Hoyland król abstrakcji

Powiedział: „nigdy nie będę tak dobry jak Rothko, więc zamiast ścigać się z Niedoścignionym pójdę własną drogą”. I wygrał. 

Jest jednym z najdoskonalszych kolorystów w historii sztuki współczesnej, który nie tylko zrozumiał czym jest kolor, ale niejako na nowo go zdefiniował. John Hoyland – brytyjski geniusz powojennej abstrakcji, stawał twarzą w twarz z najtrudniejszymi barwami i niczym wytrawny szachista przewidujący z góry każdy ich ruch, na końcu osiągnął to, co chciał. 

Nie zawsze mu się udawało. Czasem barwy wygrywały. Wtedy obraz lądował w śmietniku, a John stawał do kolejnej walki. – „Chciałbym kiedyś dojść do takiego momentu, w którym będę potrafił użyć wszystkich kolorów na jednym płótnie” – mówił. 

Uwielbiał duże formaty. Wielgachne płótna, przy których wyglądał jak eteryczny motyl. Mógł wtedy poczuć fizyczną więź z obrazem, z farbami, z pędzlami. Stać się częścią procesu, który zachodzi jednocześnie na dwóch płaszczyznach: duchowej i materialnej. Nawiązać niemal intymną relację, której owocem było, raz wzajemne pożądanie, albo walka na śmierć i życie. Jak wytrawny zawodnik grał jednak, zawsze do końca. 

John Hoyland, Story From Nature, 1996

Nie lubił, gdy określano go abstrakcjonistą. To pojęcie było dla niego zbyt wąskie. Cisnęło niczym gumka od majtek, którą czuł przy każdym kroku. Wolał, aby nazywano go malarzem niefiguratywnym – „To jest prawdziwe i o wiele głębiej znaczy to, czym się zajmuję i jak rozumiem sztukę, której jestem częścią” – mówił.

Miał nieprawdopodobną zdolność uwodzenia kolorami, których większość ludzi nie znosi lub nie rozumie. Nagminnie używał róż, pomarańcz, brąz czy zieleń, które zabijają większość obrazów. Co gorsza, łączył je w pary. Kładł obok siebie i czekał, aż się w sobie zakochają. Aż przekształcą się w jedną nierozerwalną formę. Wiedział jak do nich podejść. Jak wydobyć z nich to, co najpiękniejsze. Jednak nie zawsze tak było. Prawdziwe zrozumienie roli jaką odgrywa kolor w malarstwie przyszło stosunkowo późno, jako owoc wieloletniej fascynacji barwami, która towarzyszyła mu od wczesnej młodości, kiedy to nie mógł oderwać wzroku od obrazów Matisse’a. Stało się to pod koniec lat 60. 

„Na początku był kształt. Moja cała uwaga skupiona była wtedy na formie, na kształcie. Jak wypełnić go kolorem. Jak wydobyć z niego głębię. Miłość do koloru jako samoistnego bytu przyszła później” – mówił podczas jednego z wywiadów, wspominając wystawę w Whitechapel w 1967.

Po tej wystawie Hoyland zaczął być, coraz bardziej odważny z pigmentami. Zaczął ich nie tylko, coraz swobodniej używać, ale i mieszać. Łączyć w „niedopasowane pary”. 

„Chciałbym móc sprawić, aby czernie i szarości zaczęły śpiewać tak samo donośnie, jak żółcie czy czerwienie” – mówił często do swoich przyjaciół.

John Hoyland, Space Cowboy, 1992

Sposób w jaki wykorzystywał kolor w swoich pracach, przypominało pisanie dialogów. Sprawiał, że każdy z nich, niczym bohater najlepszej powieści, w której każda litera ma znaczenie, a jedno zdanie prowadzi do drugiego, miał swoją, z góry określoną rolę do odegrania. Miał swoje własne miejsce wyznaczone przez reżysera, dzięki czemu, każdy komu dane jest brać udział w spektaklu barw Hoylanda, przeżywa swoistego rodzaju podróż wewnątrz siebie. Schodzi do świata swoich emocji. Często tych, których wcześniej nie był nawet świadom. 

Hoyland nie kładł na płótno grubych warstw, choć jego obrazy są nabrzmiałe od farby. Zaczynał od bardzo cienkich, nakładając jedną farbę na drugą, mieszając je na płótnie, a nie na palecie. Bardzo często malował akrylami, stosując Polyfill, środek używany do zaklejania dziur w ścianie. Sam akryl ma bowiem szereg ograniczeń, zarówno pod kątem koloru jak i struktury. Jest znacznie trudniejszy do mieszania niż oleje. Dodanie do niego tego środka było jedynym sposobem, aby osiągnąć efekt nadbudowania się kolorów oraz, aby pokonać oporną materię i uczynić ją bardziej podatną na ruch pędzla, czy nawet bardziej miękką.  Malował mocnym, ostrym ruchem. Często wyciskał farby prosto z tubki. Jednym z charakterystycznych elementów obrazów Hoylanda są widoczne na płótnie kropki farby, których zadaniem nie jest dekorowanie obrazu, lecz nadanie odpowiedniego kierunku, w którym powinien podążać wzrok widza. Hoyland. podobnie jak Peter Lanyon był zafascynowany ruchem. Chciał go wtłoczyć w obraz, sprawić, aby wirował przed oczami widza. Bardzo często, aby uzyskać ten efekt wprowadzał sam obraz w rzeczywisty ruch w czasie malowania. Obracał go, ustawiał do góry nogami. Aby farby płynęły w dowolnym, naturalnym ruchu. Aby dały efekt, którego nie można osiągnąć za pomocą, statycznego pędzla.  

Hoyland wierzył, że współczesne malarstwo musi być złożone. Że wszystkie niepokoje współczesnego człowieka muszą znaleźć w nim swoje odbicie. – „Nie można się cofać i kopiować Rothko” – mówił.  Brytyjscy rzeźbiarze mieli w tamtym czasie odwagę, aby pójść do przodu, tworzyć właśnie tą „sztukę złożoną”. Malarze natomiast, cały czas byli w cieniu Newmana i Rothko. Zwłaszcza tego drugiego, który swoim genialnym stylem otworzył drzwi dla sztuki minimalistycznej czy konceptualnej, ale jednocześnie zamknął je dla malarstwa. Sam Rothko był tego najlepszym przykładem. Stał się niewolnikiem formatu i stylu, który wymyślił. 

John Hoyland, Untitled, 1990

Hoyland wiedział to od samego początku, dlatego mimo niesamowitej fascynacji minimalizmem Rothko, odrzucił go i poszedł w kierunku malarstwa niefiguratywnego. To zresztą nie pierwszy raz, kiedy John Hoyland odrzucił ustanowiony od wieków porządek i naraził się na niezrozumienie. Kiedy przyszedł na świat na początku lat 30. w ubogiej klasie robotniczej w pięknym, lecz biednym Yorkshire, nikt nie wróżył mu innej przyszłości niż ta, która była mu przypisana z racji pochodzenia. John jednak chciał czegoś innego. Chciał, nie tylko rysować w wolnych chwilach, ale marzył, aby tak wyglądało całe jego życie. Miał więc odwagę i wsparcie ze strony matki, która od samego początku wspierała jego artystyczne marzenia, aby zacząć studiować malarstwo i …dalej się buntować. 

W 1952 roku przyjechał do Londynu, aby studiować na Royal Academy of Arts. Niestety konserwatywne podejście uczelni do malarstwa było dla Hoylanda, niemal od pierwszych dni, nie do zniesienia. Podczas studenckiej wystawy, na której znalazły się również jego prace, ówczesny rektor uczelni sir Charles Wheeler, poczuł się na tyle obrażony obrazami Hoylanda, że kazał je natychmiast zdjąć ze ścian szacownej uczelni. Hoyland niewiele się tym przejął i robił swoje: pochłaniał bez pamięci Matisse’a, van Gogha, Rouaulta, a nade wszystko Soutine’a. 

Pod koniec swojego życia Hoyland stworzy serie intymnych obrazów zwanych „Listy”. Zadedykował je swoim przyjaciołom z przeszłości, czyli między innymi van Goghowi, Soutine’owi i Terry Frostowi. Każdy z tych obrazów odbija w sobie zestaw kolorów, których używał ich adresat. Kiedy je malował, sam zmagał się z problemami zdrowotnymi, coraz silniej wchodził w malarską kontemplację nad upływającym czasem i zmianami, które zachodzą w nim samym i w otaczającym go świecie. Zmianami, na które nie ma wpływu. W 2006 roku w swoim dzienniku zapisał – „Czuję się jak mnich buddyjski rozmyślający o wszystkim i nic nie robiący.”

John Hoyland, Elegy for Terry Frost,2003

Jednym z kluczowych wydarzeń w życiu młodego Hoylanda był udział w szkole letniej w Scarborough, Yorkshire, gdzie pobierał nauki od jednego z najwybitniejszych brytyjskich malarzy – Victora Pasmore – postaci, która pod koniec lat 40. zszokowała brytyjskie społeczeństwo. Przejście Pasmore na „ciemną stronę abstrakcji” było jednym z najdramatyczniejszych wydarzeń w powojennej sztuce brytyjskiej. Pasmore cieszył się bowiem nieprawdopodobną popularnością jako pejzażysta, a jego przejście do malarstwa abstrakcyjnego wywołało, delikatnie mówiąc, konsternację, zarówno wśród jego wielbicieli jak i krytyków sztuki. Przez lata nie sprzedał ani jednej swojej abstrakcji. W 1948 namalował swój ostatni pejzaż The Park, zamykając za sobą, raz na zawsze drzwi do lirycznego malarstwa krajobrazowego i nie zważając na fakt, że powojenny paryski i amerykański abstrakcjonizm nie dotarł jeszcze do Wielkiej Brytanii, zaczął sam go tworzyć, a następnie uczyć innych, w tym młodego Hoylanda. 

Po powrocie do Londynu John Hoyland doznał dwóch emocjonalno – estetycznych wstrząsów, które zaważyły na całej jego późniejszej karierze. Pierwszym było spotkanie z pracami wybitnego Francuza – Nicolasa de Stäela, który poruszał się między abstrakcją, a pejzażem. Drugim, wystawa amerykańskich ekspresjonistów w Tate, którzy w tym czasie zawładnęli umysłami Amerykanów, ale nie podbili jeszcze serc brytyjskiego establishmentu.

Kilka miesięcy po uzyskaniu dyplomu na RA, Hoyland stał się najmłodszym malarzem zaproszonym do wystawienia swoich prac wraz z bardzo wpływową w tamtejszym czasie Situation Group zrzeszającą abstrakcjonistów takich jak: William Turnbull, Gillian Ayres czy Robyn Denny. Relacja Hoylanda z Grupą przetrwała kilka lat, aż do czasu, kiedy jej znaczenie zaczęło być coraz mniejsze, a gwiazda Hoylanda zaczynała świecić coraz mocniej. Jego pierwsza indywidualna wystawa miała miejsce w 1964 w Marlborough Gallery w Londynie. W tym samym czasie, przestaje on też nadawać nazwy swoim obrazom, kierując się tym samym, coraz mocniej w stronę czystej formy. 

Zaraz po tej eskspozycji, jego prace zostały pokazane na wystawie zbiorowej „New Generation: 1964” w prestiżowej Whitechapel Gallery, pośród takich gwiazd jak David Hockney, Bridget Riley oraz Patrick Caulfield. W tym samym roku uzyskał stypendium Petera Stuyvesanta, dzięki któremu udał się do Stanów Zjednoczonych. Tam poznał Helen Frankenthaler, która była zafascynowana lekkością ruchów jego pędzla, Roberta Motherwella, który nie tylko stał się jego mentorem, ale również przyjacielem. Podczas jednej z imprez w Nowym Jorku, spotkał w końcu swojego mistrza – Marka Rothko, który zaprosił go do swojej pracowni, potem wziął na drinka i zwierzył mu się, że popołudniami, nie myśli o niczym innym, jak tylko o nagich kobietach.

John Hoyland z Helen Frankenthaler

Podczas pobytu w Ameryce Hoyland, dzięki Clementowi Greenbergowi spotkał się również, po raz pierwszy z malarstwem kluczowego ekspresjonisty tamtego okresu, Hansem Hofmannem i jego sposobem stosowania akrylu, który to dopiero zyskiwał na popularności. Przez kolejne lata Hoyland będzie wracał jeszcze kilkanaście razy do Nowego Jorku, a jego prace będą w coraz to większym dialogu z Nolandem i Larrym Poonsem. 

W 1967, Hoyland miał swoją pierwszą indywidualną wystawę w Whitechapel Gallery cementującą jego pozycję jako jednego z kluczowych abstrakcjonistów Wielkiej Brytanii. Dwa lata później reprezentował kraj na Biennale São Paulo w Brazylii wraz z rzeźbiarzem i kolegą ze studiów Anthonym Caro. Pod koniec lat 70. Serpentine Gallery zrobiła mu pierwszą retrospektywę. W tamtym okresie, jego prace zaczynały być coraz bardziej europejskie, wolne od wpływów amerykańskiego ekspresjonizmu, a coraz bliższe stylistyce Miró i Mondriana. 

Równolegle do malarstwa, Hoyland eksperymentował z drukami. Pierwsze litografie stworzył pod koniec lat 60, zaraz po wystawie w Whitechapel. Jak zwykle jego podejście do druków było nieortodoksyjne i szokujące Mistrzów grafik tamtego okresu. Nie posługiwał się bowiem szkicami ani projektami tego, co chciał wydrukować, jak robili to wszyscy artyści. On widział obraz oczami wyobraźni tak, jak widzi go matryca. Od końca i wielowarstwowo. Od samego początku jego druki były czyste i intensywne w swoim przekazie. Jego zdolność do przejścia między skalą, a techniką bez utraty głębokości form i gry między kolorami była nieprawdopodobna. W momencie, kiedy poczuł się pewny w tej technice, stał się również bardziej odważny w jej stosowaniu, próbując coraz to bardziej trudnych tematów, uzyskiwanych poprzez zastosowanie różnych tekstur. Ta pewność siebie jest widoczna w mocnych ruchach, które bardziej przypominają ruchy pędzla niż czystego druku. Widać to bardzo dobrze na litografii Root (1992) czy na Wandering Moon (1992). Obie te prace można obecnie podziwiać na wystawie Relentless Rhythm w Eames Fine Art Gallery w Londynie podczas której pokazywane są litografie, monotypie oraz serigrafie wykonane w latach 80-tych i 90-tych.  

John Hoyland, Root, 1992

Zaczynając od lat 80.Hoyland szukał swoich inspiracji na Karaibach. Mówił wtedy, że obudził się w nim syndrom Paula Gauguina, że musi podróżować do miejsc, w których kolory są czyste, a słońce nadaje im, nigdzie nie spotykane półtony. W tym okresie podróżował na Jamajkę i Bali, zabierając ze sobą stary notes oraz Polaroid. Druki, na których kładł akryl czy monotypie z tego okresu, pokazują silne pragnienie Hoylanda by czerpać inspiracje z prostych przedmiotów życia codziennego. Są przy tym, tak intensywne, tak głębokie, że patrzenie na nie jest wręcz niemożliwe bez wejścia na poziom kontemplacji biegnącej, poza tym, co zrozumiałe i oczywiste. 

– Mam nadzieje, że moje obrazy wychodzą poza ramy zwykłej komunikacji, bo to jest właśnie istota malarstwa” – mówił pod koniec swojego życia.

Relentless Rhythm: Prints from the 80s and 90s, Eames Fine Art, Londyn, 13 października – 14 listopada 2021
 
 
7
0
skomentuj
lubię!
przeczytane
830
razy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *