiał nieustannie na biegunkę, wymioty i bóle brzucha. Te ostatnie leczył opium, a także bimbrem z wody kokosowej, bo tego nauczył się od francuskich misjonarzy jeszcze podczas pobytu na Tahiti. Umarł, bo stanęło jego serce.

Atuona, grób Paula Gauguina

Pochowany został na cmentarzu w Atuonie. Jego grób można bez trudu znaleźć. Postawiony z czerwonych, czerwonych okrąglaków. To był kolor od dawna przynależny na Markizach królom i wielkim wojownikom. Na fotografii, którą znamy z relacji Victora Segalena, widać jeszcze posąg Oviri.

Jakiś czas później, krytycy ogłosili, że Oviri stał się tym boskim strzałem z niebios, który zwiastował kubizm.

Gauguin stał się ikoną malarstwa. Wiedział jeszcze za życia, przekonany o swej wielkości, że nieuchronnie nadchodzi nowy czas w sztuce. Z jego udziałem.

Obok Gauguina na cmentarzu w Atuonie, spoczął jego zagorzały wróg – biskup Martin, mający absolutną władzę w tamtej prałaturze. Jego grób jest z kolei białego koloru. 

Przy wyjściu z cmentarza, znajduje się grób Jacquesa Brela. Jest skromny, trochę schowany w wielkich liściach rosnących obok drzew. Śmiertelnie chory na raka, najsłynniejszy bard lat sześćdziesiątych, właśnie na Hiva Oa postanowił schronić się przed zaszczytami i wścibstwem całego świata. Aby łatwiej poruszać się pomiędzy wyspami, a nade wszystko, aby bez trudu móc dotrzeć do szpitala na Tahiti, kupił samolot, który na cześć swego dawnego przyjaciela nazwał Jojo.

Atuona, grób Jacquesa Brela

Życie Gauguina to absolutny majstersztyk literacki, dzieło niepowtarzalne, z jednej strony proste, upstrzone codziennością i wieloma zakrętami, a z drugiej, człowieczy los nasycony wiarą i tęsknotami za lepszym jutrem. A wszystko to w egzotycznym klimacie Mórz Południowych.

Nie ma takiego drugiego przypadku w sztuce jak Paul Gauguin, który od pierwszego dnia, kiedy wziął do ręki pędzel, nieustannie pozostawał w odosobnieniu, jak na bezludnej wyspie.

Alfred, wnuk Marie Rose i Paula Gauguina

Jeśli uznamy, że Gauguin przez całe życie, szukał lekarstwa na swoje choroby, to z pewnością był alchemikiem. Droga, którą obrał należała do najtrudniejszych. Nie posiadał recepty na kamień filozoficzny, ani złoty kielich jak Benvenuto Cellini. Obrał drogę buntu i kontestacji. Żył w nieustannym niepokoju. Ponury, zamknięty w sobie. Gburowaty. Wciąż poszukujący swojego miejsca na ziemi. Był podróżnikiem. Zarówno w przenośni jak i dosłownie. Przebyć całą drogę w ślad za nim, to jakby odbyć nową podróż dookoła świata. Albo dwie. Na pewno bardzo różne od tych, które oferują biura turystyczne.

Gauguin bez sztuki nie widziałby sam siebie. Trwałby zamknięty w granicach ciasnych mu reguł. Nie wiemy, czy i jak by przetrwał. 

Był znudzony i sfrustrowany nijakością własnego życia, rzucił wszystko któregoś dnia i postanowił malować. Był arogancki i pewny siebie. Do malowania namówił go Camille Pissarro, największy z impresjonistów. Pisał w listach do syna, że „…pan Gauguin ma sporo talentu do malowania, ale przy tym jest okropnie niegrzeczny”. 

Ta frustracja nigdy u niego nie minęła.

Malował w nędzy.

Legendy o artystach zwykle sprowadzają się do tego, że z powodu biedy i frustracji, tworzą wielkie dzieła sztuki. Umierają w niezrozumieniu oraz zapomnieniu, a dopiero potem, czyli po ich śmierci, ludzie zaczynają ich odkrywać, podziwiać i cenić. Mówią na przykład tak:

– Ah, jaki to był wspaniały artysta,

– Biedny, całe życie cierpiał,

Współczują, kupują o nich książki, albumy. Bo pełno jest wydanych książek i albumów po ich śmierci.

Bieda to legenda, która pomogła stworzyć jego mit.

Sztukę tworzy jednak pasja. Ale ona niekoniecznie musi żyć w biedzie. Czy nawet w jej okolicach. Syci byli na przykład Claude Monet czy Henri Matisse.

Czy Gauguin był nędzarzem z wyboru?

Przecież sprzedawał naprawdę dużo. Na chwilę przed pierwszym wyjazdem na Tahiti sprzedał jednorazowo, co najmniej 30 obrazów. Malował, sprzedawał też sporo zarówno obrazów olejnych, rysunków, rzeźb jak i ceramik.

Na ostracyzm reagował gburowatością. Ludzie nie lubią zarozumialców wśród artystów. Wyjątkiem był Salvador Dali. Ale Gauguin nie miał tyle szczęścia, co wąsaty Katalończyk.

Co by było, gdyby na przykład Gauguin mieszkał w Aix-en-Provence i był synem kapelusznika? Czy byłby wtedy geniuszem? Czy za życia wzniósłby się ku niebu? prowadząc błogie życie pomiędzy sztalugami, a patelnią? Jak Cézanne właśnie…

Ale to właśnie Gauguin stał się symbolem tej upartej drogi, która wynosi na sam szczyt? I on tam się wdrapał. Już za życia. Wiedział, że jest na samym szczycie. 

Każdy, kto choć raz stanie na drodze, po której stąpał Gauguin ten szybko to zrozumie. Na Tahiti, Hiva Oa, a nawet w Bretanii. Ale tam, na samym końcu świata, wszystko się stało. To właśnie na Polinezji, los wyniósł go na wspomniany szczyt.

Hiva Oa, Markizy, Polinezja Francuska

Do Mataiea przybył w 1916 roku niejaki Somerset Maugham. Brytyjczyk z Francuskiej Riwiery przebył 42 kilometrową drogę Papeete-Mataiea, śladem relacji Victora Segalena, etnografa i kolekcjonera pamiątek po Gauguinie.

Maugham napisał powieść Księżyc i sześciopensówka. Był pod wrażeniem historii życia Gauguina, jego upartego charakteru, drogi którą przeszedł, od dobrze płatnego urzędnika agencji maklerskiej po opętanego malarza. Powieść ta ukazała się drukiem w 1919 roku. Jego bohater to Charles Strickland, makler, który porzuca swoją żonę i dzieci, aby zostać artystą. W 1942 powstał film fabularny o życiu Stricklanda/Gauguina, a w rolę artysty wcielił się, urodzony w Saint Petersburgu, brytyjski aktor George Sanders.

Dzisiaj w Mataiea nie ma śladów żadnego z nich. Ani Gauguina, ani Maughama. Można sobie pooglądać góry i z reprodukcjami w ręku oglądać miejsca, po których stąpał Francuz. 

Grób Victora Segalena znajduje się w Bretanii. Zmarł z powodu obrażeń wojennych. Był tym, który sprawił, że Wieś Bretońska w śniegu trafiła do Luwru. Albowiem, kiedy przybył do Atuony, właśnie usypywano górę śmieci po likwidacji domu Gauguina. Segalen, wygrzebał z tej sterty kartki z zapiskami, rysunki, wreszcie obrazy. Uratował je od zagłady. Zawiózł do Francji.

Była tam też pewna dziewczyna. Patrzyła na ciało Gauguina z lekkim niepokojem. Była wszak w ciąży z malarzem.

Vahine, Paul Gauguin

 Kobiety na Tahiti są kapryśne i nieobliczalne, ale ich charakter można poznać po oczach. Jednego dnia są smutne, a drugiego wesołe. Przez to nigdy nie wiemy jakie są naprawdę… pisał Pierre Loti, w Le Mariage de Loti, człowiek, który sprawił, że Paul Gauguin zdecydował wybrać się w tą podróż swojego życia. Napisał książkę o dziewczynach z Tahiti i Gauguin z miejsca się w nich zakochał.

Nie wiemy, jak potoczyłoby się życie Gauguina bez książki o Raraku. W tamtych czasach, nie było w powszechnej modzie przewodników. Turystyka nie istniała jako zjawisko komercyjne i społeczne. Ludzie chcąc dowiedzieć się czegoś o jakimś kraju, sięgali do relacji podróżników lub do takich książek, jakie pisał Loti.

Rarahu pisała do niego listy: mój kochany Loti, mój kochany mężu, jestem sama i wciąż o Tobie myślę, niech ten list powie Tobie jak bardzo jestem smutna, a od dnia Twojego wyjazdu samotna … I wszystkim, właśnie to się podobało najbardziej.

Książka Lotiego, jego własne doświadczenia na Tahiti, a także życie Paula Gauguina stały się ilustracjami tamtego świata, wyobrażeniem raju. Większość z nas, tak właśnie postrzega Polinezję. Loti zaczarował i mnie Jego pasją stały się podróże do miejsc, gdzie znajdował dokładnie takie tematy. Sielskie, idylliczne, pełne uniesień i zakrętów miłości. Pływał do Japonii i na Reunion. Madame Chrysanthème, Madame Prune, Japoneries d’automne. Aż trzy japońskie romanse, będące odpowiedzią na szaleństwo japońskie we Francji. Istnieje taka teza, że historia Ciocio-san w Madame Butterfly, została zainspirowana powieścią Lotiego, a nie domniemaną przygodą Pinkertona w Nagasaki. Do Tokyo podróżował trzykrotnie, dzięki uruchomionej linii morskiej z Marsylii. To też go łączyło z Gauguinem. Napisał wiele powieści. Praktycznie z każdego miejsca, które odwiedzał. Od Maroka, po Indie. To go uczyniło sławnym i bogatym. Zmarł w 1923 roku w Hendaye, we francuskich Pirenejach, niewielkim miasteczku nad Atlantykiem. Miał tam swój dom, Bakhar-Etchea, który zachował się do dziś.

A zatem jest Marie-Rose, babka Alfreda miała 13 lat kiedy poznała Gauguina. 

Alfred żyje wciąż na Hiva Oa.

Charles Morice twierdził, że malarz porwał ją ze szkoły. Dla niej kupił maszynę do szycia i perkal. Ale przychodziły i inne kobiety do domu malarza. Znamy ich imiona: Tehi, Vaitauni i Toho. Każdej z nich, kiedy się pojawiała w jego domu wsuwał rękę pomiędzy uda. I mówił, że musi ją namalować. Były chciwy i nachalny. Pił bardzo dużo rumu. O one upijały się razem z nim.

Tam, gdzie stał dom Gauguina znajdowała się też studnia. Mieściła się dokładnie pod pracownią. To informacja pochodzi od Morice i z listów malarza. Pisał mianowicie, że chłodzi w tej studni rum. Dom malarza stał na palach. Była to ochrona przed krabami lub wężami. Ten stylowy sposób schładzania alkoholu przez Gauguina podali również inni biografowie. Do okna swojej chaty, przymocował coś w rodzaju wędki. 

Do sznurka przywiązana była butelka z rumem. Kiedy artysta miał ochotę pociągnąć łyk, nie musiał schodzić na dół po wąskich i stromych schodach, wystarczyło tylko wyciągnąć butelkę ze studni. 

Do dzisiejszych czasów, zachował się otwór studni. Położono na niej deski. Nie ma nad nią domu malarza. Ale nietrudno sobie wyobrazić, jak wyglądał. Na Hiva Oa wszystkie maoryskie chaty są do siebie podobne.

Ta studnia pełniła rolę piwniczki. Ale myliłby się ten, kto sądzi, że malarz był leniwy. Nie rzecz w tym, że nie chciało mu się schodzić na dół, schylać głowę, aby dostać się pod podłogę i schylać, kolejny raz, aby sięgnąć do studni. Gauguin, o czym często się zapomina, miał poważne problemy z chodzeniem, na skutek paskudzącej się rany po złamaniu nogi w Concarneau.

Atuona, dawna studnia Gauguina

Do piwniczki Gauguina ciągnęli tubylcy jak muchy do miodu. Francuskie władze, surowo zakazywały załogom, przypływających do Atuony statków, sprzedawania im alkoholu. Ale Koke nie skąpił im procentów.

Koke to maoryskie przezwisko Gauguina.

Miał nieograniczony dostęp do trunków, przywożonych z Papeete. Kiedy brakowało im, pochodzącego z importu alkoholu, malarz namawiał tubylców, aby fermentowali wodę z kokosów. Sam także nauczył się pędzić bimber z owoców papai. 

Podczas wspólnych balang, kiedy się już skutecznie upijali, głośno wtedy recytowali, zasłyszane w kościele formułki, dla przykładu: jesteś chory, bo pijesz sok z kokosów, albo wyuczone na pamięć litanie z książeczek do nabożeństwa. Upijali się do nieprzytomności. To właśnie podczas jednej z takich imprez Tioka, wspomniany kompan artysty, nadał mu wyspiarskie imię – Koke. 

Gauguinowi podobały się polinezyjskie obyczaje i kultura. Podobnie jak niegdyś marynarze Bounty i on zasmakował w swobodzie seksualnej Maorysów. Na Tahiti, a także na Hiva Oa, kobiety bywały bardzo często w jego domu. Nie przypadkiem nazwał go “Domem Rozkoszy” – Im bardziej się starzeję, tym mniej jestem cywilizowany”– mawiał. 

Dziewczęta odwiedzały Gauguina chętnie. Był dla nich w końcu, wielką atrakcją. Ponury, dziki, pięknie malował. No i był Francuzem. 

Uprawianie seksu zaczyna się na Polinezji w wieku dwunastu lat. Niektóre z tych nastolatek wydawały się Gauguinowi nad wyraz dojrzałe jak na wiek, w którym były. Te wizyty, nie budziły sprzeciwu, ani sąsiadów, ani rodzin dziewczyn. Wręcz przeciwnie, dla wielu z nich był to honor, spędzić u boku Paula Gauguina kilka nocy.

Ziemię pod swój dom, Gauguin kupił od wikariusza papieskiego na Markizach, prałata Martina. To do kościoła należała większość posiadłości na wyspie. 

Księża obiecywali naszym przodkom lepsze bytowanie w niebie w zamian za ziemskie dobra – mawiają na Hiva Oa.

A obok domu Gauguina znajdowała się, katolicka szkoła dla dziewczynek. To się musiało źle skończyć

Jedna z uczennic tej szkoły, zaledwie czternastoletnia Marie-Rose Vaeoho, została vahine Gauguina. 

10
0
skomentuj
lubię!
przeczytane
914
razy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *