Giacometti – Rodin

Ciąg dalszy wspaniałych wystaw Alberto Giacomettiego, paryskiego geniusza, który odmienił widzenie sztuki w drugiej połowie XX wieku, a także wzbogacił ją nieprawdopodobnie, po latach mizerii geometryczno-kubistycznej awangardy, która czerpała ze studni moskiewskiej rewolty, a potem Abstraction-Création, albo surrealistów, albo Ossipa Zadkine, ojca tamtych rzeźbiarzy.

Jak wiemy Giacometti czerpał od najważniejszego klasyka. Fachu uczył się w pracowni Antoine Bourdellego, co jednak mu nie pasowało, z uwagi na temperament jaki przejawiał, ponadto znajomość Picassa i innych kubistów. A kiedy poznał André Bretona wiedział, w jakim kierunku go ciągnie…

Surrealizm nęcił każdego młodego artystę tamtych czasów. Był atrakcyjny z uwagi na powinowactwa słowa i obrazu. Był prowokacyjny i arogancki. To się podobało. Zmieniał wszystko w codziennym myśleniu o sztuce. Modne było siadać przy stoliku w kawiarni, zamawiać kawę, czytać Sartre’a i gadać o surrealizmie. Nawet Leo Castelii, otwierając swoją pierwszą galerię w Paryżu, zadedykował ją surrealistom, bo naonczas wydawało się, że to jedyny i dostępny akt twórczy.

Giacometti dorastał w takich czasach. Zamętu i politycznej niejasności. Artystycznych prowokacji i blichtru.

Z surrealizmem, w którymś momencie zerwał, bo jego koncepcja sztuki zmierzała jednak do widzenia świata „tak jakby wynurzał się z otchłani po raz pierwszy”. Wiązało się to z jego poszukiwaniami figuratywności i związkami, które można wyrazić w rzeźbie, a mianowicie łącznikami pomiędzy artystą, modelem a samą przestrzenią. To zmusiło artystę w jakiś sposób do powrotów z początku kariery: rysunku i malarstwa. Tu także dominowały figuracje, obsesyjnie monochromatyczne, spłaszczone i z wibracją faktury. Zbliżył się w ten sposób do ekspresjonizmu, ale w gęstwinie zawartej tam symboliki, żaden z twórców tego kierunku nie miał szans z Giacomettim się zrównać.

Pytał: dlaczego jestem rzeźbiarzem? Niby odpowiedź jest prosta: zrobił przecież popiersie swojego brata, kiedy miał 13 lat. To przeznaczenie. Ale czy tylko dlatego?

Alberto Giacomettiego oglądaliśmy wsztuce kilkakrotnie. W Québecu i Paryżu u Maillola. A teraz w wyniku partnerstwa pomiędzy dwiema Fundacjami Giacomettiego i Muzeum Rodina, które znajdują się w Paryżu, powstał projekt „Rodin-Giacometti” pierwszy, ukazujący relacje pomiędzy tymi dwoma artystami. Auguste Rodin, ojciec nowoczesnej rzeźby oraz jego emocjonalny uczeń, który poszedł własną drogą.

Wystawa skupiona na pokazaniu głównych linii tematycznych podkreśla podobieństwa między tymi światami. Energiczny model Rodina pozwala ujrzeć i zrozumieć dzieło gliny pod brązem, a postać Giacomettiego nabiera wyjątkowości jakby trawiła ją powojenna nić wiecznego tułacza.

W obu przypadkach powtórzenie tego samego motywu charakteryzuje podejście modelu i świadczy o nieustannym dążeniu do dokładności. 

Giacometti oferuje nam przelotną wizję poruszających się postaci, które odnoszą się do samotności ludzkiej kondycji. W historii nowoczesnej rzeźby obaj mieli w tym bodaj najważniejsze zasługi. We współczesnej ikonografii pojęcie „myślącego” na zawsze pozostanie obok postaci Rodina.

Obaj, stworzyli uniwersalną sylwetkę „The Man Who Walks”, w 1907 roku (Rodin), a w 1960 roku, metaforę naszych poszukiwań i duchowych aspiracji (Giacometti). 

Mamy zatem ulotną wizję, poruszających się sylwetek, które definiują samotność, typową ludzkiej kondycji. Ludzkiego losu, że użyję metafory z filmów Kobayashiego. Podkreślał to Giacometti w swoich filozoficznych wypowiedziach, spisanych nad Sekwaną przez Japończyka. To Yanaihara Isaku. Ten japoński filozof i tłumacz, przybył niegdyś do Paryża, zafascynowany Sartre’m i Camus’em, aby tłumaczyć tego ostatniego. Poznał Giacomettiego w kawiarni przy Montparnasse. Spotykali się kilkakrotnie, zwykle po południu, gdzieś w październiku 1955 roku. A potem jeszcze w Deux Magots i w pracowni Giacomettiego przy Hippolyte-Maindron. Z tych spotkań powstał rodzaj dziennika filozofa. Yanaihara to człowiek pióra, ciekawy nowego świata, nowych trendów w literaturze i filozofii. Spotykał się także z Jean Genetem. Giacomettiego odwiedzał wielokrotnie przez kolejne lata. Opisał ich wspólne spotkania, rozmowy, zwyczajnie, bez patetycznej celebracji, lekko z humorem. Czasem z detalami, a w niektórych przypadkach z dociekliwością małego dziecka. Wychowany na tradycji Rousseau i Turgieniewa, z całą swoją japońską melancholią stał się dla Giacomettiego cnotliwym spowiednikiem, bratnią duszą, przy której lubił się odkrywać i zwierzać.

Rodin i Giacometti

Spotkanie gigantów, absolutnych geniuszy, przy których świętokradztwem byłoby pisanie o ich rzeźbach. Spotkali się jak Dzień i Noc, tworząc całość. W Martigny, w malutkiej Szwajcarii, gdzie dojrzewał jeden z nich.

Trudno powiedzieć czego możemy oczekiwać o tego spotkania. Od artystów będących poza wszelkimi kategoriami, wszelkimi wyznacznikami stylu. Kształtujących ówczesne niebo i burzącymi wszelkie urojenia, że każdy może być artystą.

Przypadek Antoine Bourdelle z tej wystawy też jest symptomatyczny. Giacometti był jego uczniem, po jakimś czasie wyzwolił się z jego silnych pęt artystycznych i popłynął w kierunku kubizmu. Lecz to właśnie niewolnictwo Rodina sprawiło, że został rzeźbiarzem inteligentnym, potrafiącym zrozumieć, że w poszukiwaniu własnego miejsca, należy obrać inną drogę niż katechizm Bourdellego, bez reszty pozostającego w cieniu wielkiego protagonisty.

Oczywiście w przypadku Despiau czy Rodina mamy do czynienia z ojcostwem, powinowactwami oczywistej natury. W końcu jeden i drugi, uchodzą za najwybitniejszych w swojej epoce, ich kunszt i siła wyrazu sprawiły, że trudno oderwać się od tej tradycji. Przypadek Giacomettiego dowodzi, że odrywanie takie następowało u niego kawałek po kawałku, aby ostatecznie dojść do własnej partytury i ścieżki indywidualnego mistrzostwa.

Giacomettiemu się udało, inni nie mieli tyle talentu i ambicji, aby stworzyć nowe oblicze swojej twórczości i pozostali w spętaniu konformizmu własnej niemocy.

Giacometti-Rodin, 27 czerwca do 24 listopada 2019. Fundacja Pierre GianaddyMartigny, Szwajcaria 

 

 

25
0
skomentuj
lubię!
przeczytane
571
razy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *