Foujita w Tokio

A teraz w pięćdziesiątą rocznicę śmierci Léonarda Foujity w Tokio trwa wielka retrospektywa twórczości tego niezwykłego Japończyka. To druga tak ważna wystawa, po tej niedawnej i największej dla jego dorobku artystycznego, w Paryżu, gdzie żył oraz malował.

Nazywali go Fou, bo po francusku jego japońskie nazwisko czytało się fi. A w tamtym Paryżu fu znaczyło coś więcej… A fi zupełnie nic. Na prawo od stacji Edgar Quinet biegnie w Paryżu ulica Delambre, która ma fascynującą historię, związaną ze światem zbuntowanych artystów, poetów i pisarzy. Tych znanych, bardzo znanych i tych zapomnianych. Przede wszystkim z grupy École de Paris. Przede wszystkim Foujity. Niezwykłego, początkowo tajemniczego Japończyka, który przybył do Francji drogą morską, lądując w Marsylii. W latach 1917–1924 mieszkał przy Delambre pod numerem piątym. Port w Marsylii był wtedy francuskim oknem na świat. Foujita przybył tutaj parowcem z Nagasaki, a potem wsiadł do pociągu, który dowiózł go na Gare de Lyon w Paryżu. Foujita to teraz jeden z najbardziej znanych artystów z Montparnasse, obok Modiglianiego, Mana Raya, Picassa i Légera.
Nazywał się wtedy Tsuguharu Fujita, a po II wojnie światowej, kiedy przyjął chrzest, Léonard Foujita.

Malarstwa uczył się w Tokio. Do Francji dotarł w 1913 roku i zamieszkał początkowo w hotelu Odessa razem z innym japońskim malarzem, który nazywał się Kawashima Ruchiro. Ten ostatni malował jak Paul Cézanne, ale trudno się dziwić, bo działo się to w epoce, kiedy Japończyków fascynował mistrz z Aix-en-Provence, a Francuzów – Hiroshige. Magia Edo działała w obie strony. Fascynacja zachodnią sztuką, różnymi technikami i nowatorską architekturą powodowała, że do krainy cesarza Meiji docierały europejska moda, malarstwo, fotografia, a nawet takie wynalazki, jak technika robienia lodów. Z drugiej strony – francuskich malarzy fascynowały drzeworyty i kaligrafia mistrzów japońskich. Ślady tych fascynacji odnajdujemy z wielką łatwością u van Gogha czy Gauguina, a w odwrotnym kierunku u takiego na przykład Ruchiro. Tak czy owak spotkanie dwóch wielkich kultur na Montparnassie musiało być dla każdej ze stron wielkim przeżyciem.

Chrzest Foujity odbył się w katedrze w Reims w 1955 roku. Imię, które przyjął, było hołdem złożonym Leonardowi da Vinci. Artysta podkreślił w ten sposób wyższość kultury zachodniej, a może rozmiar jej wpływu na niego samego.
Podobnie zrobił w 1615 roku niejaki Tsunenaga Hasekura, który popłynął do Rzymu, gdzie uznał wielkość papieża oraz cywilizacji zachodniej, zaś katolicyzm przyjął za religię własną i stwierdził, że powinna ona obowiązywać w całej Japonii. Hasekura był samurajem i ważną osobistością na dworze Szoguna. Kiedy wrócił do Japonii, został potępiony, a jego rodzinę wymordowano. I tyle mieli Europejczycy z tego poddaństwa Japończyków. Skończyło się tysiącami ukrzyżowań i zamknięciem kraju przed obcymi.
Z Foujitą było inaczej. Hołd, jaki złożył na ołtarzu europejskiej sztuki, uczynił z niego jednego z najważniejszych malarzy Francji.
Bo urodził się jako Japończyk, ale umarł jako Francuz.

Fujita i Foujita.

Pochodził z Shinagawy w dzisiejszej aglomeracji tokijskiej. Był synem ważnego generała. Dzieciństwo miał szczęśliwe, bo ojca przeniesiono do Kumamoto, niewielkiego miasta w samym sercu Kiusiu. A tam już od dawna pijano angielską herbatę, noszono welurowe marynarki i czytano Szekspira. Na Kiusiu łatwiej niż gdziekolwiek indziej w Japonii można było trafić na francuską guwernantkę lub księdza z Normandii.
Mając czternaście lat, mały Fujita zapragnął rysować i malować. Napisał list do ojca, że chce zostać artystą, a ten, w końcu wojskowy, lakonicznie mu odpowiedział: „No cóż, synu, rób, co chcesz“.

Fujita wiedział już wtedy, że chce jechać do Francji.
Po światowej wystawie w Paryżu, która odbyła się w roku 1900, do Japonii dotarł z wielką siłą impresjonizm, pointylizm, a także symbolizm. Wielu artystów w Kraju Kwitnącej Wiśni po prostu zaniemówiło, kiedy zobaczyli sztukę francuską. Jednym z nich był Fujita. Od początku swoich studiów artystycznych w Tokio bardzo konsekwentnie realizował program malarski w oparciu o okcydentalną estetykę, jak to określił jego profesor i mistrz Kotaro Nagaoka. Zaplanował też wyjazd do Francji i pomysł zrealizował. Wykorzystał kontakty ojca w attaché francuskim i uzyskał tak zwane ojcostwo chrzestne, czyli „sponsoring“ w osobie hrabiego Paula de Fleurieu, z którym później, po zainstalowaniu się w Paryżu, utrzymywał zażyłe kontakty i którego odwiedzał kilkakrotnie na zamku w Périgord.

Życie Foujity było bardzo burzliwe. Ożenił się w Paryżu z Fernande Barrey, którą poznał w La Rotonde. Na ślub pożyczył kilka franków od kelnera z tej samej kawiarni. Szybko zaprzyjaźnił się z innymi malarzami ze stajni Leopolda Zborowskiego, polskiego przystojniaka z kozią bródką, który płacił grosze Modiglianiemu. Któregoś dnia zabrał Foujitę i jego małżonkę na Lazurowe Wybrzeże i tak zaczęła się wielka kariera tego malarza w École de Paris. Wcześniej w Japonii miał żonę Tomiko, a po Barrey jeszcze jedną. Prowadził bardzo bujne życie osobiste…
Przyjaciele mówili na niego żartobliwie Fou Fou, co miało oznaczać szaleńca, trefnisia. Był człowiekiem wielkiego talentu i mądrości. Dużo czytał, pisał, znakomicie znał historię, geografię, a także botanikę. Był naprawdę wszechstronnie wykształcony.
Portretował niemal każdego wokół siebie. Jego styl bardzo się podobał, co przełożyło się natychmiast na sukces. Kiedy przyszła pierwsza wystawa, sprzedał wszystko. Przy drugiej tak samo. Ale ciągle był bez grosza. Pieniądze pożyczał na lewo i prawo. A kiedy je zdobył, natychmiast wydawał.
W roku 1929 wyjechał z Francji.

Jego życie, odkąd wyprowadził się z Delambre, usłane było zarówno sukcesami, jak i licznymi niepowodzeniami. Wrócił do cesarskiej Japonii czasów wojennych, potem przebywał w Ameryce, wreszcie znowu we Francji. W Argentynie na jego wernisaż przybyło dziesięć tysięcy osób. Był niezwykle sławny.
W Chinach na froncie został oficjalnym artystą wojennym. Japończycy wysłali nawet jego prace na konkurs olimpijski do Berlina, gdzie zdobył medal. Otrzymał także od Francuzów Legię Honorową.
Był malowniczo uwodzicielski. Jako mężczyzna i jako artysta. Wszyscy się nim zachwycali. Faszyści, demokraci, socjaliści. Szalały za nim kobiety. Marszandzi wyrywali sobie jego prace z rąk. On nie przekuwał tego jednak w sukces, tak jak Salvador Dalí.

Foujita był raczej jak kot z tej znanej piosenki Kuroneko no tango, któremu do szczęścia wystarczały pieszczoty i głaskanie…

Jest coś w jego twórczości magicznego. Koty, kobiety i jeszcze ta kreska jakby wyjęta z obrazów Hiroshige, na dobrą sprawę wcale nie fowistyczna, choć w zasadzie powinna. Można powiedzieć, że jego malarstwo ma w sobie energię, która karmiła samurajów.

Foujita uległ potędze grecko-rzymskiego oświecenia. Stał się obsesyjnie europejski i religijny. Jego wrodzona, japońska powściągliwość była jak średniowieczne biczowanie. Pokutą. Za grzech pierworodny, grzech istnienia poza Bogiem. Być może…

Ochrzcił się. Został Leonardem. To już inna historia, zwieńczona piękną polichromią w kaplicy Notre Dame de la Paix w Reims.
W roku 2015 Kōhei Oguri nakręcił o nim film fabularny. W postać Foujity wcielił się Jō Odagiri.

Foujita, Retrospektywa, w piędziesięciolecie jego śmierci, Tokyo Metropolitan Art Museum, 2018

10
0
skomentuj
lubię!
przeczytane
1.3t
razy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *