Munch i piękna trauma

Dla wielu osób Munch to Krzyk. Ten obraz ma jedno tylko skojarzenie: krzyk rozpaczy, niezrozumienia albo traumy, z którą nie mógł sobie poradzić. Albo radził sobie w sposób niezrozumiały dla otoczenia. Bunt, który w pewnym momencie namalował i wykrzyczał wszystko, co go bolało. Ale Munch to więcej niż człowiek złamany w dzieciństwie, to bowiem artysta, który namalował o wiele więcej.

Wystawa Love and Angst jest próbą pokazania Muncha z innej strony. Ukazania jego dzieł bez niepotrzebnego faworyzowania tych najbardziej rozpoznawalnych. Ułożone chronologicznie, wskazują na ścieżkę, którą ten norweski artysta odbył. Drogę, w czasie której namalował nie tylko Krzyk, a który, nota bene, wisi na tej wystawie pomiędzy innymi pracami. Nie jest on dominantą ekspozycji, nie znajduje się tam w ogóle w centrum uwagi.

Edvard Munch, Separation II,Love and Angst, The British Museum, London, 2019

Niezwykła wrażliwość Edvarda Muncha i jego relacje z kobietami są motywem, który przewija się w wielu jego dziełach. Namalowany w 1896 roku Separation II, to jeden z piękniejszych obrazów, ukazujących relacje międzyludzkie. Widzimy na nim parę, która choć jest razem, to oboje spoglądają w innych kierunkach. Są całkowicie wolni, w posiadaniu własnych opinii i spojrzeń na świat. Między nimi płynie droga, zdaje się, wspólnie przebyta. Która i łączy, i rozdziela ich. To metafora. Niewidzialna nić porozumienia, którą nic nie jest w stanie zmienić. Welon kobiety utkany z jej blond włosów, biegnie prosto do serca mężczyzny i tam się zatrzymuje. Ten prosty zabieg malarski, pokazuje nam, że mimo spojrzeń w oddzielnych kierunkach, mimo tej drogi między nimi, Ona na zawsze pozostanie w Jego sercu. Ich porozumienie jest głębsze niż się przypadkowym widzom wydaje. Przebiega na poziomie niewidzialnego zrozumienia. I nie sposób nie przywołać słów Antoine de Saint-Exupéry’ego: „dobrze widzi się tylko sercem. Najważniejsze jest bowiem niewidoczne dla oczu”.

Meandry melancholii.

W tym samym roku, Munch namaluje również Vampire II, piękny obraz o potędze miłości, która w swoim uścisku obejmuje ból i radość, śmierć i życie. Obraz niezwykły, gdyż rzadko widzimy u Muncha kobietę fizycznie dominującą nad mężczyzną. Przeważnie jej dominacja jest bardziej subtelna, co nie oznacza że mniej bolesna niż ta z serii Vampire. Munch stworzył ten obraz, na dwa lata przed publikacją Draculi Brama Stoker’a, lecz jego wydźwięk jest bardziej seksualny, intymny, odurzający, niż gotycka oniryka sławnej powieści.

Edvard Munch, Love and Angst, The British Museum, London, 2019

Podążając dalej widzimy kolejne interpretacje miłości. I znowu niezwykły obraz, zatytułowany Head by Head, który Munch namalował w 1905 roku, pokazuje ową jedność, której tylko nieliczni w swoich związkach mogą dostąpić. Który ponownie podkreśla jedność w różnorodności. Nie tylko za sprawą użytych barw, ale także kresek: mocnych, wyrazistych, nie dających złudzeń. Tym razem para patrzy prawie w jednym, tym samym kierunku. Mimo fizycznej bliskości, nadal pozostają odrębnymi bytami.

Edvard Munch, Love and Angst, The British Museum, London, 2019

Prace Muncha odurzają, uzależniają od pierwszego łyku. Krzyczą, nie za sprawą mocnych zestawień kolorystycznych, czy figur, ale za pomocą emocji, które w sobie niosą. Emocji tak subtelnych, a tak porażajacych w swoim oddziaływaniu. Samotni ludzie stojący na brzegu, ludzie doświadczający zagubienia w tłumie. Przestraszona twarz mężczyzny opętanego zazdrością, Smutna rudowłosa Madonna, niemal doskonale piękna – tak, ta wystawa jest pełna obrazów, których łatwo się nie zapomina. Obrazów, które towarzyszyć nam będą o wiele dłużej…  

Edvard Munch: Love and Angst, The British Museum, London, 2019

7
0
skomentuj
lubię!
przeczytane
127
razy

Hartung i Soulages w Villefranche

O ich wielkiej przyjaźni napisano bardzo wiele. Hans Hartung i Pierre Soulages. Obaj są wszak weteranami sztuki najnowszej. Ikonami, postaciami, bez których nie można sobie wyobrazić ścian współczesnych muzeów. Lecz dla kolejnych pokoleń, patrzących na obrazy tych wielkich mistrzów są, i przecież będą – wciąż niesamowitym odkryciem.

W Villefranche otwarto właśnie wystawę tych dwóch malarzy. Hans Hartung zmarł w 1989 roku, a Pierre Soulages obchodzi właśnie stulecie swoich urodzin. I to właśnie z tej okazji możemy oglądać tę ekspozycję.

Obaj są fenomenami w sztuce. Obaj, choć każdy na swój sposób, zdefiniowali czerń, jako wielobarwność, a także jako światło.

Michel Ragon, legendarny francuski krytyk sztuki, wspominał: Było to przy okazji Salonu Odrzuconych, kuriozalnej wystawy, zaraz po wyzwoleniu, która funkcjonowała dlatego, że dla wielu artystów, zabrakło miejsca na Salonie Jesiennym. Także, nie było dla nich wstępu do galerii paryskich. Udałem się tam, aby zobaczyć kilku młodych, moich nowych przyjaciół. Byli wśród nich Hartung, Atlan i Schneider. Podszedł do mnie wtedy Hans Hartung i powiedział: popatrz na obrazy tego młodego, które wyglądają jakby je zrobił po raz pierwszy w życiu. Nazywa się Soulages…

A weteran francuskiej sztuki Francis Picabia skomentował wtedy: …to są najlepsze obrazy na tym Salonie!

Picabia podszedł do Soulagesa, który miał wtedy dwadzieścia siedem lat, poklepał go po ramieniu i mruknął: kiedy byłem w twoim wieku, spotkałem Picassa i on powiedział mi to, co ja tobie teraz powtórzę – mając tyle lat i z tym, jak malujesz, następna twoja rola, to mieć dużo wrogów…

Pierre Soulages, peinture, Rodez

Hartung mieszkał w Arcueil, w domu swojej żony Roberty Gonzales, znakomitej malarki i córki sławnego rzeźbiarza z Barcelony – Julio.

Soulages mieszkał przez dwadzieścia lat przy rue Schœlcher w Paryżu. Było to jego drugie studio w stolicy Francji. Wcześniej mieszkał w Courbevoie. Soulages podróżował ponadto, pomiędzy rodzinnym Rodez, a Sète, gdzie zbudował dom nad morzem i gdzie zawsze pracował przez 4 miesiące w roku (trzy latem i jeden zimą).

Hans Hartung, bez tytułu, Villefranche

W Paryżu widywali się z Hartungiem niemal codziennie. Łączyła ich wspólna artystyczna liryka, język, to samo pragnienie opowiadania na obrazach o czym i jak myślą na tematy sztuki i życia. Tak samo widzieli kolor, światło, pędzel i gest. Podobnie czuli jako artyści, ale też dobrze im było we własnym towarzystwie. Lubili razem jadać, pić. Spotykać się, aby zwyczajnie pogawędzić. Tworzyli też duet artystyczny. Jeszcze w 1949 roku mieli wystawę w Galerie Lydia Conti, a po jej zamknięciu w Louis Carré. Razem z Hartungiem i Soulages, wystawiał także Gerard Schneider, szwajcarski artysta, podobnie jak ci dwaj, pionier abstrakcji lirycznej.

Na obrazach Hartunga i Soulagesa, połączył czerń. Raoul Dufy powiedział kiedyś tak przy okazji w Louis Carré: jak patrzę na ich obrazy, to dopiero rozumiem, co to jest malarstwo.

Hans Hartung, Pierre Soulages, Le Muc, Villefranche-de-Rouergue, lipiec/wrzesień 2019

17
1
skomentuj
lubię!
przeczytane
135
razy

Sonja Ferlov Mancoba

A tymczasem w stolicy Francji kolejna, wielka uczta. W Centre Pompidou trwa niezwykła wystawa: Sonja Ferlov Mancoba. To pierwsza we Francji, tak kompletna retrospektywa, tej wybitnej duńskiej artystki (1911-1984).

Ferlov to rzeźbiarka, ale była przecież doskonała także w rysunku, a także grafice. Wielka Muza światowej moderny, absolutnie olśniewająca w swojej twórczości, perfekcyjna i natchniona, obdarzona darem, jak ledwie nieliczni, którzy mogą tego doznać, zapewne od czuwającej nad wszystkimi artystami Opatrzności.

Sonja Ferlov, rzeżba, Centrum Pompidou, 2019

Sześćdziesiąt siedem rysunków i pięćdziesiąt osiem rzeźb. To plon wystawy w Centre Pompidou, które możemy oglądać do września br. Mamy zatem pełny przegląd jej prac, zrazu inspirowanych prymitywną sztuką afrykańską, a także prekolumbijską, co niezwykle umiejętnie wkomponowała, początkowo w surrealistyczną, a później abstrakcyjną formę własnego języka sztuki.

Studiowała w Kopenhadze malarstwo. Była w bliskich kontaktach z innymi artystami duńskimi: Ejler Bille, Vilhem Bjerke-Petersen, Richard Mortensen, czy Hans Øllgaard, a potem zakładała grupę Linien (1934).

Od połowy lat trzydziestych mieszkała już w Paryżu. Miała swoje atelier niedaleko pracowni Alberto Giacomettiego, z którym się zaprzyjaźniła. Podobnie jak i on, uległa fascynacji surrealizmem. Stąd jej przyjaźnie z Arpem czy Maxem Ernstem. Stopniowo jednak zwracała się ku abstrakcji, co zdaje się, miało naturalny przebieg, artystycznego procesu u twórców tamtej epoki, zwłaszcza w Paryżu.

Sonja Ferlov i Ernest Mancoba w swoim domu w Oigny-en-Valois, ok 1957. Fot @Centre Pompidou, 2019

W 1939 poznała południowoafrykańskiego artystę Ernesta Mancobę, z czasem głośnego myśliciela, pisarza, malarza i rzeźbiarza. Urodzony w Johannesburgu, jako syn górnika, uczył się rzeźby u anglikańskiego pastora. Mancoba był pierwszym, czarnoskórym artystą wśród artystów światowej awangardy. Do Francji przybył, aby uczyć się rzeźbiarskiego fachu, lecz kojarzony był już wcześniej, ze słynnej, ukazanej w klasycznym kontrapoście Czarnej Madonny. Pozostawał naonczas pod wpływem Lippy Lipshitza, bardziej znanego jako Israel-Isaac Lipshitz, który był żydowskim emigranetm z Rosji, a ściślej z miasteczka Płungiany na Litwie.

Lipshitz wyjechał z Kapsztadu do Paryża i w latach dwudziestych stanął w jednym szeregu takich artystów jak Chaim Soutine, Jules Pascin czy Amadeo Modigliani. Dzielił pracownię z Ossip Zadkine i Brâncusim. Lippy Lipshitz wrócił przed wojną do Południowej Afryki, co z pewnością uratowało go od Zagłady.

Sonja Ferlov Mancoba w swoim atelier przy rue du Château w Paryżu, 1984, fot@Centre Pompidou 2019

W takim oto środowisku, dojrzewała twórczość Ernesta Mancoby. Z Sonją Ferlov poznali się i pobrali w w 1939 roku. Wojnę spędził w obozie dla brytyjskich jeńców i obywateli innych krajów, zatrzymanych na terenie Francji. Po jej zakończeniu wyjechał z Sonją do Kopenhagi, gdzie brał udział w wystawach grupy COBRA. Zmarł w Paryżu w 2002 roku. Swoją żonę przeżył o dwadzieścia lat. Ich powrót do Paryża wynikał z ostracyzmu, jakiego ta para doznała w Danii. Być może, wpływ na to miał rasizm, ale też pewna oziębłość artystów COBRY (Karel Appel, Asger Jorn, Carl-Henning Pedersen) w stosunku do niej samej i jej surrealistycznej, dawnej grupy Linien, ale zwłaszcza do jej czarnoskórego męża, głoszącego jawne deklaracje sprzeciwu wobec polityki apartheidu.

Sonja Ferlov Mancoba, rzeźba, Centre Pompidou 2019

Osiedlili się w 1952 roku, powtórnie we Francji, w Oigny-en-Valois na północy Paryża.

W 1971 roku Sonja Ferlov otrzymała medal Thorvaldsena, najważniejsze odznaczenie dla artystów, jakie przyznaje Królewska Akademia Sztuk Pięknych w Kopenhadze.

Sonja Ferlov Mancoba, Centre Pompidou, Paryż 26 czerwiec-23 wrzesień 2019

 

18
0
skomentuj
lubię!
przeczytane
150
razy

Czarno na białym, 200 lat rysunku…

„Niech Pani nie wierzy w postęp. Tak jak go sobie wyobrażają, prosta wzwyż. Pokażę Pani tutaj pewne rysunki. O, widzi Pani. To rysował człowiek z epoki kamiennej. Co? Umiał rysować. Na skalnej ścianie glinką. Kilkadziesiąt tysięcy lat temu, co? Ciekawe byłoby wieczorem przy kawce porozmawiać z takim kolegą, co? Oczywiście z zachowaniem pewnych ostrożności, żeby kolegi nie podrażnić. […] Bo to jednak epoka kamienia łupanego”. [fragment rozmowy Xawerego Dunikowskiego z Marią Flukowską].

Wnętrze Muzeum Narodowego w Krakowie, wystawa Czarno na białym. 200 lat rysunku na krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych.
Fot. Piotr Idem/Muzeum Narodowe w Krakowie

Rysunki czarno-białe w Muzeum Narodowym w Krakowie wiszą na ścianie, nie są rysowane glinką, ale węglem, tuszem, ołówkiem… Niektóre – jak mawiał Józef Czapski – wypiłowane. Epoka – to ostatnie 200 lat w krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych. Wybrano ich ponad 170. Nie ilość a jakość stanowi wartość tej wystawy.

Minimalistyczna aranżacja, białe i czarne ściany, na nich oprawione rysunki ze zbiorów MNK i prywatnych. Gdzieniegdzie pojawiają się powiększone, jakby naszkicowane przez żyjącego artysty motywy z dzieł, które wiszą w ramach. Ciekawa aranżacja, która wprowadza spokój, nie rozprasza. Jedynym dominującym miejscem jest zakątek z czarną konstrukcją i wielką białą łapą.

Dla każdego z artystów rysunek to podstawa warsztatu, to kuchnia. Tak kiedyś było. Jak jest dzisiaj? Tego się nie dowiemy, bo pokazano prace tylko nieżyjących. A to wielka szkoda. Choć widzimy doskonałe prace Jana Matejki, Leona Wyczółkowskiego, Teodora Axentowicza, Wojciecha Weissa, Jacka Malczewski, Juliana Fałata, Adolfa Szyszko-Bohusza, Xawerego Dunikowskiego, Adama Marczyńskiego, Mariana Koniecznego, Mieczysława Wejmana, Andrzeja Pawłowskiego, Wacława Taranczewskiego, Jonasza Sterna, Adama Hoffmanna, Zbyluta Grzywacza, Jerzego Nowosielskiego, czy Andrzeja Wajdy i jedynej kobiety w tym szacownym gronie Janiny Kraupe-Świderskiej, to niedosyt zostawia brak rysunków, które tworzyli i tworzą żyjący artyści, którzy kiedyś byli lub są dzisiaj związani z uczelnią. Tego chyba najbardziej brakuje na tej wystawie. 

Lukę tę w jakimś niewielkim stopniu wypełnia salka z animacją, filmem. Jednak to tylko akcent.

Rysynki czarno białe na ścianie w Muzeum Narodowym w Krakowie
fot. MNK

Kroczymy więc wśród  akademickich studiów aktu i martwej natury, szkiców do większych kompozycji malarskich i rzeźbiarskich, rysunków projektowych oraz kilku szkicowników artystów, portretów.

Najwięcej jednak rysunków prezentowanych na ekspozycji to samodzielne dzieła. Narracja wystawy tak właśnie została ułożona.

Notatka Axentowicza: „Stosowanie w klasach modeli kobiecych przez wszystkich jest niewskazane, albowiem różne z tego powodu wynikają niestosowności”. To rok 1893. I najpewniej dlatego widzimy studia przede wszystkim aktu męskiego.

Ciekawostką są cracoviana: Projekt gmachu głównego Muzeum Narodowego narysowany wręcz z fotograficzną dokładnością przez Adolfa Szyszko-Bohusza z 1925 roku (to widok od ul. Krasińskiego) czy rysunek Wawelu.

I trochę abstrakcji nadaje klimat nowoczesności.

Dlaczego jednak tylko jedna kobieta dostąpiła zaszczytu na tej wystawie?

Jak tłumaczy kuratorka wystawy „Czarno na białym. 200 lat rysunku w krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych”, dr Agnieszka Jankowska-Marzec z Akademii Sztuk Pięknych, to efekt sytuacji społecznej, która powodowała, że kobiety na przestrzeni 200 lat stanowiły niewielki odsetek profesorów na krakowskiej uczelni.

No tak, tylko przecież ta wystawa nie pokazuje dorobku profesorów, tylko artystów związanych z Akademią Sztuk Pięknych w Krakowie, a na przestrzeni 200 lat jednak było trochę więcej artystek, których rysunki mogłyby zostać pokazana obok tych męskich. Pamiętamy, że to Wojciech Weiss – pierwszy w niepodległej Polsce rektor ASP – umożliwił kobietom studiowanie na akademii i od tego czasu panie zagościły w krakowskich murach przy placu Matejki.

Rysunek Jerzego Nowosielskiego, fot. Ela Skoczek

Mimo niedosytu spotkania z rysunkiem, który wychodził spod ręki kobiet i osób żyjących, warto wejść w przestrzeń tej wystawy. Wybór prac jest doskonały, co potwierdzały także osoby z Holandii i Francji, z którymi oglądałam wystawę.

Najdłużej zatrzymali się przy pracach Jerzego Nowosielskiego i Jacka Malczewskiego. Dla nich było to odkrycie.

Rysunek co to takiego?

Ja osobiście podejrzewam, że rysunek jest rodzajem pisma – to słowo podkreślam, ponieważ rysunek jest taką praktyką artystyczną, kiedy o jakimś zjawisku, o jakimś przeżyciu nie można tak po prostu „opowiedzieć” – mówił Jerzy Nowosielski. Nie można tego „namalować” . Można to „opisać” , z tym że ten opis nie będzie po prostu pisaniem słów za pomocą znaków „umownych”, liter, ale będzie rodzajem hieroglifu, który nie jest ani malarstwem , ani alfabetem”.

Muzeum Narodowe w Krakowie, Wystawa Czarno na białym. 200 lat rysunku w krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych

Czas trwania: od 26 kwietnia do 29 września 2019 roku.

Kuratorzy wystawy: Agnieszka Jankowska- Marzec, Światosław Lenartowicz

Projektant aranżacji: Magdalena Bujak

9
0
skomentuj
lubię!
przeczytane
237
razy

Manolo Blahnik

Manolo Blahnik  wkroczył do muzeum. Porozrzucał w szklanych jajach swoje fikuśne buciki, poutykał je między parapetami, poustawiał w żołnierskim porządku obok kominków, a także postawił na stole. Wszak sztuka nie zna granic, prawda?

Wystawa, która została otwarta w zeszłym tygodniu przez samego Manola Blahnika, nie jest prostą w odbiorze, ani w przekazie jaki w sobie niesie. Łatwiej ją potraktować jako żart, pominąć szerokim łukiem, podczas oglądania „prawdziwych” arcydzieł, które dumnie, przy okazji, wiszą na ścianach. Można nawet narzekać: jak można, jakieś tam kolorowe buty wnieść w ogóle do muzeum? I to nie do byle jakiego, ale do samego Hertford House, gdzie pod jednym dachem zgromadzono ponad 5000 dzieł sztuki, sygnowanych takimi nazwiskami jak: Rembrandt, Delacroix, czy Fragonard.

Co robisz między nami Karmazynami?”- zdają się powtarzać ściany, owo sławetne pytanie, usłyszane pewnego dnia przez Stefcię Rudecką.

Można jednak, pójść nieco dalej i zobaczyć na tej wystawie coś, co leży pomiędzy rzemiosłem a sztuką; jest poniekąd mostem pomiędzy tymi światami, albo inaczej: miedzy snem, a jawą.

Kolekcja 150 wybranych przez Blahnika butów, ułożona została w taki sposób, aby odzwierciedlać historię, którą przedstawiają wiszące nad nią obrazy. Czasem związek ten jest bardziej metaforyczny, trudny do odgadnięcia na pierwszy rzut oka. W The Small Drawing Room widzimy szare kozaki, udekorowane kwiatami, które swoim kształtem nawiązują do stojącej obok niej XVIII wiecznej wazy. W East Drawing Room, czarno-złote szpilki nawiązują do barowego stolika, którego wygięte czarne nogi i złote ornamenty, zdają się być głównym źródłem inspiracji dla Blahnika.

Idziemy dalej i wkraczając w podwoje najwspanialszego pokoju w tym muzeum, zwanego Great Gallery odkrywamy, że „Śmiejacy się Kawaler” Halsa, zapomniał zostawić swoje brązowe botki w przedpokoju. Bo jakie inne jest wytłumaczenie, że stoją one bezczelnie obok niego? A Kawaler, spoglądając to na nie, to na nas – śmieje się wniebogłosy.

Jest jeszcze jeden obraz i jedna para butów, która wyjątkowo przykuwa uwagę. To nieprzyzwoita „Huśtawka” Fragonarda i spadający z nogi rozbrykanej panny, jej różowy bucik. Wznosi się on z początku wysoko, by potem nagle szybko opaść wprost w ramiona… Blahnika. Kiedy stoimy pod tym wyjątkowym obrazem, to słyszymy nie tylko głosy osób na nim namalowanych, ale również czujemy na swojej skórze wiatr, który dmie od huśtawki, słyszymy chichot tej panny i szelest jej sukienki. Podążamy wzrokiem za jej nogą wzniesioną do góry i patrzymy z przerażeniem, jak jej pantofel z impetem ześlizguje się z jej maleńkiej stopy i szybuje samotnie ku górze. I nagle zastanawiamy się jak to się stało, bucik owy, który jeszcze przed chwilą był na obrazie, teraz leży obok nas. Zamknięty w szklanym jaju, uśmiecha się do nas majestatycznie. Sztuka uszyta z farb i materiału. Pokazująca, że tam, gdzie jest piękno, tam nie ma granic. Albo żarty takie…

 

An enquiring Mind: Manolo Blahnik at the Wallace Collection, London, 10 czerwca – 15 września 2019

 

6
0
skomentuj
lubię!
przeczytane
198
razy

Zbylut – urodziny

Muzeum Narodowe w Krakowie i Stowarzyszenie Przyjaciół Twórczości Zbyluta Grzywacza zaprosili na specjalny pokaz obrazu Zbyluta Grzywacza pt. Chlebak z cyklu Rekolekcje wiśnickie. Obraz można oglądać w przestrzeni wystawy Sytuacja się zmieniła, w Gmachu Głównym MNK od 4 czerwca – dnia  80. urodzin artysty oraz  30. rocznicy pierwszych wolnych wyborów.

Związek obu rocznic z biografią artysty jest znaczący: Zbylut Grzywacz, współzałożyciel i członek grupy Wprost (1966-1986), był w latach 70. jednym z najbardziej radykalnych przedstawicieli sztuki, krytykującej rzeczywistość społeczną i polityczną PRL-u, działaczem społecznym i uczestnikiem opozycji demokratycznej. Został internowany w dniu wprowadzenia stanu wojennego (1981), a następnie, w latach poprzedzających wybory’89 uczestniczył w Ruchu Kultury Niezależnej. Cykl kilkunastu obrazów Rekolekcje wiśnickie, namalowany w 1982 odnosi się do osobistego doświadczenia uwięzienia artysty w Zakładzie Karnym w Nowym Wiśniczu oraz społecznego doświadczenia stanu wojennego.

„Realistyczny i surowy w wyrazie obraz przedstawia tytułowy chlebak oraz kalendarz otwarty na dacie 13 grudnia 1981. Przedstawione na obrazie z pozoru banalne przedmioty należą do artysty. Poprzez swoje symboliczne znaczenia dopowiadają charakter miejsca: nie jest to pracownia malarska, ale przywołana rzuconym na pryczę cieniem krat okiennych cela więzienna. Dominująca w obrazie zieleń (wojskowa) nawiązuje do podjętej próby stłumienia siłą wolnościowych aspiracji polskiego społeczeństwa, których kulminacją był ruch Solidarności. Drugi tytuł dzieła Tu i teraz podkreśla aktualny charakter malarskiej interwencji, która jest jednocześnie refleksją twórcy na temat sztuki ideowo i formalnie realistycznej, <prawdziwej> i gorzkiej, a także udziału artysty w życiu politycznym w zniewolonym kraju”. (J. Boniecka)

Zbylut Grzywacz (1939–2004) – wybitny malarz, rysownik, grafik, rzeźbiarz, fotografik, pisarz i erudyta; autor książek: Memłary i inne teksty przy życiu i sztuce (2009) oraz O rysowaniu. Widzieć, wiedzieć, wyrażać (2018). Studiował w latach 1957-1963 w krakowskiej Akademii Sztuk Pięknych, gdzie od 1972 był pedagogiem, od 1992 profesorem zwyczajnym. Laureat wielu nagród: wraz z kolegami z grupy Wprost – Nagrody Krytyki Artystycznej im. Cypriana Kamila Norwida (1967) oraz Nagrody Muzeum Archidiecezji Warszawskiej (1984), a także indywidualnie – m.in. w 1983 otrzymał Nagrodę Kultury Niezależnej „Solidarność”. Był znawcą i kolekcjonerem minerałów i skamieniałości, twórcą krakowskiej Galerii Osobliwości „Este”, łączącej dzieła sztuki i obiekty Natury.

W swoim dorobku miał ponad czterdzieści indywidualnych wystaw oraz udział w dwustu krajowych i zagranicznych ekspozycjach zbiorowych. Jego dzieła są w kolekcjach wszystkich muzeów w Polsce, począwszy od Muzeum Narodowego w Krakowie, które od lat 70. XX wieku zgromadziło bogatą kolekcję prac artysty, a w 2009 zorganizowało jego pierwszą pośmiertną retrospektywę oraz wydało kompletny katalog obrazów, rzeźb i grafik.

Muzeum Narodowe w Krakowie, od 4 czerwca do 21 lipca 2019 roku.

7
0
skomentuj
lubię!
przeczytane
120
razy

JIKIHITSU, Sygnatura artysty

W Warszawie, z początkiem czerwca, trwała konferencja „JIKIHITSU, Sygnatura Artysty“. Z założenia chodziło o obecność tradycji japońskiej we współczesnej sztuce polskiej, lecz format konferencji przerodził się w wydarzenie obejmujące wiele relacji na poziomie światowym. W SARP przy Foksal 2, odbyły się nie tylko odczyty z doświadczeń artystycznych, w tym referaty, ale też doszło do spotkania o wymiarze estetycznym i emocjonalnym.

Jikihitsu, Foksal 2 Warszawa, fot@Daniel Rumiancew

Trzeba od razu powiedzieć, że uczestnicy tego wielo-formatowego spektaklu, przedstawili najwyższy kunszt intelektualny, wielką wiedzę i doświadczenie. Wśród nich to naukowcy, wykładowcy, badacze i artyści. Relacje Japonia-Polska –Świat ukazały potężne zasoby intelektualne, drzemiące w uczestnikach, doskonały warsztat twórczy i ogromne doświadczenie w obszarze japonizmu, filozofii, a także wizji tych artystycznych relacji.

Jikihitsu, Foksal 2 Warszawa, fot@Daniel Rumiancew
Jikihitsu, Sygnatura Artysty fot.@Daniel Rumiancew, po prawej prof. M Hayashi, po lewej prof. Shigemi Inaga

Świetna robota została wykona przez organizatorów. Trudno w tak krótkiej notatce wymienić wszystkich obecnych, bo konferencja trwała 3 dni, a towarzyszyły jej także wydarzenia o charakterze wystawowym. Co zrobić: wymienię choć kilka osób. A zatem profesor Jerzy Malinowski, profesorowie z Japonii Akiko Kasuya i Michio Hayashi i Michael Schneider. Hayashi mówił o koncepcji zdobnictwa, a Schneider o drukach artystycznych. Fenomenalne prezentacje. Potem był Paweł Pachciarek, znany już światu jako twórca Celebration. Profesor Yuko Nakama, który mówił o cyfropwej estetyce. Kapitalnie też opowiadał Radosław Predygier, znany francuskim bywalcom sztuki z Rivoli 59, a teraz mieszkający w Okayama, gdzie mieści się kolekcja awangardy słynnej grupy GUTAI.

Konrad Juściński, Dwie drogi, jeden kierunek fot. @T Rudomino

Świetny projekt wizualny, będący szerszym, z pewnej perspektywy dialogiem z Mono-Ha, przedstawił także profesor Konrad Juściński, a obok niego, doskonale wpasowany w to wszystko Nonki Nishimura. Warto dodać, że były i historyczne refleksje, na przykład o obecności Magdaleny Abakanowicz w Japonii, o czym mówiła Milada Ślizińska oraz prezentacja na temat Koji Kamoji w wykonaniu Anny Dzierżyc-Horniak z KUL. Profesor Yasuyuki Saegusa mówił o projektach rezydencji z Kumamoto. Wystąpiła Gabriela Morawetz. Nie zabrakło omówienia twórczości Aliski Lahusen, ani recepty na japońskość, czyli prezentacji skarbów Mangghi.

Józef Wilkoń, fot. @T Rudomino

Słowo uznania należy się Magdzie Durda-Dmitruk, która to wszystko spięła i podniosła na wyżyny doskonałej imprezy. Z tych naukowych i artystycznych spotkań, powstanie zapewne tom relacji, referatów i renezcji, na który wszyscy czekamy z niecierpliwością.

Jikihitsu, Sygnatura Artysty, 10/12 czerwca, SARP, Warszawa

9
0
skomentuj
lubię!
przeczytane
112
razy

Młoda sztuka z Krakowa, Warszawy i Gdańska…

W surowym wnętrzu pokrytym betonem, na parterze biurowca Principio w Krakowie, właścicielki niestacjonarnej Galerii Moderna umieściły na dwa tygodnie obrazy, instalacje, rzeźby i opatrzyły projekt tytułem: “Sztuka Wisłą płynie”. Wybrały zgłoszone do akcji, prace studentów Akademii Sztuk Pięknych z Krakowa, Warszawy i Gdańska.

„Na konkursach dominują instalacje, video, performance. Czyżby wydziały malarstwa i grafiki mogły już „pakować manatki”, aby ustąpić Nowym Mediom oraz szkołom filmowym?” – zastanawiają się właścicielki galerii: Kamila Jasińska – historyk sztuki, grafik oraz Diana Stelowska – doktor nauk o polityce, ze specjalnością wykorzystania sztuki w dyplomacji, historyk sztuki. I od razu na tak postawiony problem odpowiadają: Nie! Nowa sztuka to nie tylko forma, ale też treść i sposób wyrazu i to właśnie chcą pokazać na tej wystawie.

Mnie najbardziej podobały się prace Noemi Staniszewskiej i Jerzego Baranowskiego.

Główną rolę w pracy Noemi gra światło spływające na obraz, które imituje światła jadącego samochodu. Barwy zmieniają się i pozostawiają w odbiorcy złudzenie, że znajduje się w środku dzieła.

Noemi Staniszewska

Jerzego Baranowskiego fascynuje struktura. Czarne, oleiste, nałożone z zamysłem farby tworzą architekturę jego obrazów. Tu także ważne jest światło. Jeden z prezentowanych obrazów (bez tytułu) nasuwa mi skojarzenie z kręcąca się płytą winylową i wciąga mnie w jej środek. Złudzenie?

Jerzy Baranowski

Akcja młodych właścicielek ma na celu zwrócenie uwagi na fakt, że sztuka polska tworzona przez ludzi, którzy są na początku trudnej drogi artystycznej, powinna w końcu zagościć we wnętrzach, które otaczają nas na co dzień. Dlatego zapewne nie zdecydowały się na posiadanie stacjonarnego miejsca na prezentowanie artystów, których cenią. Działają w przestrzeni wirtualnej, ale także poprzez takie mobilne akcje, wystawy w różnych wnętrzach, które na co dzień mijamy, w których przebywamy, chcą zwrócić uwagę na to, byśmy otaczali się przedmiotami (obrazami, rzeźbami), które nie tylko pobudzają zmysły i myśli, ale także które bardzo dobrze prezentują się, choćby w salonie.

Przeglądając w mediach społecznościowych profile artystów, którzy wzięli udział w projekcie “Sztuka Wisłą płynie” dostrzegam właśnie taki kierunek. I chyba dobrze, że pokazanie dzieła w kolorze zielonym we wnętrzu, które to dzieło uzupełnia, a może nawet w nim dominuje, jest kierunkiem właściwym. W końcu nie każdy musi mieć w domu … obraz z IKEI i meblościankę.

Artyści uczestniczący w pokazie: [ a chyba warto śledzić ich kolejne kroki]

Weronika Adamska,  Jerzy Baranowski,  Łukasz Biliński,   Paulina Bracławiec,  Aleksander Czekaj,  Przemysław Garczyński,  Paulina Giersz,  Magdalena Chmielek,  Zuzanna Jankowska,  Sywlia Jóźwiak,  Dorian Karolak,  Aneta Kublik,  Anna Malikowska,   Zuzanna Mazur,  Dariusz Milczarek,  Emilia Nesteruk,  Diana Nowosad,  Ewa Pietrzak,  Kaja Pilch,  Sergiusz Powałka,  Javier Presencio,  Krzysztof Renes,  Marcin Smosna,  Dorota Stefaniak-Rudzińska,  Noemi Staniszewska,   Magdalena Szilke,  Paulina Walas

5
0
skomentuj
lubię!
przeczytane
182
razy

Leanna Moran

Czy można cały świat zamknąć w jednej przestrzeni? Czy można jedną przestrzeń uczynić całym światem? Czy dwa światy mogą współistnieć w tym samym czasie, czy też zawsze jeden wybiega na przód, pozostawiając drugiego w tyle? Czy rzeczywistość emocji jest bardziej rzeczywista od innych?

Te pytania toczą się zapewne od wieków, przybierając postać zarówno poważnych debat, jak i słownych igraszek w zadymionych barach, czy też samotnych monologów, odbijających się o puste cztery ściany. Czasem jednak to wszystko nie wystarcza. Słownik wyrazów wydaję się być zbyt ubogi. Wtedy obrazy i barwy stają się pomostem między naszym wewnętrznym światem, a światem nas otaczającym.

Leanna Moran to Brytyjka, której prace są jedną z prób, nie tyle znalezienia odpowiedzi na powyższe pytania, ale raczej na zobrazowanie tego wszystkiego, co za sobą niosą. Emocji tak uniwersalnych i tak często doświadczanych przez każdego z nas. Bez względu na pochodzenie, wiarę, czy poziom wykształcenia. Emocji, z którymi każdy z nas może się w pewien sposób utożsamić.

Najnowsza wystawa Anime, którą od niedawna można zobaczyć w Saatchi Gallery obejmuje prace trzech współczesnych artystów, wśród nich znajdują się obrazy wspomnianej Leanne Moran. I to właśnie one przykuwają największą uwagę. Mimo, że ich ekspozycja nie jest centralna, mimo, że przytulone do bocznej ściany zdają się grać rolę raczej drugoplanową, to właśnie one niosą ze sobą najmocniejszy przekaz emocjonalny. Są krzykiem współczesnego społeczeństwa, które jedną nogą przemierza ulice wielkich miast, drugą natomiast drepcze wkoło wirtualnych miejsc, które donikąd ich nie prowadzą.

Tematem przewodnim grafik jest sypialnia. Jedno z najbardziej intymnych miejsc w każdym domu. Miejsce, które dla jednych jest oazą, ucieczką od świata zewnętrznego; dla innych zaś miejscem walki i rozpaczy. Przestrzenią, która staje się areną bójek, między tym kim jesteśmy, a tym kim boimy się stać.

Wszystkie prezentowane na wystawie grafiki tworzą jedną opowieść. Mają jednego bohatera – kobietę. Rozgrywają się w jednym miejscu – sypialni, i posiadają jednego narratora – łóżko. Leanne Moran do wyrażenia rzeczy prawie niewyrażalnych używa prostych kresek i tylko czterech kolorów: niebieskiego, czerwonego, żółtego i białego. Za ich pomocą kreśli historie ludzkich dramatów i zmagań z takimi uczuciami jak samotność, lęk, zagubienie, smutek… Pokazuje dwa światy jednocześnie. Widzimy kobietę odpoczywającą na łóżku, ale odgrodzoną od świata nie(widzialną)klatką. Spoglądamy na nią, kiedy leży zakryta kołdrą, ale obok jej łóżka pełza ogromny wąż. Na kolejnej grafice widzimy ją śpiącą, ale z sufitu zwisają Van Gogh’owe słoneczniki. Głowami w dół. Na przekór grawitacji życia. Widzimy ją również walczącą. Z poduszkami, lustrami. Wirującą w pokoju niczym astronauta. Klęcząca przed monstrualnymi jajami – symbolami nowego życia, z których nic się nie wykluwa.

Leanna Moran wyciąga rękę do każdego z nas. Pokazuję, że nawet jeśli zatrzaśniemy świat zewnętrzny za drzwiami, to jego wenętrzne oddziaływanie przeniknie ściany naszej duszy i znajdzie drogę do naszego wewnętrznego JA. Człowiek jest naturą społeczną, jest bytem skierowanym bardziej na zewnątrz niż wewnątrz. Jest istotą dialogu. Jest naturą dążącą do poznania. Pomimo niedoskonałości i bólu. Pomimo niezrozumienia. Patrząc na te prace nie sposób również nie pamiętać o sypialni Vincenta Van Gogha, czy o zjawisku Hikikmori, które w Japonii sprawiło, iż ponad milion młodych ludzi zamknęło się w swoich pokojach, odmawiając kontaktu ze światem zewnętrznym. Które światem zewnętrznym uczyniło swoją własną sypialnię. Wielki świat zamknięty w czterech ścianach.

ANIMA: PRINTS & ORIGINALS GALLERY, 23 Maj – 11 czerwca 2019

 

3
0
skomentuj
lubię!
przeczytane
146
razy

Dubuffet w Marsylii…

W MUCEM wielka retrospektywa Jean Dubuffeta. 290 obrazów i obiektów pochodzących z największych kolekcji francuskich i europejskich. Marsylia stała się zatem tego lata stolicą króla Art Brut. To Dubuffet wymyślił i wykreował ten ruch artystyczny, poniekąd ideę, ducha, albowiem nie był nigdy tworem świadomym.

Art Brut to zjawisko szerokie, obejmujące malarstwo, rysunek, rzeźbę. Mamy tu dwa światy. Jeden to sam Dubuffet jego poszukiwania, tropy sztuki prymitywnej, etnicznej i folkloru, a także chorych psychicznie. I to drugie, czyli fantazje osób, które w tworzeniu odnalazły swoje ukojenie. Występują dwie lekcje. Tę, której doznał od tych ostatnich Dubuffet i ta, którą on dał światu. Dubuffet był jak lokomotywa sztuki minionego pięćdziesięciolecia. Inspirował Amerykanów, Japończyków, wszystkich. Jego sztuka zakręciła kołowrotkiem historii. Stała się tak powszechna, że nazwę Art Brut utożsamiamy z nim, choć był tylko jej kolekcjonerem.

Jean Dubuffet, Lew w dżungli, fragment

Wystawa w Marsylii to pokaz arcydzieł. Miasto europejskiej kultury i wielkiego dziedzictwa śródziemnomorskiego doczekało się niezwykłej obecności. Jesienią wystawa pojedzie do Walencji a potem do Genewy.

Jean Dubuffet, MUCEM, Marseille, maj-wrzesień 2019

11
0
skomentuj
lubię!
przeczytane
162
razy