Julian Schnabel, opowieść o królu…

Był przystojniakiem z Teksasu, uwielbiał frytki i hamburgery. Nie miał pomysłu na życie więc pojechał do Europy. Wrócił odmieniony. Po śladach cudzej krwi dotarł na szczyt. Zobaczył Caravaggia i Francisa Picabię. Wdrapał się na szklaną górę. Dla wielu niewidzialną.

Julian Schnabel, CVJ

 Nikt nie wróżył mu kariery artystycznej. Sam chyba nie miał na to żadnego pomysłu. Przeszedł szlak tych, którzy byli już na szczycie. Ale on o tym jeszcze nie wiedział. Został artystą, największym spośród gigantów z całego świata. Zyskał sławę, został królem, Julian Schnabel…

– kim jesteś, czym się zajmujesz?

– maluję obrazy,

– gdzie je malujesz?

– w moim studio

– czy ktoś mógłby je zobaczyć?

– nikt o to nie pytał…

Urodził się na Brooklynie. Jego matka nosiła nazwisko Greenberg. Kiedy Juilan miał trzynaście lat, cała rodzina przeniosła się do Brownsville. Studiował na uniwersytecie w Huston. Do Whitney został przyjęty na staż, albowiem w ramach pracy kwalifikacyjnej przyniósł dwie kromki chleba, pomiędzy które upchnął swoje rysunki zamiast kiełbasy.

A potem Mary Boone zrobiła mu wystawę. Mary była najpierw sekretarką, a potem została marszandką i światowej sławy promotorką współczesnego malarstwa. Na swój sposób ich drogi były podobne. Z niczego powstał niesamowity duet. Związek idealny.

Julian Schnabel CVJ

Był jeszcze epizod z Leo Castelli. W tamtej galerii dostrzegano zbierającą się na horyzoncie nową falę. Szła przecież, nie tylko z siłą podobną do każdej w historii awangardy, ale wietrzyła też doskonały interes i zamęt na rynku sztuki. Tak zrodził się projekt: A New Spirit in Painting, w którym przyznano mu niemal boską rolę, choć kontekst jego obecności obejmował wszystkie obecności Transawangardy, w tym niemieckich demiurgów – Anselma Kiefera i Georga Baselitza.

Latem 1978 roku Schnabel napisał w swoim dzienniku: chciałbym, aby moje życie zostało osadzone w mej pracy na zawsze, zduszone przez malarstwo, podobnie jak samochód bywa zgnieciony przez gigantyczną prasę. Zamierzam tworzyć prawdę, nowe ikony w warunkach życia i śmierci, z całym tym bukietem pomyłek…

Julian Schnabel CVJ

Zaczęło się od talerzy, potłuczonych lub ich okruchów, umieszczonych na wielkich płótnach. Stanowiły one nie tyle element dodany, lecz jak objets trouvés, część tworzywa, warstwę obrazu, na której malarz kładł pędzel.

Napisał w swojej biografii, że sprzedawał okulary przeciwsłoneczne, aby żyć. Mogło być z nim na przykład, tak jak z Modiglianim. Oto pewna historia, zasłyszana w Paryżu:

Pewien skulony człowiek, starzec wręcz, szedł ciemnym brukiem w okolicach Montmartre. Napotkał tam jakiegoś znajomego…

– proszę postaw mi szklaneczkę – poprosił cichym głosem. Weszli po chwili obaj do bistrot, znajomy postawił wedle życzenia…

– gdzie Pan mieszka? zapytał starca

– nie mieszkam nigdzie, mieszkam w nocy, tamten odpowiedział…

To były słowa poety. Nazywał się Paul Verlaine.

Słowa o biedzie… 

Bo z biedy powstało dzieło choćby Paula Gauguina. Biedy i złości. Z rozpaczy i tęsknoty również.

Paul Gauguin ongiś makler, znudzony i sfrustrowany nijakością własnego życia, rzucił wszystko któregoś dnia i postanowił malować. Był arogancki i pewny siebie. Do malowania namówił go wtedy Camille Pissarro. Pisał w listach do syna, że „…pan Gauguin ma sporo talentu do malowania, ale przy tym jest okropnie arogancki”. Ta frustracja u niego nigdy nie minie, a brak sukcesu tylko ją będzie wzmagał.

Julian Schnabel z nędzy nie maluje. Mówi jednak, żeby przeżyć, zaczął sprzedawać okulary, a nawet prowadzić taksówkę…

Julian Schnabel CVJ

Legendy o artystach sprowadzają się głównie do tego, że z powodu biedy i frustracji tworzą wielkie dzieła sztuki. Umierają w niezrozumieniu i nędzy oraz zapomnieniu, a dopiero potem, czyli po ich śmierci, ludzkość się nawraca. Zaczyna ich podziwiać. Te ładne i wzruszające dziś historie stworzyły właśnie taki obraz sztuki. Obraz nędzy i umartwienia, obraz wzlotu po upadku. Świat modnych artystów. Lubimy ich takimi widzieć. Chaïm Soutine, Amadeo Modigliani i wielu innych, tak zaczęło i skończyło.

Tymczasem Schnabel, być może jest arogancki, odrobinę lub wcale, ale w zapomnieniu i nędzy z pewnością nie umrze. Jest raczej syty. Pełny. Jako artysta oczywiście. Podobnie jak syty swoją sztuką byli Claude Monet, Henri Matisse czy Pablo Picasso. I ulubieniec nowojorskiej bohemy Andy Warhol.

Ale powiedzmy sobie szczerze: Julian Schnabel to pierwszy aktor światowego Postmodernizmu.

Co tam bieda…

Bieda to legenda.

Sztukę tworzy pasja. Ona niekoniecznie musi żyć w biedzie. Czy nawet w jej okolicach.

Krytycy szukają podobieństw, bo im łatwiej układać paletę języka. Skoro jest Tintoretto to kolor, skoro jest Max Beckmann to agresywny pędzel. Jak Schnabel pojawił się ze swoimi pracami w Wenecji, to stał się od razu neoekspresjonistą. Tak mówili o nim Niemcy. Na Biennale w 1980 roku, gwiazdą został Anselm Kiefer i Schnabel właśnie. Bo przecież Niemcy nic więcej nie widzą. Rzeczywistość sztuki przesłania im Penck, albo Baselitz. W porywach Beuys. I kiedy Schnabel do nich przyjeżdża, to musi być ekspresjonistą. Jakby wystawiał we Francji, to byłby kimś od Figuration Libre. Pasowałby do Francuzów z ich wciąż nienasyconą potrzebą prostych gazetowych haseł, pop-artowskiego języka, żargonu punkowego oraz tekstów kabaretowych, a także utrudniania wszystkiego, w prostym zrozumieniu przekazu sztuki.

Gdyby Schnabel usiadł i kiwał się na wietrze, na pewno krytycy dostrzegliby w nim Niki de Saint Phalle.

Krytycy tacy są.

Bo Schnabel z pewnością ich wszystkich zaskoczył. Stało się to wiele lat temu, jeszcze przed Postmodernizmem i Transawangardą. Wtedy, trochę nieśmiało do niego podchodzono. W ostrości jego pędzla doszukiwano się wszelkich paralel.

Ktoś znalazł się na miejscu i odgadnął, że to może Francis Picabia spotkał go na tej drodze.

Ale to nie jest takie pewne.

Julian Schnabel, CVJ

Jednak, to w Düsseldorfe pojawił się po raz pierwszy z obrazami. Odwiedził go tam Sigmar Polke i Imi Knoebel. Byli jedynymi artystami, którzy przyszli na wernisaż młodego Amerykanina. W sumie osiem osób. 

Malował obrazy wielkie i ekpresyjne, był najbliżej modernistycznej ironii. Malował zamaszyście i z olbrzymią swobodą. Rzucał na kolana wiedzą o sztuce, muzyce i filozofii. Miał gigantyczną przewagę nad innymi ze swojego pokolenia, bo potrafił niezwykle łączyć to, co w sztuce bywa najtrudniejsze: inteligencję z talentem do malowania.

W latach 80. mówiono, że kiedy kończą się Sex Pistols, to zaczyna się era Baselitza i Kiefera. A potem przyszedł on – Julian Schnabel i zaczęły się czasy The Exploited albo Hard Core.

Potrafił dostrzegać relacje pomiędzy scenami kultury. Mówił o tym w swoim malarstwie. Na pozór podejmował banalne tematy. Na pozór banalne historie i martwą naturę. Na pozór banalnie…

On słuchał Red Chilli Peppers… Może dlatego poprosili go o swoją okładkę. Coś w tym jest.

Julian Schnabel, CVJ

Kiedy wrócił do Nowego Jorku zaczął pracę w kuchni. Gotowanie to jego pasja. Namówił też do przyjazdu Davida Salle, który podobnie jak on, malował zamaszyście i bezczelnie, wielkie obrazy, dzieląc je na pół. Obaj przesiadywali w Mickey Ruskin’s Ocean Club, gdzie zmażyli bekon do sandwiche, albo tempurę.

Schnabel zrozumiał kim jest naprawdę, dopiero po podróży do Paryż i Włoch. Tam zobaczył Giotta, Caravaggia, Fra Angelico i Picabię. Wrócił do Nowego Jorku odmieniony. A potem spotkał Gordona Matta-Clark i odmienił się po raz kolejny. Nie zdążyli się zaprzyjaźnić, albowiem Gordon umarł w 1978 roku, ale nim się to stało, Matta poznał Schnabla z Holly Salomon, co miało istotne znaczenie, bo w tej galerii pokazał swoje świeżutkie prace, nad którymi krytyka ubolewała, że nie wie, co napisać.

Bo w sztuce, jak i w życiu, najważniejsze są znajomości…

W Belgii poznał Jo. Została z nim na wiele lat, choć nie na zawsze. Schnabel i kobiety. Nie było w tej historii trwałych związków.

Za to w malarstwie był bardziej solidny w uczuciach. David Salle i Ross Bleckner, to jego kumple z trzepaka. Z tym pierwszym wystawiał wielokrotnie, począwszy od Mary Boone Gallery, a z tym drugim podróżowali do Barcelony i Mediolanu.

Najciekawsza wystawa z tamtego okresu, to chyba ta w Royal Academy of Arts z Londynie, zrealizowana przez Normana Rosenthala i Christosa Joachimedesa. Pokazane zostały trendy w malarstwie na przykładach Pabla Picassa, Francisa Bacona, Cy Twombly, A.R Pencka. Julian Schnabel był w tym gronie najmłodszym artystą i chyba, najbardziej obiecującym.

Julian Schnabelm CVJ

W 1986 roku umarł Joseph Beuys, przez amerykańską krytykę nazwany największą indywidualnością od czasów Goethego. Jak Pamiętamy w 1977 roku, podczas Documenta w Kassel, Beuys zawiesił miodową pompę, która tłoczyła 3 cetnary miodu w plastikowe przewody, oplatające całe pomieszczenie wystawowe. Był to swoisty, symboliczny znak, wypełnionej słodyczą arterii, która łączy i wzmacnia wokół Free University for Creativity and Interdisciplinary for Research, którego był twórcą. I teraz Schnabel na cześć guru światowej sztuki, tworzy rzeźbę Tomb for Joseph Beuys, którą pokazuje w Galerie Yvon Lambert w Paryżu. Oczywiście bierze też udział w Beuys zu Ehren w Lenbachhaus w Monachium.

W tym samym roku namalował portret Andy Warhola, a w rewanżu Warhol jego. Zaraz potem, król pop-artu umarł.

Napisał książkę: CVJ: Nicknames of Maitre D’s & Other Excerpts from Life, a potem jeszcze kilka.

Jeden z ważnych kuratorów w Londynie, Nicolas Serota, zorganizował mu restrospektywę w Whitechapel Art Gallery, a chwilę później Dominique Bozo w Centre Pompidou.

W sierpniu 1987 roku, umiera w wieku 27 lat Jean-Michel Basquiat. Julian Schnabel kilka lat później zrealizuje swój pierwszy film. Będzie poświęcony twórczości, tego ikonicznego artysty, którego fantastyczna kariera, tak nagle została złamana. W filmie reżyser Schnabel, wykorzysta wiele prac J-M Basquiata, ale także, sam będzie malował obrazy zmarłego artysty, do których już nie miał dostępu. W pewnym sensie, powstaną niezwykle kopie prac JMB, wykonane przez Schnabla. Dzieło, samo w sobie niezwykle interesujące…

W filmie pojawiła się niezwykle doborowa obsada: Jeffrey Wright w roli samego Basquiata, a także David Bowie jako Andy Warhol, Dennis Hopper jako Bruno Bischofberger, słynny marszand z Zurichu, który także należy do ojców chrzestnych nowojorskiej fali, wreszcie sam Gary Oldman jako Julian Schnabel, ponadto w epoizodach pojawili się – Albert Milo, Benicio Del Toro, Christopher Walken, Willem Dafoe, Michael Wincott, Claire Forlani, Parker Posey, Courtney Love. Dafoe wcieli się wiele lat później w rolę Vincenta van Gogha, którego życie, choć może w zbyt emocjonalny sposób, pokazał Schnabel na wielkim ekranie.

Za film, Motyl i Skafander, oparty na powieści Jean-Dominique Bauby, otrzymał nagrodę w Cannes. Został tam najlepszym reżyserem. Film opowiada historię byłego redaktora Elle, który jadąc samochodem, doznaje wylewu krwi do mózgu i trafia nieprzytomny do Berck-sur-mer. Bauby był całkowicie sparaliżowany, a jedyna część ciała, która funkcjonowała to powieka. To właśnie przy pomocy powieki, a ściślej mrugania, wymyślił kod, za pomocą którego jego terapeutka zapisała pamiętnik. Bauby umarł, bo tego typu trauma nie była możliwa to ominięcia. Książka jest wstrząsająca i zrobiła ogromne wrażenie na wrażliwym Teksańczyku. Zrobił przejmujący film, pełen malarskich symboli i ikonograficznych aluzji.

Julian Schnabel, CVJ

Schnabel bez przerwy maluje. To w sumie nie ma znaczenia, czy na płótnie, czy przy pomocy kamery. To kwestia narzędzi. Odwołuje się do estetyki, której zasady sam odkrywa i stosuje adekwatne środki, a cokolwiek byśmy nie powiedzieli o inspiracjach, to jedno i drugie wynika z potrzeby doskonałości.

Bo Julian Schnabel chce być doskonałym malarzem.

Zmysł obserwacji i widzenie koloru nie jest przypadkowe. Ambicje pociągnęły go w obszary fotografii, barw i gestu, ale tak naprawdę żarliwy wielbiciel Francisa Picabii odnalazł wrodzoną i świeżą wersję znanego sloganu: „kiedy kolor dochodzi do największego bogactwa, forma uzyskuje największą pełnię”.

Julian Schnabel, CVJ

Kiedyś spotkał na Coney Island, japońską marszandkę o nazwisku Akira Ikeda, która przyjechała z Tokyo, aby pokazać sztukę inspirowaną Kabuki. Schnabel zrobił jej zdjęcia. Potem namalował na nich kwiaty. Tak zrodziła się jedna z najpiękniejszych wystaw XX wieku, jakiś czas później, w mieście Nagoya. Oprócz Schnabla pojawili się tam również Sandro Chia, Enzo Cucchi, David Salle i Jean-Michel Basquiat. Same kwiaty sztuki najnowszej…

11
0
skomentuj
lubię!
przeczytane
348
razy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *