Moriyama

Choć Daido Moriyama to uznany klasyk współczesnej światowej fotografii, ale ilekroć o nim mówimy, za każdym razem jest jak z Andy Warholem: niby wszystko już wiadomo, a jednak ciągle „coś”.

To „coś“ powoduje w przypadku Moriyamy niepokój, weryfikowanie własnych myśli, nieustanne gapienie się w blur, brud i szorstkość jego zdjęć, a przy tym subiektywną pewność, że rzeczywistość, którą opisuje ma swoje widma i równie niepokojące wiatry.

Daido Moriyama nazwany został w Paryżu po swojej wystawie „Daido Tokyo“. Obsesyjnie skupiony na ulicach Shinjuku, miejsca rozpustnego, trochę bigoteryjnego, ze światłem czerwonego nieba, nie bez powodu uważanego za nocną stolicę Japonii, gdzie królują chińskie loterie, przydworcowe trzypiętrowe bary, dyskoteki, burdele i najlepsze w całej Japonii galerie sztuki.

To przecież Shogunowie od Tokugawy, krytycznie patrzyli na Shinjuku i w końcu uznali miasto za szkodliwe, karząc je wyburzyć, a w jego miejsce założyć pola ryżowe.

Tymczasem wędrujący po ulicach Shinjuku Moriyama dostrzega w nim obolały kręgosłup całego Tokio. A nawet ducha Japonii. To tam wszak książki „…czyta się na stojąco, nigdy ich nie kupując, tam zjada się skorupiaki gotowane w najlepszej sake…“ – jak pisał pisarz i marzyciel Nicolas Bouvier.

Moriyama urodził się przed wojną w Ikeda w prefekturze Osaka, miasteczka znanego już w czasach Edo, a dziś stolicy Ramena dla całego regionu Kansai. Do Tokio przybył już jako dojrzały młodzieniec, uczyć się fotografii u samego mistrza Eikoh Hosoe, który zaszczepił być może u Moriyamy, nie tyle co psychologię obrazu, ale wizję świata pióra Yukio Mishimy, z którym się przyjaźnił. Mishima to jedna z największych postaci literackich współczesnej Japonii, pisarz, który jak mało który, potrafił przekazać, cokolwiek tajemniczą, shintoińską prawdę o Japończykach.

Jego literatura to forma terapii, szkoła, rzadka lekcja o niebywałej sile intelektualnej, skierowana również do nas, pyszałków z daleka, którzy rozumieją Japonię jedynie poprzez pryzmat samurajów, albo nieustającego zdziwienia. To tak, jakby mówić o surrealiźmie nie znając Bretona, mówić o sztuce środka XX wieku, nie mając Andy Warhola w zanadrzu.

Bo Moriyama to dokładnie taki Warhol, przy całej odrębności stylu i pracy, które różnią go od króla pop-artu, ale na pewno łączą w ocenie postrzegania świata.

Moriyama to obserwator.

Każdego poranka po śniadaniu zabiera swój aparat i rusza „w teren“. Na ulicy znajduje swoje tematy. Reklamy, latarnie, plakaty, szyby zza których widać świat korporacynego obłędu, odnajduje piski, szepty, stukanie klawiatury, przemierza krańce i centrum miasta. Moriyama fotografuje, a tymczasem widz słyszy dźwięki wydobywające się z wnętrza Shinjuku.

Nie wszyscy są tak skrupulatnymi fotografami. Przy tym jest precyzyjny i irracjonalny zarazem, piękny i połamany. Tak jak Metropolis, które nieustannie fotografuje.

Mówi tak: …uczyń aparat swoim niewolnikiem. Kiedyś o klasie fotografa decydowały dobry obiektyw, aparat, albo wręcz świetna Leica. W ten sposób stawałeś się mistrzem. U mnie było odwrotnie…

 

13
0
skomentuj
lubię!
przeczytane
541
razy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *