Japoński sen Helen Frankenthaler

Japonia jest niedostępna dla tych, którzy utożsamiają ją z pudełkiem sushi kupionym w osiedlowym sklepiku, czy też ckliwymi Wyznaniami Gejszy. Ogołacają ją bowiem tym samym z całej jej skomplikowanej historii i przebogatej kultury, której nie da się wszak zrozumieć, czytając wyłącznie komercyjnego Murakami. Tak samo jest z Helen Frankenthaler – kobietą, której twórczość większość osób sprowadza, do jednej techniki malarskiej, zwanej “soak-stain”, ignorując zupełnie jej zaangażowanie w litografie czy drzeworyty, inspirowane wielowiekową tradycją Japonii.

W dniu, w którym stanęła ona twarzą w twarz z misterium ukiyo-e, oddała jemu hołd, a następnie przełożyła na swój własny – język abstrakcji, który to, nie tylko doprowadziła do absolutnej perfekcji, ale również odcisnęła na nim swoje piętno, podnosząc tym samym poprzeczkę tak wysoko, że po dziś dzień, nikt nie zdołał jej pokonać.  W chwili, w której zmierzyła się z japońskim drzeworytem, była już wtedy znaczącą postacią związaną z ruchem ekspresyjnego abstrakcjonizmu. Stawała ramię w ramię z takimi gigantami jak choćby William de Kooning czy Jackson Pollock, bez którego pewnie nigdy nie doszłaby do tego poziomu, jaki osiągnęła, zwłaszcza po jego śmierci, która paradoksalnie, stała się dla niej szansą na zaistnienie, na stworzenie swojego własnego mitu, na wyjście z cienia mistrza.  To właśnie spotkanie z Pollockiem, a właściwie to z jego techniką ułożenia farby na niezagruntowanym płótnie, albo i nawet dripping, otworzyło w Helen nieznane jej do tej pory pragnienia, które można było wypowiedzieć jedynie w formie kontrolowanego chaosu. 

Spotkanie Frankenthaler z Pollockiem zamknęło w jej życiu jeden rozdział, ale otworzyło drugi. O wiele bogatszy i bardziej złożony.  Było dla niej swoistego rodzaju wstrząsem, który pozostawił wyłom w jej dotychczasowym świcie, dziurę, swoistego rodzaju próżnię, którą trzeba było natychmiast zapełnić, aby móc żyć dalej. Nowatorski, jak na tamte czasy, styl malowania Pollocka, w sposób niekwestionowany wpłynął na całą, przyszłą karierę Frankenthaler, sprawiając, że bardzo szybko wspięła się na wyżyny dostępne tylko nielicznym. Pozostawiając Pollocka i Kooninga daleko w tyle.

 Jednak, to w obliczu ukiyo-e stanęła, po raz kolejny, w pozycji ucznia, który ma świadomość, że stoi przed absolutnym mistrzostwem, którego nigdy nie prześcignie, ale jego naukę może przełożyć, na coś zupełnie nowego. Rozpocząć nowy rozdział w historii, która opowiadana jest od wieków w kraju Kwitnącej Wiśni. 

Japonia przyszła do niej w momencie, w którym Helen była na nią gotowa. Jako kobieta i jako artysta.   Przyszła wtedy, kiedy Helen była na tyle dojrzała w swoim malarstwie, że nie tylko mogła pójść dalej, a nawet, zacząć wszystko od początku. Zmierzyć się z kulturą, w której się nie wychowała i z językiem, którym nie władała. Miała odwagę znów stanąć w pozycji tego, który nic nie wie. Jak powiedział przy innej okazji Nicolas Bouvier, pokochała kraj, którego języka kompletnie nie rozumiała.

Helen Frankenthaler i Yasuyuki Shibata

To spotkanie nie byłoby możliwe bez Yasuyuki Shibata, Japończyka specjalizującego się w drzeworytach. To on, razem z Helen Frankenthaler stworzył słynną serię druków nawiązujących do Opowieści Genji, a które obecnie można podziwiać na wystawie Frankenthaler: Radical Beauty. 

–  Praca z Helen nad drzeworytami inspirowanymi Opowieściami Genji była, jedną z najważniejszych, którą wykonałem, pracując dla TGL. Zajęło mi to 3 lata, aby dokończyć serię 6 drzeworytów. To był też pierwszy projekt, w którym byłem całkowicie odpowiedzialny za wycinkę i druk. Wtedy też, po raz pierwszy została użyta hydrauliczna prasa do druk,u bazującego na akwarelach, na ręcznie tłoczonym papierze. To był pomysł Kena Tylersa, który zakładał żmudną, wręcz niewolniczą pracę, ale którego efekt był oszałamiający” W ten sposób powstało sześć druków Madame Butterfly w 2000 roku, które obecnie można oglądać na wystawie w Dulwich Gallery w Londynie.

Geniusz Frankenthaler polega między innymi na swobodnym balansowaniu pomiędzy kontrolą, a całkowitą spontanicznością. Ukiyo-e to żmudna i wymagająca niezwykłej precyzji technika. Łącząca w sobie druk z malarstwem. Na pierwszy rzut oka trudno połączyć ją z Helen i jej ekspresyjną abstrakcją, z jej specyficznym sposobem kładzenia farb na surowe płótno. A jednak, to właśnie jej udało się „wtłoczyć” XX wieczne abstrakcje w XIX matryce. Uchwycić eksplozję dynamitu emocji w kadrze ulotnej chwili. Bo ukiyo-e to jak uki, spławik na wodzie. W nieuchwytnej dla oka zmienności. Przemijaniu. Udało się jej zatem, połączyć dwa światy, dwie filozofie życia, które na pozór nic nie łączy. 

Madame Butterfly, 2000, Helen Frankenthaler, 102 kolory, 46 matryce

Bo czym jest TAO? To coś nieuchwytnego i niekonkretnego, a mimo to zawiera w sobie formę, zawiera w sobie substancję, jest niewyraźne i niejasne, a także zawiera jądro witalności, niesłabnącą szczerość, aby przypominać o początku wszystkich rzeczy. Oto ona, Helen…

Zanim jednak to się stało, Frankenthaler miała już za sobą okres pracy z litografiami, które wprowadziły ją w świat druku. Z początku nie była do nich przekonana, lecz bardzo szybko odkryła, jak ogromny potencjał twórczy ma ta technika.  Zresztą nie była w tym sama. Litografię zaczęli produkować również Joan Mitchell i Robert Mootherwell, jak i Frank Stella. Przez następną dekadę Frankenthaler pracowała wyłącznie z Universal Limited Artist Editions (ULAE) na Long Island, robiąc litografie i późniejsze monoprinty oraz drzeworyty.

Brown, jeden z pracowników U.L.A.E. tak wspomina pracę z artystą: ‘Frankenthaler lubiła mieć kontrolę nad całym procesem, mimo że polegała ona na doświadczonych drukarzach. Helen była nowatorska pod każdym względem i głęboko zaangażowana w każdą technikę”.

Snow Pines, 2004, Helen Frankenthaler, 34 kolory, 16 matryc

W 1972 roku, 11 lat po pierwszej próbie robienia litografii przez Frankenthaler w U.L.A.E., Tatyana Grosman zasugerowała jej, aby spróbowała swoich sił w drzeworycie, mimo że nikt w jej pracowni nie próbował jeszcze tego procesu. Helen, jak zwykle, była gotowa podjąć każde wyzwanie. I tak, wraz z zespołem, opracowała całkiem nowe podejście do drzeworytów: kompatybilne z jej osobowością, ale odrzucające tradycyjne metody powstawania, w którym to artysta „wcina się w matryce”.  Frankenthaler znalazła rozwiązanie w pracach norweskiego ekspresjonisty Edwarda Muncha, który w swoich drzeworytach łączył najpierw nasiąknięte atramentem pojedyncze kawałki matryc i następnie drukował obraz za jednym razem. Naśladując tą metodę, Frankenthaler, z początku wycinała, niczym puzzle, pojedyncze matryce, które to następnie łączyła w całość jako jedną i na niej drukowała. Niestety taki sposób pozostawiał na wydruku białe, puste plamy. By zniwelować ten efekt Helen zaczęła drukować każdą matrycę osobno. Ten sposób jest obecnie uznawany za najdoskonalszą metodę drukarską. Widać to w Freefall (1993) – monumentalnym drzeworycie, który niczym ramiona boga obejmuje każdego, kto przychodzi na wystawę Radical Beauty w Dulwich Picture Gallery. Aby go wydrukować, Frankenthaler potrzebowała 12 różnych kolorów i 21 matryc. Przypomnijmy, że Hokusai używał 7 matryc.

Essence Mulberry, 1977, Helen Frankenthaler, 8 kolorów, 4 matryce.

W 1953 roku, amerykański malarz – Morris Louis, nazwał Helen “mostem między Pollockiem, a tym co jest możliwe”. Morris był w tym określeniu bardzo bliski prawdy, choć nie do końca. Helen pokazała, poprzez swoją długą karierę, że ma odwagę łączyć to co uznane, z tym co wielu wydaje się niemożliwe. Wystawa w Dulwich jest tego najlepszym przykładem. 

Helen Frankenthaler: Radical Beauty, Dulwich Picture Gallery, Londyn, do 18 kwietnia 2022.
5
0
skomentuj
lubię!
przeczytane
417
razy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *