Londyńczyk Leon Kossoff

Był jednym z nas, anonimowym mieszkańcem wielkiego miasta, zakochanym w jego ulicach i skwerach, strzegącym swojej prywatności nawet przed najbliższymi i chodzącym, niczym kot, własnymi drogami. Bezszelestnie przemierzał ulice i zakątki Londynu, szukając jego zagubionej duszy, jego prawdziwego oblicza skrywanego tak często, zarówno przed przyjezdnymi. Uparcie twierdził, że piękno jest zwyczajne i na wyciągnięcie ręki. Wystarczy zobaczyć, a nie tylko spojrzeć na otaczający nas świat. Leon Kossoff to absolutny geniusz malarstwa figuratywnego, miejski pejzażysta na miarę Turnera, kolega Auerbacha i Bacona. Londyńczyk, na którego miasto czekało przez wieki, by w końcu ktoś je sportretował takim jakie jest. 

 Kossoff rozumiał Londyn dogłębnie. Do ostatniej jego tkanki. Wchodził w jego zakamarki i zaułki, w miejsca, o których inni woleliby nie pamiętać. Fascynowały go trakcje kolejowe, zatłoczone ulice i miejskie pływalnie. Jak nikt inny, może poza wspomnianym Frankiem Auerbachem, miał odwagę spojrzeć miastu głęboko w oczy i dotrzeć jego duszę. Bez zniekształcającego filtra marzeń czy niezrozumienia, które często towarzyszą przyjezdnym.

W swoim malarstwie potrafił uchwycić kwintesencję Londynu, coś, co zwykle jest nieuchwytne, co jest bardziej odczuwalne niż namacalne. Potrafił też dostrzec problemy zwykłych ludzi, którzy przemierzają codziennie ulice stolicy, jadąc do pracy czy spiesząc się do sklepu. Towarzyszył miastu we wszystkich jego troskach i radościach. Nie był jego sumieniem ani zimnym obserwatorem. Był jego synem. Zrodzonym na jego ziemi, z jego potu i z jego krwi.

Londyn przez wieki nie miał szczęścia do malarzy. Nie był jak Paryż, czy Nowy York sportretowany do ostatniego zakamarka. Wymykał się malarzom, jakby nie chciał się przed nimi obnażyć. Pokazywał im jedynie fragmenty, rzeczy banalne. Trochę jakby od niechcenia. Tak zrobił to dla Moneta czy Whistlera, którzy zachwycali się mgłą nad Tamizą i refleksami światła, odbijającego się w wodzie. Kawałek siebie pokazał też Derainowi i Sickertowi. To wszystko było jednak powierzchowne i banalne. Londyn był zawsze wybredny. Nie jest łatwo zdobyć jego miłość, a tym bardziej zmusić do pozowania. W końcu udało się to Kossoffowi, potomkowi ukraińskich emigrantów.

Portrecista Londynu urodził się w 1926 roku w East End, które od wieków było siedliskiem emigrantów. Zlepkiem kultur, kuchni, obcych języków i dziwnych akcentów. Unosił się nad nim pot robotników pracujących od rana do nocy i marzeń o lepszym życiu, ulatniających się z godziny na godzinę. Kossoff spędził tam kawał swojego życia i nawet, kiedy opuścił East End, nadal tam wracał. Na zgliszcza swojej młodości. Do miejsc, które jak cały Londyn, były w nieustannym ruchu. Przekształcały się jedno w drugie, umierały i rodziły się na nowo.

Ten ruch miasta był Kossoffa największą fascynacją, widoczną we wszystkich jego obrazach. Wszak percepcja nie jest intuicyjnym ani wyuczonym procesem, ale na wskroś personalnym doświadczeniem, na które składa się zarówno pryzmat przeszłości, teraźniejszości, jak i marzeń o przyszłości. To wszystko widzimy, niczym w lustrze, w malarstwie Kossoffa. Jego prace są bardzo osobiste, wręcz intymne, choć przedstawiają obcych ludzi i miejsca na pozór bez znaczenia: jak stacje kolejowe, skwery, kościoły czy publiczne baseny. Na to wszystko jednak spoglądamy przez fenomenologiczną soczewkę Kossoffa, która pokazuje świat takim jaki jest. 

Jego Londyn nie jest bezkształtną anonimową masą. Jest subtelną opowieścią o tym, co wprawia go w ruch, co płynie w jego żyłach, co daje życie jego mieszkańcom. Kossoff był zafascynowany transformacją jaka na jego oczach zachodziła w jego mieście. Wraz z Auerbachem jeździł na górnym pokładzie starego routemastera i podziwiał dziury w ziemi, pozostałe po niemieckich nalotach. Obserwował, jak powstają nowe drogi i ulice, bo Auerbach twierdził, że place budowy, same w sobie są obrazami doskonałymi.

Kiedy patrzy się na mięsiste płótna Kossoffa, na ich teksturę i ruch w nich zastygły, odnosi się wrażenie, jakby artysta sięgnął do dna ziemi gołymi rękoma i wszystko to, co tam znalazł, wyjął, a następnie rozmazał na płótnie. Wyciągnął na wierzch bebechy miasta, niczym Francis Bacon rozcinając je do kości.

 Dla Kossoffa Londyn nie był światem zewnętrznym, obcym ciałem, obok którego przechodzi się obojętnie. Dla niego, to miasto było jego własnym ciałem, integralną częścią jego artystycznego „ja”, medium, poprzez które komunikował się z innymi.

– Londyn, zupełnie jak farby, których używam, wydaje się być w mojej krwi. Jest zawsze w ruchu – niebo, ulice, budynki. Ludzie, którzy mnie mijają – mówił.

Mimo niezaprzeczalnej miłości i fascynacji do rodzinnego miasta, Kossoff bardzo często nazywał je żyjącym potworem, przez którego był fizycznie i mentalnie konsumowany. -London w mojej pamięci nie jest miastem, w którym teraz żyję. Czasem wydaje się być potworem, który wciąga mnie wewnątrz swojego skomplikowanego świata. Miasto jest cały czas w ruchu, w swoistym chaosie. Jest jak moja pracownia – miejscem chaosu, dającą szansę na nieustanną aktywność i zaangażowanie- mówił.

Londyn, co widać w malarstwie Kossoffa jest żywym organizm, który porusza się we wszystkich kierunkach świata, napędzany przez odśrodkową siłę marzeń jego mieszkańców. Jest niekończącą się transformacją, której misterium Kossoff próbował uchwycić na swoich płótnach. Jest próbą zestawienia chaosu z porządkiem, śmierci z życiem, tego co doczesne z tym, co nieśmiertelne.

W jego obrazach, zwłaszcza tych pokazywanych obecnie na retrospektywnie Leon Kossoff. A Life in painting, widzimy cały przekrój Londynu, od East End, po podmiejskie Willesden, gdzie Kossoff w latach 60. mieszkał i miał swoje studio. Widzimy Londyn zwykłych ludzi. Podążających do pracy, tłoczących się w metrze, kupującym owoce na bazarze, czy idących do kościoła. To Londyn, który prawie nigdy nie był tak przedstawiany. Miasto pełne industrialnych budynków, zaniedbanych miejsc, ubogich przedmieść. Miasto przeludnione do granic możliwości, nabrzmiałe od kultur i ukształtowane przez pokolenia emigrantów, przybywających tutaj ze wszystkich stron świata. Każde miejsce, które Kossoff namalował miało bezpośrednie powiązanie z jego życiem. Są to miejsca w których bywał, w których mieszkał, pracował czy spotykał się z przyjaciółmi. Przedstawiał je takie, jakim były.

To jego fenomenologiczne podejście do malarstwa figuratywnego rozszerzyło niejako jego słownik. Połączenie z formami abstrakcyjnymi było tym, co odróżniało go od Auerbacha. Jego miejskie pejzaże są pełne oderwanych figur, solidnych, lecz kruchych budynków, które wydają się jakby za chwilę miały się wznieść w powietrze. Cała kompozycja jego obrazów oparta jest na wewnętrznym „napięciu”, na przedziwnym małżeństwie między ekspresyjnym ruchem pędzla, a kreską postawioną przez doświadczonego kreślarza. Kossoff często podkreślał, że jego droga do uchwycenia Londynu jako miasta w ruchu i transformacji biegła poprzez Wielkich Mistrzów, poczynając od samego Poussin i jego wielopostaciowych mitologicznych scen na impresjonistycznych przedstawieniach zwykłych ludzi, pracujących i przemierzających miejskie przestrzenie kończąc. Sieć kolejowa Londynu to jego kręgosłup pozwalający mu być cały czas w ruchu. Skrzyżowanie Willesden, pejzaż okolic King’s Cross i St Pancras, stacja metra Kilburn to tylko kilka przykładów fascynacji Kossoffa.

– Kolej daje miejsce, światło i ruch… – mówił.

Trzy czynniki, które sprawiają, że kompozycja malarska jest doskonała. Pociągi nie tylko łączą ludzi i miejsca, ale również nadają rytm miastu, a ich powtarzalność gwarantuje bezpieczeństwo. Tory kolejowe – porzucone i osamotnione gdzieś na peryferiach miasta, wystawione na wzrok przechodniów, bezbronne wobec zmian, które zachodzą obok nich, stały się pierwszą i wielką miłością Kossoffa. W 1961 roku, kiedy jak większość rodzin żydowskich, wyprowadził się wraz z żoną i synem do Willesden Green, przedmieścia leżącego na północ od Londynu, za oknami jego domu widać było sieć kolejową, która bardzo szybko stała się tematem serii obrazów Junction Willesden, malowanych z różnych perspektyw. Kolej jako osiągnięcie technologiczne fascynowała artystów od samego początku jej istnienia. Od jej maszyn, pary, ruchu i dźwięków nie mogli oderwać wzroku, tacy giganci malarstwa jak Constable, Turner, Manet, Monet czy Pissarro. Ale w czasach Kossoffa, czyli we wczesnych latach 60. kolej nie była żadną nowością. Była banalna i nudna. Nikogo nie interesowała. Ludzkość patrzyła wtedy w kosmos, dyskutowała o Zimnej Wojnie i najnowszych technologiach. Jedyną osobą, która patrzyła zupełnie w innym kierunku, niż reszta społeczeństwa, był właśnie Leon Kossoff. 

Jego fascynacja ruchem, transformacją jest widoczna nie tylko w tym, co malował, ale i jak malował. Niejednokrotnie zdarzało się mu, że jednego dnia malował i zamalowywał obraz kilkanaście razy. Szukając niestrudzenie formy, która by w pełni oddawała to, co czuł w swoim sercu – wibrujący ruch miasta. Nie używał mocnych czy jaskrawych barw. Jego paleta była w pewien sposób uboga. Mimo to, osiągał zdumiewający efekt światła, przestrzeni oraz lekkości, operując przy tym minimalną liczbą tonów. Seria Willesden Junction, do której została użyta tęcza szarości jest tego najlepszym przykładem.

Malarstwo Kossoffa w pewien sposób wyprzedziło erę, w której żył. Jego wielkie, ciężkie i gęste obrazy pojawiły się na długo wcześniej zanim Anselm Kiefer stał się sławny dzięki swoim monstrualnym płótnom, przedstawiających pola ciągające się po horyzont. Mimo to, kiedy reprezentował Wielką Brytanię w pawilonie narodowym na 100 rocznicę Weneckiego Biennale, krytycy, mówiąc delikatnie, nie byli zachwyceni. Nawet David Sylvester – wybitny krytyk sztuki, który nota bene podziwiał malarstwo Auerbacha, o Kossoffie wyraził się chłodno, podkreślając, że jego malarstwo raczej nie przejdzie do historii. Zwrot w jego karierze nastąpił dopiero po pierwszej retrospektywie, którą miał w Tate.

Kossoff, podobnie jak Frank Auerbach byli szkoleni przez życie do uprawiania maratonu, a nie do sprintu. 

Pod koniec lat 60. Kossoff, dzięki swojemu synowi odnalazł nową inspiracje – publiczne pływalnie. Cotygodniowe lekcje pływania małego Dawida, bardzo szybko stały się rytuałem rodziny Kossoff. Leon czekając na syna, namiętnie rysował. Robił setki szkiców, które potem posłużyły mu do stworzenia serii, przedstawiających Willesden Sports Centre. Kossoff do końca życia szkicował. W jednym z ostatnich udzielonych wywiadów mówił, że nie wyobraża sobie dnia bez rysowania. Że każdego dnia, musi zaczynać od początku

– Za każdym razem pływalnia wygląda inaczej. Światło jest inne, balans między barwami jest inny. Miejsc, które zapamiętałeś już nie ma -mówił.

Kossoffa interesowało zjawisko zmian, które zachodzą na pływalni pod wpływem pór roku, jak również zmiany zachodzące w świetle i w samych ludziach. Mówi, że są one kompatybilne z tym, co dzieje się w nim samym. Z procesem bycia w nieustannym ruchu. W latach 70 Kossoff powrócił do East End. Jego nowa pracownia na Dalston Street mieściła się zaledwie kilka kroków od jego rodzinnego domu. Z jednego okna widział bazar na Ridley Road, a z drugiego dachy domów w Hackney. Jego dzień wyznaczał rytm otaczającego go świata. Codzienne dostawy towaru na bazar, odjazdy i przyjazdy pociągów, rozmowy robotników pracujących na pobliskich budowach. Kossoff wierzył, że malarstwo powinno dotyczyć prawdziwych miejsc, zmieniających się pór roku i upływającego czasu. Ale przede wszystkim powinno być o ludziach chodzących po jego ulicach, zmieniających miasto poprzez swoją obecność.

Malarstwo Kossoffa jest też świadectwem zmian jakie nie tylko zaszły w mieście, ale przede wszystkim w nim samym. Jest zapisem jego wewnętrznej fascynacji ruchem, chaosem i rytmem aglomeracji. Dla takiej osoby jak Kossoff, która nosi w sobie pejzaż Londynu, która przynależy do miasta całym sobą, Londyn mimo trawiących go zmian, nigdy nie stał się dla niego kimś obcym. Wręcz przeciwnie, był mu coraz droższy. Aż do 4 lipca 2019, kiedy spoczął w jego ziemi, utulony w ramionach miasta, które ukochał ponad wszystko. W jego pracowni zostało po nim kilkanaście obrazów, wśród nich, ten jeden Cherry Tree in Spring (2015) – ostatni jaki wyszedł spod jego pędzla. Można go zobaczyć jeszcze przez kilka tygodni w Londynie, w Annely Juda Fine Art.

Leon Kossoff. A Life in Painting. 30 września – 4 grudnia 2021, Annely Juda Fine Art, Londyn 

5
0
skomentuj
lubię!
przeczytane
693
razy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *