Listy miłosne Foujity

Był najbardziej wesołym artystą wszechczasów. Jeszcze za życia krążyły o nim legendy. Uchodził bowiem za doskonałego kochanka, dowcipnego i szarmanckiego. Uwodził niemal każdego dnia. Szalały za nim kobiety, a on za nimi. Pisał do większości z nich tak: nie mogę bez ciebie żyć. Chyba się rozchoruję. Uwielbiam Cię, proszę wyjdź za mnie.

Tsuguharu Foujita, Delambre, Paris

Nie używał sztalug, gotował ryż i sam sobie szył koszule. Malował niemal zawsze na czarnym tle. Mieszkał przy ulicy Delambre w Paryżu, pod numerem 5, gdzie kiedyś się znajdowały stajnie. Wszyscy przychodzili do niego, aby zapalić, albowiem w Le Dôme było to już wtedy zakazane, zaś atelier malarza znajdowało się przecież, dwie minuty piechotą od legendarnego bistrot.

Nazywam się Tsuguharu Foujita, jestem synem generała Fujity z Kummamoto, powiedział do Kiki, pewnego dnia, kiedy przyszła do niego bez majtek, a może i nawet sukienki.

Tsuguharu Foujita, autoportret

Pierwszy jej portret, który Japończyk namalował, sprzedała ona sama. Właśnie w Le Dôme. Kilka chwil po wyjściu z pracowni artysty. Kupił go przypadkowy klient w restauracji. Obraz trafił później do Południowej Ameryki.

Drugi obraz z nagą Kiki, sprzedał za kwotę, jakiej nie widział żaden artysta z zaprzyjaźnionej bandy w La Rotonde. Ktoś wprawdzie napisał, że Kiki wygląda na tym płótnie jak nieumyta paleta, ale sława Foujity bardzo szybko obiegła cały Paryż.

Tsuguharu Foujita, autoportet w kotem

Listy miłosne pisał przez wiele lat. Zaczarowany dziewczynami w La Rotonde, pisał do nich i o nich. Jego sława nabierała rumieńców, podobnie jak koty, które pojawiały się na obrazach nieprzypadkowo.

… Jestem kotem i widzę świat, który kryje się za drzwiami twojej niewiedzy. Jestem kotem, bo nie mogę nim nie być. A nawet gdybym mógł, kim wtedy ty byś był? Jestem kotem, bo ty nie możesz nim być. Przynależysz do świata, który wierzy, że słońce zwiastuje radość, a deszcz smutek. Jestem kotem. Jestem ciszą. Jestem tym wszystkim, kim ty nie jesteś. A jednak ja słyszę ciebie, a ty słyszysz mnie. Czy to znaczy że…?

– kocie, z kim tak rozmawiasz?

– z nikim

– to wracaj do domu. Zaraz zacznie padać…

Foujita uwielbiał koty, mieszkał z nim przez całe lata, zarówno we Francji jak i w Japonii, gdzie przecież podróżował dość często. Był uzależniony od Japonii, od swoich malarskich korzeni. Wniósł do sztuki francuskiej powab i delikatność kreski. Używał bardzo cienkich pędzli, jakby kaligrafią niemal, chciał przekazać słowo, myśl, a także dotyk. Zamawiał pędzle z sierści zająca, tak jak właśnie powinno wyglądać to narzędzie. Bo kaligrafia tym właśnie się karmi. Dotykiem pędzla z sierści zająca.  A jednak z Japonii wyjechał. Pisał, że dusi się w tym kraju, zanurzonym po uszy, w sztywnych ramach klasyki malowania Zen. Surowości MU i otaczającej zewsząd nicości.

Foujita i Madeleine, Tokyo 1934

W listopadzie 1933 roku pojechał do Japonii wraz ze swoją żoną Madeleine Lequeux. Miał wtedy 27 lat i przydomek najbardziej zwariowanego artysty na Montparnasse. Rozstał się z Yuki, którą nazywał różowym śniegiem. Pozostawił jej tatuaż na prawym udzie i futro. Nowej żonie także podarował futro. A także pierścionek z rubinem. Była jego czwartą żoną, tańczyła w Casino de Paris, a wszyscy nazywali ją Panterą z uwagi na gibkość ciała podczas występów. Foujita obiecał jej karierę w Tokyo. Była w zasadzie z pochodzenia Rosjanką. Sama mówiła o sobie Mady Dormans. Jeszcze w trakcie ich wzajemnego związku Foujita zaczął romans z Kimiyo Horiuchi, który nieco później, przemienił się w namiętność jego życia.

a Foujita Diary

Para wyruszyła w podróż dookoła świata. Najpierw do Brazylii, gdzie Foujita miał wystawę, potem przez Argentynę i Peru, dotarli do Meksyku. Tam gościli u Diego Rivery i Fridy. Diego, był kompanem u progu kariery Japończyka. Spotykali się przy Delambre lub w hotelu Odessa, gdzie Rivera mieszkał w jednym pokoju z Ilją Erenburgiem. Palili śmierdzące papierosy i knuli o światowej rewolucji, która wszak nadeszła, bo przecież w pokoju obok mieszkał niejaki Trocki.

Jest taki obraz, jak to Rivera siedzi na krześle, Erenburg wyciągnięty na kanapie pali fajkę, a Juan Gris, coś tłumaczy pozostałym. Wprawdzie na tym obrazie, Rivera i Erenburg pykają fajki, ale obaj byli namiętnymi palaczami papierosów. Działo się to w atelier Rivery przy rue du Départ. Jakiś czas później, ale już po wielkiej wojnie, zainstaluje się tam Piet Mondrian, którego styl zainspiruje cały świat sztuki, a także producentów chusteczek do okularów.

Rivera spotkał po raz pierwszy Foujitę, właśnie przy przy hotelu Odessa. Chwilę pogadali, a następni poszli na wino, na samym rogu ulicy Delambre. Dziś mieści się tam apteka. W barze rozmawiali o niesprawiedliwości na świecie i potrzebie wymordowania wszystkich kapitalistów. Foujita, jak na Japończyka przystało, grzecznie słuchał zbuntowanego i groźnego Riverę, a ponieważ nie wszystko dobrze rozumiał, poprosił go gin. Foujita uwielbiał gin.

Diego Rivera, Foujita i Kawashima, Paris

Przed swoim wyjazdem do Meksyku, Diego Rivera namalował obraz, który przedstawia dwóch japońskich artystów, z którymi popijał gin w bistrot przy Delambre. Jeden z nich to Tsuguharu Foujita, a drugi Ruchiro Kawashima, który wrócił później do Japonii i został profesorem malarstwa, ucząc Japończyków o Cézanne.

A teraz Foujita wraz z Madeleine odwiedzają Riverę w Mexico City. Dołączył do nich Tamiji Kitagawa, także malarz, pochodzący z Shizuoki, który pracował w mieście Taxco, znanym z kopalń srebra i oszałamiającej katedry.

Z Meksyku para dociera do Japonii. Zamieszkują u siostry Foujity w Tokyo. Miała na imię Yasu. Foujita wynajmuje atelier, który urządza w stylu meksykańskim. Oświadcza żonie, że chce pozostać w Japonii. Ona będzie śpiewać w radio francuskie piosenki, a on malować.

I będą szczęśliwi do końca życia.

W związku z tym organizuje wystawę w Ginza. Najważniejszym obrazem jest portret Madeleine z Meksyku. Wystawa miała miejsce w galerii Nichidō i ku wielkiemu zaskoczeniu malarza, wszystkie obrazy zostały sprzedane. Foujita przystąpił nawet do grupy Nikakai, artystów związanych niegdyś z Francją, jak choćby Kuroda Seiki. Grupa malarzy tego kręgu, będąca z pewnością pod wpływem symbolizmu i spadku po Cézanne była w opozycji do Mavo, innego związku radykalnych artystów, powołujących się na doświadczenia kubizmu, a przede wszystkim teorii Kandinskiego. Byli na warunki japońskiej sceny kulturalnej tamtego okresu, prawdziwymi rewolucjonistami. Lecz Foujita nie mógł się odnaleźć w żadnej roli, dlatego wsiadł na statek i popłynął do Mandżuko.

Z jakiegoś, nieznanego powodu, albowiem sam Foujita o tym milczał, Madeleine wyjechała do Francji. W tym czasie Tsuguharu namalował mural w magazynie Sôgo w Osace, a także na ścianie francuskiej cukierni Colombin, do której chadzali na kawę i ciasteczka ministrowie rządu i admirał Yamamoto.

Pięć miesięcy po swoim wyjeździe z Japonii, Madeleine powraca. Niespodziewanie umiera. Według japońskiej prasy z powodu zakrzepicy. Miała 29 lat.

a Foujita Diary

Foujita narysował dziennik ich wspólnej podróży do Japonii. Rodzaj listów miłosnych. Przez jakiś czas w tej wyprawie towarzyszył im Eduardo de Artega. Poznali się w La Rotonde podczas nocnej pijatyki kilka lat wcześniej. Potem Artega został ambasadorem Urugwaju w Tokyo. Kiedy Foujita dotarł do Japonii, natychmiast wybrali się na Fuji. Wdrapali się na sam jej szczyt. Potem popłynęli ma Miyajimę. Cala trójka dotarła o wschodzie słońca przed najsłynniejsze w cesarstwie Tori zanurzone w wodzie.

a Foujita Diary

A Hiroshima, którą także zwiedzali, była przecież innym miastem.

Dotarli tam nocnym pociągiem, co Foujita także zilustrował w swoim dzienniku. Pojechali do Kyoto by stanąć u stóp Kiyomizu-dera. Zachował się film z Miyajimy, na którym Madeleine pozuje na plaży. Film nakręcił Eduardo. Tymczasem Foujita kupił  yukatę dla swojej żony od właściciela ryokanu, który powstał jeszcze w czasach ostatniego shoguna.

32
1
skomentuj
lubię!
przeczytane
2.2t
razy

Ballada o czerni

Czarny jest królową wszystkich kolorów, powiedział Auguste Renoir. Każdy wie, kim był Renoir. Jego słowa znaczą wiele, a może nawet najwięcej. Lecz nie można powiedzieć, że czerń jest królem, bo to nie ta figura językowa, albo stylistyczna, a królowa to przecież dama, bo kolor jest wszak rodzaju żeńskiego, choć czerń w zasadzie męska. Taki paradoks, przynajmniej w języku francuskim. I niesie od razu za sobą melancholię, elegancję, mrok, albo i chorobliwość. Niesie natchnienie i uzależnienie. Czerń potrafi odrzucić i zauroczyć. Pozwala dać z siebie wszystko. Jak Francja, jak jej sztuka.

Henri Matisse powiedział pewnego razu, że czerń jest kolorem, który w sobie zawiera wszystkie inne, jest jakby sumą wszystkich zdarzeń w malowaniu. Czymś niedotykalnym, niewidocznym okruchem.

W japońskiej poezji znajdujemy, pewien szczególny wiersz, uznany za absolutne arcydzieło, bo dający opis tego, co niewidoczne. Chodzi o górę Fuji, a jej niewidzialność opisał sławny Bashō. Góra została spowita mgłą, utonęła w odchodzącym świetle, zakrył ją mrok, lecz Bashō dostrzegł właśnie wtedy, jej kojące i zmysłowe piękno. Opisał ją tak, jak tylko światło można opisać, choć pozornie już go nie było.

Opisać światło…

Pierre Soulages, Noir, Rodez

Pierre Soulages malował czerń choć mawiał, że maluje wyłącznie światło.

Obrazy Soulagesa powinno się oglądać w mroku. Wtedy czerń na obrazach wabi wszystkimi kolorami, pulsuje, wydobywa światło.

Pierre Soulages, a było to pod koniec lat siedemdziesiątych, miał powiedzieć w ślad za Van Goghiem: co to za cudowne piękno – czerń, podczas gdy mistrz z Auvers-sur-Oise krzyknął naonczas: żółty – ahh, co za piękny kolor.

Kolory…

Czarny. Niełatwo z czerni wydobyć inne kolory, a także światło. Potrafią tak malować tylko najwięksi mistrzowie.

Czerń od dawna towarzyszyła ludziom, jak ta najtwardsza skała, rodzaj powszechnego przesłania, głęboko zakorzenionego w relacji: świat – człowiek.

Z drugiej strony, akurat w naszej kulturze czerń towarzyszyła od początku śmierci, absencji, bólowi, stracie.

Jest wreszcie nieświadomość i mrok, podziemie, piekło, tajemnica.

Mrok nocy i jej bezkres. Jak u Céline.

W grudniu 1946, w paryskiej Galerie Maeght otwarto wystawę – „Czerń jest kolorem”, która miała być solenną zaprawą intelektualną wobec świata. Pokazali się tam Pierre Bonnard, Henri Matisse i Georges Braque. Mistrzowska gra, wirtuozerski koncert. Jak walka Jakuba z Aniołem, panowanie nad wszystkim, nad formą i kolorem. A zatem również panowanie nad czernią, która od czasów Isaaka Newtona, nie tworzyła palety kolorów.

Duet bieli i czerni określił Leonardo da Vinci jako „tylko pigment”. To zdecydowało o losie czerni jako barwie zastępczej. Taki pogląd trwał kilka stuleci.

Czerń, czyli ciemność, mrok, część nocy. Ale przecież to nie tylko śmierć. To nie tylko żałoba, to także atrybut arystokratyczny, autorytet i elegancja. To maestria powściągliwości i dostojności. To urok, atrybut wielkiej szkoły malowania i formy. Można rzec, że czystej formy. A może przede wszystkim.

Kazimierz Malewicz, Czarny krzyż na białym tle, 1915

Gdyby czerń nie budowała formy, nigdy nie powstałby krzyż Kazimierza Malewicza, ujmujące swą prostotą, najważniejsze dzieło suprematyzmu. Przy okazji narodziny figury-manifestu, czystej desakralizacji symbolu jakim jest krzyż, jego ikonografia. Malewicz, niemal w rok po namalowaniu czarnego krzyża, rzekł: „A teraz co?” Był rok 1916.

Z pigmentowej czerni wyłonił się także Jakson Pollock, król akrylu z tuby, czy raczej puszki Duco, która oprócz walorów antykorozyjnych znalazła nowe wcielenie na pędzlu tego wybitnego Amerykanina, bo pzecież odmienił losy sztuki współczesnej.

Czym jest czerń z definicji? U Michela Pastoureau najpierw była Ciemność przed Stworzeniem. Potem czerń symbolizowała wszelakie zło, diabła, siedlisko piekła. Lecz Pastoureau także dowodzi, że paleta czerni biegnie od ohydy po melancholię, wreszcie od pokory po elegancję. I tak jak czerń stała się kodem, etykietą w modzie, tak szarość, jako jej cząstka, stała się symbolem poetów.

W malarstwie czerń była albo kolorem podstawowym, albo zabawą, jak u Paula Gauguina, który nadał jej nowe brzmienie. Ale to właśnie Pierre Soulages stworzył coś nowego, zdefiniował czerń odrębnie. Wymyślił l’Outrenoir a zatem wyszedł poza czerń, choć w niej pozostał.

Czerń jest stanem pierwotnym. Mrokiem przed Stworzeniem. Pojawia się w niej światło. Jest niepokojące, zrazu delikatne. Zatem, patrząc po malarsku jest czerń i biel. Jedno to stan umysłu, a drugie to akt postrzegania. 

Pierre Soulages, Bez tytułu, Rodez

Czerń dla jest wydarzeniem egzystencjalnym. Tak samo jak w poezji Haiku. Malarstwo najczęściej jest także utworem poetyckim. Haiku zamyka się w 17 sylabach. Ile sylab potrzebujemy, aby opisać obrazy? W przypadku tej poezji mamy do czynienia zawsze z tym samym: naturą i zdarzeniami naturalnymi, a my, czyli widzowie znajdujemy się w centrum rzeczywistości empirycznej. Jesteśmy w środku natury. Dlatego nie możemy jej opisać w inny sposób. Tak jak rzekę Kiyotaki, niedaleko Arashiyama. Pamiętamy ten wiersz poety Bashō:

Nurt Kiyotaki/Na fale padły świeże/Igły sosnowe

Na przykład rzeka i jej nurt. Symbol przemijania. Droga.

Pierre Soulages pracował w Sète głównie w lecie. Czasem wpadał i zimą, ale nie dłużej niż na jeden miesiąc. Resztę miesięcy spędzał w Paryżu.

Czerń – pożądanie. Pragnienie. Tak zdefiniował jego obrazy powstałe w Sète jego biograf Michel Ragon. Odwiedził króla francuskiego malarstwa kilka lat po tym jak Pierre Soulages i jego żona Colette wprowadzili się do domu na skarpie, z cudnym widokiem na Morze Śródziemne. Zwrócił uwagę na zapachy tymianku i lawendy, które go obezwładniały, a także na linię horyzontu, która wydała mu się dzielić dwie przestrzenie barw: białą i czerń.

Le cap d’Agde…

Tak jak w jego obrazach.

Soulages powiadał, że ten dom, to jak balkon na morzu. Może stamtąd zobaczyć najciemniejszą jasność. Outrenoir – fenomen optyczny. Ale tylko on go dostrzegał. I tylko on potrafił namalować czerń.

Dlatego jest królem.

Pierre Soulages dziś ma 101 lat, a jego żona Colette 100.

Był świadkiem zdarzeń, które znamy tylko z literatury. Kiedy przybył do Paryża w wieku 27 lat, był to czas wielkiego osadnictwa awangardy. Surrealiści sprzątali po wojnie, Jean Dubuffet spotkał Michela Tapié, a Georges Mathieu, młodszy od niego o dwa lata, po raz pierwszy pojawił się na Salonie w stolicy Francji. Napisał wtedy: malarstwo nie musi przekazywać jakiegoś sensu, ale jest robione zawsze z sensem, świadomością i racją.

Soulages malował pomiędzy godziną 16:00 a 20:30. Potem robił przerwę. Następnie siadał do malowania w nocy. Opisał to Roger Vailland, który asystował artyście w ciągu jednego dnia i jednej nocy malowania, 27 marca 1961 roku…W salonie w Sète wisiał wielki czarny tryptyk, poniżej stał kosz z Sardynii, marmurowy stolik i ratanowe krzesło wedle projektu słynnego Duńczyka Poula Kjærholma.

Soulages czerń malował w nocy.

Leon Bonnat, Victor Hugo, 1879

Jego obrazy nie są nostalgiczne. Jak niekiedy w sztuce się zdarzało. Portret Victora Hugo, namalowany przez Léona Bonnata jest zanurzony w czerni jak poświata księżycowa w nurcie rzeki. Bonnat nauczył się czerni od Tycjana. Pojechał do Prado, aby zobaczyć ją u Velásqueza. Zamknął Hugo jak w chambre noire i spojrzał mu prosto w oczy. Szukając kresu.

Czerń może być też minimum. Tylko tym, co jesteśmy w stanie osiągnąć. Pustką i pełnią zarazem. Jak u Richarda Serry. W 1972 roku namalował stalowy las, szykując się do wystawy podczas Documenta w Kassel. Na wysokim ponad 10 metrów murem, umieszczając czarny kwadrat osiągnął monumentalny, absolutnie doskonały wizerunek sztuki, credo swojej obecności w kulturze. Powiedział: czerń to obsesja…

Richard Serra, Circuit, 1972

 

11
0
skomentuj
lubię!
przeczytane
895
razy

Hiroshige, Hikawa i van Gogh

Hiroshige II, zięć Andō Hiroshige, 二代目 歌川広重, zwany Utagawa. Urodził się w 1826 jako roku jako Suzuki Chinpei  – 鈴木鎮平. Był twórcą stylu Ichiryūsai mon, bo jak wiadomo Andō Hiroshige nosił pseudonim Ichiryūsai. Czyli Hiroshige II kontynuował styl swojego mistrza, stając się tym samym, nie tylko spadkobiercą, ale też twórcą nowego stylu drzeworytów, który przyniósł mu wielką sławę. Miał wielkie powodzenie także w Europie, gdzie jego prace trafiły do antykwariatu Binga i Tadamasy w Paryżu, a dalej do malarzy jak Claude Monet, Vincent van Gogh, Edouard Degas, Henri Rivière, wreszcie Paul Gauguin.

I oto ten, niezwykły obraz, Hikawa, Akasaka, stworzony około 1862 roku, będącym przedstawieniem świątyni w Edō Meisho Zue, czyli sławnym przewodniku po miejscach w Edō. Stworzył go Saitō Yukio. Przewodnik zawierał nie tylko ilustracje znanych miejsc w Edō, ale także opisy i anegdoty z nimi związane.

I oto teraz Vincent van Gogh otrzymuje od Theo pocztówkę z Hikawa – jinja w Akasaka, w dawnej prowincji Musashi. Sanktuarium shinto, zbudowane pod panowaniem Tokugawa Yoshimune w roku 1729. Świątynia tonie w płatkach śniegu, liście z jeszcze się zielenią. Hiroshige namalował je pierwotnie, lekkimi pociągnięciami pędzla, zanim powstał drzeworyt. Świątyni strzegą dwa psy, albowiem sanktuarium poświęcone było dobrobytowi i opiece. Dzieło powstało zresztą w roku psa i dziewiątym miesiącu. Swoistym symbolem jest także kilkusetletnie drzewo, Ginko, na które zwrócił uwagę van Gogh, albowiem te śnieżne płatki i liście stały się obsesyjnym motywem jego inspiracji Ukiyo-e. Pomimo swej lirycznej urody, drzeworyt Hiroshige, tchnie smutkiem, jest melancholijny, w swej prostocie odnosi się do symboliki zimy jako nadchodzącego czasu przetrwania.

W języku portugalskim jest słowo: saudade. Portugalczycy rozumieją nietrwałość życia. Jak Japończycy. Być może zbliżyłoby to do siebie te dwa narody, a o mały włos do tego nie doszło, gdyby nie jezuici i ich szczególne umiłowanie do palenia na stosie…

i tak oto, w którymś momencie zaczęto w Japonii za pomocą słowa uki określać rzeczy otaczające, przemijające. Ktoś nawet powiedział, że szybko zapominane. Ale zwykłe, codzienne. Takie, które zdarzają się tuż za rogiem albo obok nas.

Na przykład rosnące drzewo. Albo mostek, po którym idą ludzie. Chmury. Niebo niebieskie. Wiatr. Nietrwałe uroki dnia.

Dlaczego to tak bardzo zachwyciło van Gogha i Gauguina? Tego pierwszego, bo dawało ukojenie. Tego drugiego, bo nurtowała go chęć budowania syntezy. A Japończycy mieli wielki talent do syntezy. Do malowania ciszy i spokoju. Pełni i pustki zarazem. To naprawdę było niezwykłe odkrycie dla tych malarzy europejskich, którzy stali blisko siebie, byli przyjaciółmi, choć przez krótki czas. Vincent van Gogh malował kwiaty, pola zbóż, drzewa. Pojmował naturę jak w haiku. Chciał ją ująć jako dramat całości. Egzystencjalnej całości. Wszystko przecież trwa ulotną chwilę i kończy się bezpowrotnie. Van Gogh nie znał haiku.
Ale jego obrazy są kwintesencją tej poezji. Są bardziej haiku niż ukiyo-e, bowiem w Japonii drzeworyty te miały charakter poznawczy, pełniły funkcję edukacyjną, czasem informacyjną. Były masowym przekazem informacji właśnie. O tym, jak rodzice wydają córkę za mąż, jak wygląda festyn tu lub tam, uliczne przedstawienie.

Van Gogh odnalazł w nich nie tylko estetyczną wartość, ale coś bardziej japońskiego. Także czas, przestrzeń, identyfikację pory roku. Ciszę. Świat natury i świat spraw ludzkich. Jakąś niedostrzegalną przestrzeń pomiędzy nimi. Jak w haiku właśnie. Ulotność i Niezmienność.

Tylko że Japończycy przeszli przez „lustro”. Odnaleźli harmonię. Jak Budda, który obudził się w świecie, gdzie nie ma przeciwieństw. A van Gogh czy Gauguin tego nie potrafili. Nie umieli medytować. Być może Gauguin chciał jak cała reszta przebudzić się i spojrzeć w siebie. Ale przecież nie powstrzymałby biegu życia.

Gauguin nie medytował, tylko narzekał. Był zgodny z zasadą ukiyo-e, że życie jest cierpieniem. Zatem cierpiał.

Vincent wchodził w pole żyta pod Arles i malował je jak oszalały, kręcąc zamaszyście pędzlem. A przecież jasne łany zbóż powinny emanować spokojem. Gdzie w takim razie odnaleźć spokój?

Jak u Hiroshige, który zawsze miał go wiele w sobie.

Bo Hiroshige pił zieloną herbatę, a van Gogh nie?

Japończycy pili generalnie herbatę z trzech powodów: bo była lekarstwem, bo pomagała w medytacji oraz udoskonalała Zen.

Ujmując to lapidarnie, van Gogh ani Gauguin nie mogli pić herbaty, ponieważ nie byli na tyle powściągliwi, aby wyrazić samych siebie. Pili zatem absynt oraz wino. W pewnym sensie absynt też był lekarstwem.

Paul Gauguin usiłował rozmawiać z van Goghiem o sztuce japońskiej i związanych z nią inspiracjach, ale Holender tylko się z nim kłócił i robił złośliwości. Na przykład rozrzucał po podłodze jego przybory malarskie.

Gauguin był człowiekiem mocno poukładanym i denerwował go bałagan panujący w pracowni van Gogha. Czy może raczej w całym domu. W końcu postanowił wyjechać z Arles, bo nie wytrzymywał jego wariactwa. Miał świadomość depresji i odlotów van Gogha. Starał się być blisko, chadzali razem na uciechy, na zakupy. W sztuce mieli inne poglądy, inaczej postrzegali świat, życie w ogóle.

Pisał na przykład van Gogh o Gauguinie: jak on wspaniale umie planować wydatki, ja sobie z tym nie radzę, jestem wciąż roztargniony…

Gauguin miał pudełko, a tam pieniądze poukładane w kupkach: na nocne spacerki dla zdrowia, na czynsz i na inne wydatki. W pudełku leżały też ołówek i karteczka, na której zapisywał wszystkie wydane kwoty.

Co do malarstwa van Gogha… tutaj Gauguin nic odkrywczego nie powiedział. Napisał w Avant et Après, że jest nudne i bez wyrazu. W końcu przecież pojechał do Arles po to, aby uczyć Holendra malowania i utrzymywania porządku w pudełku z farbami…

Jak wiadomo doskonale z niejednej biografii, Gauguin opuścił van Gogha tej samej nocy, kiedy ten uciął sobie ucho, a następnie podarował je niejakiej Racheli, dziewczynie z burdelu w Arles, do której obaj chętnie wpadali dzielić się z nią swoimi rozterkami.

Ucho malarza trafiło na stół chirurga, niejakiego Félixa Reya. Niestety nie nadawało się do przyszycia, choć takie możliwości już wtedy były. Istnieje obszerna dokumentacja medyczna na temat przypadku van Gogha, pochodzi bodaj z 1936 roku. Jest to wydawnictwo naukowe, w którym obłęd artysty został dobrze opisany. Ucho, jak wiemy z tego źródła, trafiło do klozetu.

Arles to miejsce istotne dla historii Gauguina, ale także Bernarda. Bo tam zrodził się syntetyzm, którym zarazili w końcu tabuny innych malarzy. Tam też nastąpił przełom w malarstwie zapoczątkowany w Pont-Aven, okraszony słońcem, wieloma zaciekłymi dyskusjami i litrami absyntu.

W Arles narodził się Gauguin gotowy do skoku za ocean. Na Tahiti.

Gauguin namalował swój sztandarowy „japoński” obraz – Wizję po kazaniu, czyli walkę Jakuba z aniołem – w 1888 roku. Wykorzystał motyw z mangi Katsushiki Hokusaia. Obraz jest czysty w kolorach, łamie dotychczasowe stereotypy dotyczące perspektywy, linii. Choć jest figuratywny, osoby są na nim mniej ważne. Liczy się synteza, konstrukcja. Jest genialny.

To największy krok w historii XiX-wiecznego malarstwa. Proste przejście od akademii, poprawnej szkoły impresjonistów do pewności siebie, wyznania.

Wzbogacone wszelkimi, choć czerpanymi z umiarem, naniesieniami z ukyio-e malarstwo Gauguina stało się wtedy doktryną wielopostaciową, nieprawdopodobnie wprost złożoną i prostą zarazem. Zaczęło się poruszać pomiędzy pobożnością a oszalałymi spekulacjami metafizycznymi, znalazły się w nim wszystkie aspekty malarstwa – ożywcza mieszanina barw, nowej perspektywy, zamaszystej budowy oraz czystego koloru.

– Jestem ja, Gauguin. Teraz nadszedł mój czas.

To wtedy Paul Gauguin stał się geniuszem.

Bernard nazwał go człowiekiem wyższego rzędu, van Gogh zobaczył w nim twórcę rzeczy najwyższej wagi. Dodał jeszcze: Nie można studiować sztuki japońskiej, nie stając się zarazem bardziej wesołym i szczęśliwym. To credo nie do końca sprawdziło się w jego przypadku, ale miał stuprocentową rację…

 

 

7
1
skomentuj
lubię!
przeczytane
498
razy

Francis Bacon, Colony Room

 

Nie od dzisiaj wiadmo, że Soho to raj dla pijaków. Ta część Londynu, nigdy nie kryła się ze swoim rozrywkowym podejściem do życia, a bezpruderyjną kokieterią uwodziła przez lata. Soho pęcznieje od pubów, nocnych klubów, barów i wszelkiego rodzaju podmiotów, nie do końca zdefiniowanych. Pośród tego gąszczu miejsc, do których się chadza wieczorową porą, kiedy to gasną światła w pubach i restauracjach, jest jedno miejsce, które urosło do rangi legendy – to klub Colony Room. To w nim, upijali się na umór artyści z Francisem Baconem na czele.

Soho, Colony Room, numer 41, fot Dorota Midbar, 2021

Do Colony Room prowadziła wprost z Dean Street, wąska klatka schodowa. Klub był mały, miał ściany pomalowane na zielono i atmosferę, przesiąkniętą mieszanką dymu papierosowego i zatchęchłego powietrza. Założyła go w 1948 roku Muriel Belcher z bardzo prostego powodu – aby stworzyć miejsce, w którym będzie można pić po zamknięciu pubów. – złota zasada tego miejsca – nie bądź tępy i nudny – powiadała. Colony Room, był nie tylko londyńskim odpowiednikiem paryskiego Bricktop’s z Gertrudą Stein, Colette i Scottem Fitzgeraldem, ale czymś więcej: społeczno – artystyczną hybrydą. Był barem, w którym alkohol płynął strumieniami, pocztą (członkowie klubu wymieniali się listami), pośredniakiem oraz biurem matrymonialnym. Francis Bacon był jednym z jego pierwszych bywalców. Muriel nazywała go „Córką”, a on ją „Matką”, co biorąc pod uwagę, iż obydwoje byli homoseksualni, pokazuje jak głęboka łączyła ich więź. Wkrótce klub zaczął przyciągać kolejnych członków: malarzy, pisarzy, lordów, marynarzy, poetów. Włącznie z Dylanem Thomasem, który pewnego dnia zwymiotował tam na dywan.

Soho, fot Doroda Midbar 2021

Bacon uwielbiał to miejsce. Mówił o nim, że jest jedynym, w którym może pozbyć się wszelkich zahamowań. Przychodził tutaj regularnie, przez prawie 40 lat. Można powiedzieć, że właściwie tutaj mieszkał, że w pewien sposób, czuł się tam swobodniej, niż we własnym zagraconym mieszkaniu przy 7 Reece Mews, do którego sprowadził się w październiku 1961 roku i mieszkał aż do swojej śmierci. Na 24 metrach, stłoczył wszystko, co mu było potrzebne do życia, a nawet więcej. Sobie wiadomym sposobem, pomieścił w tej klitce ponad 7000 przedmiotów, w tym 500 książek, z czego 40 kucharskich. Bacon wychował się na prostej i solidnej kuchni brytyjskiej, gdzie królował shepherd’s pie oraz gulasz wołowy. Kiedy zamieszkał na dwa lata w Paryżu odkrył, że jedzenie może być wyrafinowane tak samo jak seks. Jego kulinarnym mentorem stał Eric Hall “On mnie nauczył , co to znaczy dobre jedzenie. Jaką to ma wartość. Było to coś, czego nie nauczyłem się w Irlandii”- powie po latach. Od tego momentu Bacon staje się wielbicielem kuchni francuskiej, zaczyna gromadzić książki z przepisami. Na jego półkach leżały takie pozycje jak: French Country Cooking Elizabeth David, Charcuterie and French Pork Cookery Jane Grigson, Mrs Beeton’s Book of Household Management, bogato ilustrowany Larousse Gastronomique, A Taste of Paris: Traditional Food, jak również książki z przepisami regionalnymi : A Taste of Wales: Welsh Traditional Food , napisane przez Theodora FitzGibbon, La Cuisinière Provençale, autorstwa JB Reboul czy The World Atlas of Wine Hugh Johnsona i wiele innych. Ta fascynacja jedzeniem, jako obiektem podniesionym do rangi sztuki, znajdzie również, swoje odbicie w obrazach Bacona.

Francis Bacon, atelier, Centre Pompidou, 2019, fot T Rudomino

Francis miał gest – kupował szampana i szczodrze polewał go swoim kompanom, wołając przy tym: ”Szampan dla moich prawdziwych przyjaciół – prawdziwy ból dla przyjaciół fałszywych”. Przywołując słowa, których nauczył się od swojego ojca. Z rozbawieniem patrzył, jak alkohol przelewa się przez ich kieliszki, ocieka po ich rękach i spodniach. Czasem, kiedy obcowanie z ludźmi było dla niego zbyt ciężkie, kiedy beztroska atmosfera radości stawała się nie do wytrzymania, chował się w toalecie z kieliszkiem w ręku.

Soho, Colony Room, fot Dorota Midbar, 2021

Francis Bacon, co widać w jego pracach, był pełen kontrastów. Był odludkiem pragnącym towarzystwa, zmagającym się z demonami przeszłości człowiekiem, który patrzył w przyszłość z nadzieją. Potrafił być wesoły, dowcipny i bardzo hojny. Po latach, pisarz i malarz Michael Wishart powie o nim – „Francis uwielbiał się malować. Nakładał podkład, podkreślał swoje kości policzkowe za pomocą różu. Na włosy nakładał za pomocą szczotki do butów pastę Kiwi. Zęby zaś szorował proszkiem do czyszczenia naczyń VIM”.

Soho, fot Dorota Midbar, 2021

Francis zawsze miał czas dla bliskich. Kiedy Sonia Orwell – wdowa po George’u umierała na raka, wynajął jej piękne mieszkanie, w którym czekał na nią szampan i kwiaty.

Ale jak każdy z nas, miał również swoje ciemne momenty, w których bywał okrutny, zarozumiały, a często nawet agresywny. Kiedyś oblał szampanem pracę młodego studenta z Trynidadu, który podszedł do niego w Colony Room i pokazał mu swoją akwarelę. Najwidoczniej nie przypadła mu ona do gustu. Bacon miał problemy z byciem lojalnym, nawet w stosunku do najbliższych, którzy nigdy mu tego nie potrafili zapomnieć. Rywali, zwłaszcza ze świata sztuki niszczył bezwzględnie. Wojnę przetrwał tylko dzięki hazardowi. Colony Room natomiast nie przetrwał. Został zamknięty w 2008 roku, przez trzeciego i ostatniego właściciela Michaela Wojasa, który zmagał się z uzależnieniem od narkotyków i który nigdy nie odpowiedział na pytanie, co stało się z dziełami sztuki, które w klubie zostawili po sobie, jego słynni bywalcy. 

 

 

7
2
skomentuj
lubię!
przeczytane
1.02t
razy

Ai Weiwei, Coronation

Jest fenomenem naszych czasów. Z całą ich dekadencją i dramatyzmem totalitarnych ustrojów. Jest sumieniem nas wszystkich, którzy w milczący sposób, patrzą na dewastację humanizmu.

Nazywa się Ai Weiwei i jest kimś na kształt tętna. Bijącego w zatkanej tętnicy naszego człowieczeństwa.

Ai Weiwei, about Coronation, 2020

Kiedy Ai Weiwei zabiera głos, robi to tylko w jednym celu – aby rzucić rząd chiński na kolana, jednocześnie podnosząc z nich upadłą chińską kulturę. Dziedzictwo Państwa Środka i jego symbolika przewija się bowiem w większości jego prac. Elementy tysiącletniej historii są czytelne dla każdego, nie tylko dla Chińczyków, choć odbierane są przez Zachód i Wschód na innych płaszczyznach zrozumienia. Ai Weiwei – uchodźca z Pekinu, człowiek, który nosi w sobie historię swojego kraju, z jego dobrymi i złymi momentami, artysta który wie, że sztuka nie znosi mentalnej korupcji, został okrzyknięty przez Zachód, najbardziej wpływowym artystą, a przez swój kraj, uznany za zagrożenie.

Fenomen Ai Weiwei stworzył Zachód, od wieków zafascynowany zjawiskiem tamtejszego komunizmu, jak i same Chiny, które poprzez restrykcje nałożone na niego, zrobiły z Ai symbol walki o wolność. Potwierdza to niejako sam Weiwei, który mówi – Zachowania służb specjalnych uczyniły mnie bardziej wpływowym. Zamiast rozwiązać problem, oni mnie stworzyli.

Ai Weiwei, about Coronation 2020

Jego prace są prowokacyjne, czasem wręcz niewygodne do oglądania, bo przypominają nam o rzeczach, o których chcielibyśmy zapomnieć. Wszyscy chyba pamiętają jego fantastyczną instalację Sunflower Seeds, którą w 2010 pokazała, londyńska Tate i która, nie tylko odbiła się głośnych echem w mediach, ale zwróciła uwagę zwykłych ludzi. 

Ai Weiwei jest, bez wątpienia głosem tych, którym odebrano prawo do mówienia. Jest komentarzem do tego, co dzieje się w świecie, nie tylko w Chinach. Nieuniknione było jego spojrzenie na to, czym świat żyje od ponad roku, a więc na pandemię COVID 19.  Ai Wewei robił zatem film Coronation, w którym starał się pokazać, rodzącą się wówczas epidemię na trzech poziomach: społecznym, propagandowym oraz ludzkim. Na każdym z nich, Ai Wewei poległ. Zamiast kreatynego gniewu, do którego nas przyzwyczaił przez ostatnie lata i którego oczekiwalibśmy w tym filmie, otrzymaliśmy intelektualną papkę, której trawienie nie wymaga wszak żadnego wysiłku. Bo czymś takim karmi nas telewizja.

Ai Weiwei, about Coronation, 2020

Dokument otwiera scena ukazująca, stojące bez ruchu pociągi i kilometry pustych ulic. Pewnie miało to wzbudzić w nas szok, zdziwienie, może nawet strach, że to jest możliwe, aby zatrzymać świat w miejscu. Że jest możliwe i całkowicie zrozumiałe, aby kierować informacją z telewizora, tak jak jest to z góry ustalone. Co więcej, że to jest możliwe, aby społeczeństwo chińskie, które od wieków zmaga się z wolnością intelektualną i które bardziej funkcjonuje jako My, niż JA, przyjęło to wszystko w milczeniu pełnym zrozumienia. To powinno szokować. Ale nie szokuje. Dlaczego? Bo oto ten wielki wolny Zachód ze swoim umiłowaniem do wolności słowa i wszelkiego rodzaju rewolucji, zrobił dokładnie to samo –  zamarł w bezruchu. I we wszystko wierzył.

Nagle się okazuje, że można zamknąć ludzi w domach i pozwolić im wychodzić tylko wtedy, kiedy rząd uzna to za stosowne. Że jest możliwe powiedzieć ludziom, do jakich sklepów mogą chodzić, a do jakich nie. Że to całkiem normalne i zrozumiałe powiedzieć społeczeństwu, kogo mogą zaprosić do domu, z kim mogą uprawiać seks, a z kim pójść na spacer. Zasady są proste . Wszyscy je rozumieją. Demokratycznie wybrane rządy, mają także przywilej odebrać swoim obywatelom prawo do bycia w ostatniej minucie życia z tymi, których kochają.

Ai Weiwei, about Coronation, 2020

To wszystko, to nie dystopijna wizja końca świata, lecz rzeczywistość, której nikt, nawet Ai Wewei nie odważył się podważyć. Ai Wewei poszdł na skróty: pokazał rzeczywistość lockdownu, słabość jednostki w obliczu pandemii oraz samotność w obliczu śmierci, choć z perspektywy totalitarnego rządu. Tak, jakby to zjawisko miało miejsce tylko tam. I wpadł po raz pierwszy we własną pułapkę. Po raz pierwszy bowiem, można powiedzieć, że Ai nie pokazał pełnej prawdy, o którą zawsze walczył. Pokazał ją, jak to widzi system, z którym walczy, ledwie malutki wycinek. To, co mogłoby obudzić globalną dyskusję, to zadanie pytania: jak to możliwe, że Zachód i Wschód spotkały się, nie na płaszczyźnie sztuki, literatury, czy filozofii, ale na polu, który przez wieki je dzielił. Totalitarnego upokorzenia.

7
0
skomentuj
lubię!
przeczytane
882
razy

Marcella Chan czyli ContemPlate

Chodzenie na „chińczyka” jest czymś tak normalnym, że pisanie o tym wydaje się zwyczajnym banałem. Ale przecież żyjemy w powszechnej banalności, a tylko kolory wyróżniają jej przeróżne odcienie. Zupełnie, tak jak w życiu.

Możliwe, że wspomniany wypad na „chińczyka” uświadamia nam banalną obecność równoległego świata, który toczy się obok naszego. Świata emigrantów, ich właśnie, którzy przywieźli ze sobą kulturowość, obyczaje, język, a nawet smaki.

Marcella Chan, ContemPlate,China Exchange 2019

Niegdyś Jack London opisał, jak to wchodzi pewien facet do chińskiego baru, gdzieś na Polinezji, zamawia zupę, wrzuca do niej robaka, zjada, insekta zostawia. Reklamuje zupę u wystraszonego Chińczyka i wychodzi nie płacąc. Z podróży Snarka wiemy, że to nieprawda.

Jest inaczej.

Mówi o tym Marcella Chan. Mówi, a właściwie fotografuje. Jej zdjęcia jednak opowiadają słowem. Są obłędne, w tym co Kundera nazwał niewiedzą: ah jakże się to wszystko potoczyło, zupełnie inaczej…

Marcella Chan, ContemPlate @Twitter

Kim jest Marcella Chan, która opowiada obrazem jak Daido Moriyama? Trochę są do siebie podobni, choć tylko trochę. Marcella nie wchodzi w ciemne zaułki. Ona pyszni się kolorem.

Jaki jest chiński kolor?

Jakim kolorem pomalować można Londyn?

Londyn to miasto artystki.

Jej Londyn.

Jest Brytyjką. Jest Chinką. Należy do tego świata. London to przewidział. Jack London, pisząc Chińczaka.

Marcella zrobiła wystawę o przekornym tytule ContemPlate. Bawi się tam kolorami, mówiąc: to jest moje miasto. W zadziorny sposób zadaje fundamentalne pytania. Pytania o własną tożsamość, identyfikację, dialog międzykulturowy, przekraczanie granic tego co znajme i oswojone.  Jako dziecko chińskich emigrantów, którzy przyjechali do Wielkiej Brytanii w latach 70-tych i zaczęli od prowadzenia restauracji serwującej chińskie dania na wynos, Marcella odkrywała swoją podwójną narodowość, właśnie poprzez jedzenie i rolę jaką pełni ono w kulturze chińskiej oraz brytyjskiej. W kulturze całego świata, bo przecież nie można ograniczyć się do jednego kręgu języka angielskiego. Jej fascynacja łączenia rzeczy, na pozór nie do połączenia, przewija się w większości jej widzeniu świata. Poprzez jedzenie też. Bo to ono, w całej swej dostojności stanowi sens tego łączenia.

Marcella Chan, ContemPlate,China Exchange, 2019

W China Exchange widzimy kilkanaście tradycyjnych potraw, które charekteryzują te dwa wielkie narody, od wieków ze sobą złączone, a jednak nie do końca połączone. Oba zachowuą swoją odrębność, mimo wzajemnego przenikania się na wielu płaszczyznach. Są bardziej jak para kochanków, niż małżeństwo z wieloletnim stażem.  W tym sensie, pożądanie przerosło ego.

Marcella Chan, ContemPlate, China Exchange, 2019

Bo widzimy kultowe „fish and chips” zawinięte w gazetę, ale zamiast frytek wysypuje się ryż, spoglądamy na paczkę chipsów, z której wysypują się suszone kwiaty lotosu, patrzymy ze zdziwieniem na lody zamknięte w skorupce duriana. Podążamy za śladem zapachów, przypraw, historii dwóch kochanków, aby nagle, pod koniec degustacji odkryć, że nie ma dwóch – jest jeden. Pełen smaków, które na pozór się wykluczają, a jednak w jakiś mistyczny sposób tworzą niepowtarzalny aromat.

Tak, to miłość…

China Exchange, ContemPLATE: AN EXPLORATION OF DUAL IDENTITY THROUGH FOOD, Marcella Chan.

5
0
skomentuj
lubię!
przeczytane
605
razy

Soulages w Japonii

Pierre Soulages, najwybitniejszy francuski artysta otrzymał od cesarza Japonii Order Wschodzącego Słońca. Soulages obchodzi w tym roku, 101 lat swojego życia, należy zatem do skąpego grona malarzy, którzy byli świadkami awangardy, eksplozji amerykańskiej abstrakcji i francuskiego taszyzmu, wreszcie tych wszystkich zdarzeń, które ukształtowały obraz współczesnej sztuki.

Pierwszym Francuzem, który otrzymał ten order był Jules Brunet, oficer artylerii, który walczył pod Toba-Fushimi, a później w siłach armii Republiki Ezo.

Walczył także w słynnej bitwie w zatoce Hokodate, która definitywnie zakończyła erę starej Japonii. Życie Bruneta stało się inspiracją dla scenarzysty Ostatniego Samuraja, filmu który pokazywał losy amerykańskiego oficera szkolącego żołnierzy armii cesarza Meiji. W rzeczywistości, na mocy umowy pomiędzy Shogunem, a Cesarzem Napoleonem III, grupa specjalistów od sztuki wojennej wyjechała do Japonii, aby nauczyć fachu bitewnego, wojskową kadrę namiestnika Japonii z zamku w Osace. W międzyczasie wybuchły konflikty i niektórzy oficerowie francuscy opowiedzieli się po stronie shoguna. Bitwa pod Toba-Fushimi zamknęła epokę Edo. Shogun Yoshinobu został obalony. Nastała era Meiji, ale nim się to stało, na Hokkaido powstała wolna republika. Stworzył ją admirał Enomoto Takeaki. Brunet opowiedział się po stronie przegranych, walczył honorowo do samego końca Edo. Kiedy powrócił do Francji, gazeta Le Figaro okrzyknęła go bohaterem narodowym. O Japonii mówiono we Francji głośno, zapraszano rekrutów do szkolenia, a Francuzi zbudowali Japończykom nawet port wojenny w Yokosuka. Brunet stał się powtórnie bohaterem narodowym, kiedy trafił do niewoli w Metzu, podczas wojny pruskiej. Dostał Legię Honorową za stłumienie Komuny Paryskiej.

Kiedy amerykański dziennikarz przeprowadzał z nim wiele lat później, wywiad do gazety, zwrócił uwagę na samurajski miecz i zbroję w gabinecie generała. Bo Jules Brunet z czasem stał się generałem. W końcu ambasador Japonii przekazał mu list od cesarza Meiji, w którym władca pisał, że dawne winy zostaną mu zapomniane, a liczy się tylko to, że Francuz sławił Japonię po całym świecie.

Albowiem Order Wschodzącego Słońca otrzymują tylko Ci, którzy przyczyniają się do propagowania jej kultury.

Pierre Soulages, pojechał do Japonii zaraz po Nowym Roku 1958 roku. Podróż odbył w towarzystwie swojej żony i kolegi, skądinąd wybitnego malarza Zao Wou-Ki. W Japonii spędzili trzy tygodnie. Trasa ich przygody wiodła przez Tokio, Kioto i Nara.

Yasuhide Shimbata napisał artykuł o tej podróży. To ten sam Shimbata, który opisał japońską kolekcję dzieł sztuki Georgesa Clemenceau, jednej wszak z największych postaci współczesnej Francji.

Soulages był znany w Japonii już od 1951 roku, kiedy jego obrazy pojawiły się na pierwszym Salonie Majowym. Stało się to za sprawą wielkiego Michela Tapié, ikony francuskiej krytyki artystycznej. Tapié sprowadził do Japonii obrazy Soulagesa, Wolsa, Hartunga i przede wszystkim Georgesa Mathieu, który pojawił się także osobiście w Osace oraz zainspirował w jakimś sensie ruch młodej awangardy, której twarzami byli członkowie grupy Gutai.

Grupa japońskich badaczy sztuki, filozofów i krytyków w tym Tsutomu Iijima, Itsuji Yoshikawa, dostrzegli oni w malarstwie Soulagesa ślad kaligrafii, ducha japońskiej estetyki wiodącej ku przeszłości.

W japońskiej poezji znajdujemy, pewien szczególny wiersz, uznany za absolutne arcydzieło, bo dający opis tego, co niewidoczne. Chodzi o górę Fuji, a jej niewidzialność opisał sławny Bashō. Góra została spowita mgłą, utonęła w odchodzącym świetle, zakrył ją mrok, lecz Bashō dostrzegł właśnie wtedy, jej kojące i zmysłowe piękno. Opisał ją tak, jak tylko światło można opisać, choć pozornie już go nie było.

Opisać światło…

Pierre Soulages malował czerń choć mawiał, że maluje wyłącznie światło.

Obrazy Soulagesa powinno się oglądać w mroku. Wtedy czerń na obrazach wabi wszystkimi kolorami, pulsuje, wydobywa światło.

Soulages, a było to pod koniec lat siedemdziesiątych, miał powiedzieć w ślad za Van Goghiem: co to za cudowne piękno – czerń, podczas gdy mistrz z Oise krzyknął naonczas: żółty – ah, co za piękny kolor.

Czarny. Niełatwo z czerni wydobyć inne kolory, a także światło. Potrafią tak malować tylko najwięksi mistrzowie. Zajmują jedną, albo dwie ławki w dziejach sztuki współczesnej.

Tak samo jak w poezji Haiku. W przypadku tej poezji mamy do czynienia zawsze z tym samym: naturą i zdarzeniami naturalnymi, a my, czyli widzowie znajdujemy się w centrum rzeczywistości empirycznej. Jesteśmy w środku natury. Dlatego nie możemy jej opisać w inny sposób. Tak jak rzekę Kiyotaki, niedaleko Arashiyama. Pamiętamy ten wiersz poety Bashō:

Nurt Kiyotaki/Na fale padły świeże/Igły sosnowe

Rzeka i jej nurt. Symbol przemijania. Czym jest czerń z definicji? U Michela Pastoureau, najpierw była Ciemność przed Stworzeniem. Potem czerń symbolizowała wszelakie zło, diabła, siedlisko piekła. Lecz Pastoureau także dowodzi, że paleta czerni biegnie od ohydy po melancholię, wreszcie od pokory po elegancję. I tak jak czerń stała się kodem, etykietą w modzie, tak szarość, jako jej cząstka, stała się symbolem poetów.

W malarstwie czerń była albo kolorem podstawowym, albo zabawą, jak u Gauguina, który nadał jej nowe brzmienie. Ale to właśnie Pierre Soulages stworzył coś nowego, zdefiniował czerń odrębnie. Wymyślił l’outrenoir, a zatem wyszedł poza czerń, choć w niej pozostał.

Był świadkiem zdarzeń, które znamy tylko z literatury. Kiedy przybył do Paryża w wieku 27 lat, był to czas wielkiego osadnictwa awangardy. Surrealiści sprzątali po wojnie, Jean Dubuffet spotkał Michela Tapié, a Mathieu, młodszy od niego o dwa lata, po raz pierwszy pojawił się na Salonie w stolicy Francji. Napisał wtedy: …malarstwo nie musi przekazywać jakiegoś sensu, ale jest robione zawsze z sensem, świadomością i racją.

Tylko raz przyznał, że podziwia innego malarza. To Robert Ryman.

Od początku, kiedy pojawił się w Galerie Lydia Conti podziwiano tylko jego. Tak jest do dziś i pewnie pozostanie na wieki.

Pracował wtedy przy rue Schœlcher. Tam gdzie Pablo Picasso i Simone de Beauvoir. Ale mieszkał przez długi czas w Montpellier, bo zawsze jego pragnieniem było przybliżyć się do morza.

Termin „Infomel“, został przypisany Francuzowi, wkrótce po wystawie, którą zorganizował wspomniany francuski krytyk sztuki Michel Tapié. Chodziło o znaczenie „braku formy“ i w dużej mierze odnosiło się do malarstwa Pierre Soulagesa. Głębokie, poplątane ze sobą skontrastowane plamy stały się dla tego francuskiego malarza znakiem. Różnicował je fakturą, nadawał tony niebieskie, czerwone i czarne, starając się z tej głębi wydobywać harmonię, jak w japońskiej kaligrafii, gdzie liczy się najpierw gest, a dopiero potem kształt. O ile Tapié wygłosił bojowe orędzie przeciwko abstrakcji geometrycznej, tak taszyzm był pojęciem poniekąd ironicznym.

Dla Soulages najważniejsza była czerń, światło i Hans Hartung.

Hartung to nie tylko liryczna przyjaźń artystów. To także jego niezwykłe życie, zasługujące na uwagę, wielce pogmatwane losy artysty.

Miał wielki wpływ na Soulagesa. Zresztą Francis Picabia również. Być może – gdzieś tam obok – maniera Soulagesa, zawdzięcza bardzo wiele pędzlom tych malarzy, ale rodzaj gestu jaki zastosował na swoich obrazach, wrażliwość na kolor, światło, cień, uczyniły zeń mistrza gatunku, tak jak kaligrafia tuszem, czyni perfekcyjnym wtedy, kiedy cała energia i skupienie koncentrują się na nacisku pędzla i odpowiednim ruchu.

Z czerni uczynił kolor. Barwy zamienił na czerń.

W Rodez zbudowano mu muzeum. Jest oszałamiające. Konstrukcja, pomysł bryły i wnętrza, niemal w całości zanurzonego w czerni. Po to, aby w tej czerni, oglądać jego czerń. Niezwykły eksperyment.

W Rodez się urodził, tam znajdował się dom jego rodziców. Nie wracał potem do Aveyron, jedynie na wyjątkowe okazje jak otwarcie tego muzeum właśnie. I to drugie, Fenaille, gdzie oglądać można Menhiry, które go zainspirowały do stworzenia monumentalnych instalacji.

Japończycy dostrzegli w twórczości Soulagesa swój język. Istotę swojego bytu, obecność w przestrzeni. Świat ulotny, bo czymże jest ruch pędzla na płótnie. Jedyny w swoim rodzaju gest. Dostrzegli w nim siebie.

9
0
skomentuj
lubię!
przeczytane
699
razy

Roi Doré 10 lat

Za motto posłużyła w tym przypadku pewna fraza wzięta od Józefa Pyrza, kultowej postaci polskiej sztuki emigracyjnej, wspaniałego artysty, buntownika i wiecznego kontestatora. Brzmi ona tak: „to jest błogosławieństwo, że artysta może gdzieś wystawiać”. Roi Doré. Właśnie minęło dziesięć lat od powstania tej galerii.

Paryż, Le Marais, Niedaleko wszak od Picassa i Ropaca. Wśród wielu innych galerii, bardziej lub mniej kultowych, wśród dźwięku nożyc od najważniejszych krawców, zgiełku uliczek z szacownymi wnętrzami. Le Marais to dostojna dzielnica antykwariatów, księgarń, artystycznych butików, targowisk, teatrów i najważniejszych galerii. Bo, niemal zawsze trafić tam można na najlepsze wystawy. Najlepsze, także w znaczeniu światowym.

Ludzie wałęsają się po Le Marais najczęściej, aby oglądać sztukę. Pić szampana, kupować katalogi amerykańskiej awangardy, w tym czasie przymierzają krawaty za dwieście euro, zerkają czy nie ma w pobliżu Kiefera, Salle, Pitta albo jakiej bogini kina, jedzą kanapki z tuńczykiem i w końcu tak nasyceni, wkraczają w świat sztuki. Bo jak powiadał Gombrowicz, Paryż, to miasto służące do łażenia i do podziwiania.

Józef Rudek. Nie da się oderwać jego osoby od tej galerii. Stworzył jej styl i jej program. Od samego początku założył, że będzie to ewolucyjne miejsce. W tym sensie ewolucyjne, że będzie dalszym ciągiem polskiej sceny artystycznej w Paryżu. I nie tylko w stolicy Francji, bo jego horyzont sięgał dalej. Do Ameryki i całej Europy.

Roi Doré to jego projekt. Można rzec autorski, ale to zbyt banalne twierdzenie. Rudek to generalissimus. Dowodzi, układa plany, sam je weryfikuje, nanosi korekty, wreszcie podpisuje. Bo to galeria jednego człowieka, a zatem jego typów artystycznych, smaków, gustu, ale też wynik charakteru. Bez wątpienia upartego charakteru.

Rudek wie czego chce. W końcu generalissimus. Nie wolno mu nic narzucać ani się wtrącać.

Poznaliśmy się w jego galerii wiele lat temu. Na samym jej początku. Ale pierwszą rozmowę odbyliśmy przy Operze, w Chez Clément. Wtedy to była dobra sieć w Paryżu. Wymyślona przez grupę Braci Blanc. Dawali tam świetną rybę, albo Marmitte. Potem właściciela wsadzili do więzienia i knajpy upadły. Ale wtedy, to był początek naszej znajomości. Potem był sylwester w Roi Doré. Józef zaprosił mnie na nocne party, a ja myślałem, że będzie to bal artystów w Paryżu. Jak te słynne z Kobielą czy Kantorem. Przyszli tylko malarz Kasperczyk i artysta Majka. Na dzień dobry pokłóciliśmy się o wyprawy krzyżowe. O ich sens albo jego brak. Zamiast tańców były kalambury.

Wtedy Józef Rudek miał koncepcję działania globalnego. Postanowił wydawać Vectora, a mnie uczynił naczelnym tygodnika. Była to prawdziwa gazeta na prawdziwym papierze. Żaden internet. Gazeta drukowana. Kupa fajnych autorów wtedy się tam pojawiła: Sieczkowski, Lewin, Perez, Kociołek, Rogowiecki, Rzepczak, Pawluszek, Mazurówna, Raniewicz. I oczywiście wielu innych. Vector Polonii miał łączyć wszystkie środowiska na całym świecie. W którymś momencie połączył.

Potem, samo życie zweryfikowało ten projekt, pojawiły się kolejne. Jeden z nich stał się szyldem galerii, sukcesem Józefa Rudka. To Nano Art. Droga do tego dzieła została opisana w okolicznościowym tomie wydanym na 5 lecie galerii. Grube tomisko, stoi na półce w Zachęcie. Nano Art, zobaczyć niewidzialne, pomiędzy nauką i sztuką. Pisze o tym bardzo wnikliwie Magda Sawczuk, powołując się nie tylko na świadectwa historii tego zjawiska, ale także dokonania profesora Tadeusza Malińskiego, który stał się inspiratorem projektu Roi Doré. Pierwsza edycja konkursu Nano Art przypadła na triumfalny występ Janusza Kapusty- w poszukiwaniu nieskończoności. Zapamiętałem dobrze ten dzień, bo wieczorem poszliśmy na wino. A Kapusta dał mi lekcję ze swoich klocków.

W tym czasie galeria pokazywała dorobek wielu artystów, żyjących na stałe we Francji. Pierwszy wernisaż zdobiły obrazy Artura Majki. Dokładnie 11 marca dziesięć lat temu. Tak zaczęło się życie galerii. Wedle tego, co Józef Pyrz powiedział: to błogosławieństwo, że artysta ma gdzie wystawiać.

Bo trzeba dodać, że na skutek wielu splotów okoliczności, galeria postawiła na nogi życie artystyczne w Paryżu. Po latach posuchy i niebytu. Niegdyś była to kraina bogata w polską diasporę kulturalną. Każdy to wie, nie trzeba przypominać. Artyści, pisarze i poeci wykruszali się jednak z biegiem lat, niektórzy wrócili do kraju, część odeszła na zawsze.  

Do Paryża przybywali kolejni artyści. Młodsi z nową energią i nadzieją na zawojowanie świata. Lecz Paryż nie był już tym miastem sprzed lat.

I Józef Rudek miał przekonanie, że w czasach posuchy, galeria stanie się miejscem spotkań artystów kolejnej generacji, klubem dyskusyjnym, redakcją, kawiarnią.

Powstało wydawnictwo. Rudek wpadł na pomysł robienia unikatowej biżuterii, opartej na motywach malarskich czy graficznych znanych artystów.

Do galerii wpadałem przeważnie na jej zaplecze. Tam Alicja robiła kanapki z serem. Wyrastali jak z podziemi, Artur, Marian, Ludwika, Piotrek. Pojawiała się butelka wina. I gadaniu nigdy nie było końca. Na zapleczu była graciarnia obrazów, książek, papierów. Na końcu szafeczka i zlew. Kiedyś spotkałem tam Krzysztofa Jeżewskiego, bodaj najwybitniejszego polskiego tłumacza. Pamiętam, że stał w tym zapleczu, obok sterty papierów i szafki, w długim jasnym płaszczu. Zagadałem go o Andrzeja Kuśniewicza. Był zaskoczony, że jeszcze ktoś czyta Kuśniewicza. A potem, lecz chyba kilka lat później, Józef dał mi wiersze Jeżewskiego. Oczywiście wydał je Rudek.

Planowałem wymienić wszystkich artystów, których przez te dziesięć lat pokazał w Roi Doré. Ale pomyślałem, że o kimś zapomnę. A byłoby to pominięcie niezasłużone. Luki w pamięci. Ale z drugiej strony galeria niektórych pominęła w tej dekadzie. Artystów ważnych dla polskiej kultury. Czy dlatego, że Rudek ich nie chciał? Chyba nie, to raczej kwestia pojemności, czasu i przestrzeni. Galeria to trudne wybory. Te gorące, na dziś i te w dalszej perspektywie. Rudek ma też swoje ulubione postaci. To na pewno Majka, Ogorzelec, Strelnik, Kasperczyk. Ale też Batory, Betlej, Lahusen, Siudmak. Ważny był dla niego Jocz, Bury, Lebenstein. Konopka. Dla mnie Morawetz i Marczewski.

Kiedyś wpadł do mnie do Boulogne i przyniósł niebieską gąbkę Yvesa Kleina. Obiecał mi wydać książkę, lecz której nie napisałem. Na 10 lecie już nie zdążę. Ale przecież za dwa dni będzie 11 rok. Jest jeszcze czas.

Roi Doré musi trwać. Bo weszła już do historii polskiej sztuki emigracyjnej. Będą pisać o niej magisterki, a może i doktoraty. To już zjawisko, którego nie można wytrzeć gumką. Pojawią się nowe twarze, nowi emigranci. Być może przybędą do galerii ci z Kanady, Niemiec albo Stanów Zjednoczonych. Galeria jest otwarta dla wszystkich. Choć jej serce zawsze słucha tylko jednego generalissimusa.

 

10
2
skomentuj
lubię!
przeczytane
1.85t
razy

W domu Foujity…

Kolejna podróż w głąb Foujity. Do Villiers-le-Bâcle, malutkiej miejscowości położonej pół godziny samochodem od Paryża. Tam znajduje się ostatni dom artysty, w którym mieszkał, niemal do swojej śmierci w roku 1968. Jego zgon nastąpił w szpitalu w Zurichu, gdzie był poddany leczeniu. Następnie, jego ciało przewieziono do Reims, gdzie w królewskiej katedrze odprawiono mszę pogrzebową.

Pochowano go w kaplicy Notre-Dame-de-la-Paix, lecz żona Kimiyo zdecydowała o przeniesieniu jego szczątków do Villiers-le-Bâcle. Bliżej domu.

Jest niepozorny, bardzo skromny, frontem stojący od ulicy. Sto metrów od merostwa. Pięć minut od cmentarza.

Dom wskazał mu Yasukazu Tabuchi, malarz abstrakcjonista, pochodzący z Fukuoki. Tabuchi mieszkał od lat w rejonie Essonnne, stąd wybór miejsca dla Foujity na atelier i dom. Pierwszą rzecz jaką zrobił malarz, to posadzenie klonu na wprost drzwi wejściowych do kuchni.

Villiers-le-Bâcle, atelier Foujita fot@Tomasz Rudomino
Villiers-le-Bâcle, atelier Foujita

Przy łóżku fotografia ojca, generała Tsuguakira Fujity z Kummamoto. Bo to właśnie ojciec sprawił, że młody adept sztuki wylądował we Francji. Generał miał kontakty w attachacie francuskim i uzyskał tzw. ojcostwo chrzestne, sponsoring w osobie hrabiego Paula de Fleurieu, z którym później, po zainstalowaniu się w Paryżu, utrzymywał zażyłe kontakty i odwiedzał go kilkakrotnie na zamku w Périgord.

Foujita. Wtedy nazywał się jeszcze Tsuguharu Fujita.

Bo urodził się jako Japończyk, ale umarł jako Francuz. Fujita i Foujita.

Pochodził z Shinagawa w dzisiejszej aglomeracji tokijskiej. Jego ojciec był ważnym generałem. Dzieciństwo miał szczęśliwe, bowiem ojca przeniesiono do Kummamoto, niewielkiego miasta w samym sercu Kyūshū. A przecież tam od dawna pijano angielską herbatę, noszono welurowe marynarki i czytano Szekspira. Na Kyūshū, łatwiej niż gdziekolwiek indziej w Japonii, można było trafić na francuską guwernantkę lub księdza z Normandii.

Mając czternaście lat, mały Fujita zapragnął rysować i malować. Napisał list do ojca, że chce zostać artystą. Tata, w końcu wojskowy, lakonicznie mu odpowiedział “no cóż synu, rób co chcesz”.

Villiers-le-Bâcle, atelier Foujita

Fujita wiedział już wtedy, że chce jechać do Francji.

Po światowej wystawie w Paryżu, która odbyła się w roku 1900 do Japonii dotarł z wielką siłą impresjonizm, pointylizm, a także symbolizm. Wielu artystów w krainie Kwitnącej Wiśni, po prostu zaczarowała francuska sztuka. Od początku swoich studiów artystycznych w Tokyo, bardzo konsekwentnie realizował swój program malarski w oparciu o okcydentalną estetykę, jak to powiedział jego professor i mistrz Kotaro Nagaoka.

Uwielbiał paryską atmoferę. Choć mieszkał przy Montparnasse, to jego świat definiowały uliczki w Le Marais, Montmartre czy zakamarki dzielnicy łacińskiej. Początkowo szukał swojego stylu. W Cagnes malował jak Braque, w Prowansji był jak Cézanne, a kiedy siadał do portretów, to kłaniał się jego sąsiad z rue Delambre, trochę kolega, a trochę rywal – Amadeo Modigliani.
W końcu Foujita dotaszczył swój talent przywieziony z Tokyo do miejsca, w którym zaistniał jako malarz nieprzeciętny, olśniewający swoim stylem, dowcipem, przekorą, wariackim usposobieniem. To Foujita jakiego znamy z „Bistrot”, gdzie jawi się jako dociekliwy obserwator życia paryskiej ulicy, świata wiecznych wagabundów, bardzo bliskiego jego duszy, bo wywodził się wszak z niego, a który tak cudownie portretował w swych drzeworytach Hiroshige. A zatem i tu w Paryżu, odnalazł Foujita samego siebie, w mroku i wiszącym papierosowym dymie. W oparach shochu, sake, albo hakushu. Na talerzach kawałek węgorza, albo yakitori. Kwaśny zapach zewsząd. Mętny wzrok. Jak w Japonii. Izakaya, mrok, cisza…

W shomben yokocho, a może pod mostem w Ueno…

Nie ma tam ani kawaii ani samurajów, ani gejsz w kimonach i tabi, nie ma uprzejmych kiwnięć głową. Mekka dla mętów i pijaków. Każdy ma wszak do wydeptania swoje ścieżki… Foujita też. Tyle, że były to opary wódki, bimbru, smak kwaśnego wina, na talerzu sardynki i ser. Mętny wzrok jak wszędzie. W Shinjuku i Montparnasse. Mrok nocy. Jak u Céline.
W swoim „Bistrot” jest Foujita jak u Céline. To dobre porównanie.
I wreszcie wojna. Od 1937 roku był na garnuszku rządu Cesarstwa. Wzięty malarz z francuskiej cyganerii, uwielbiany przez publiczność w Niemczech, Argentynie, Anglii i Stanach Zjednoczonych. Kobieciarz, katolik, zapalony kucharz, używający życia, ile tylko się da. Zatem on, Foujita, zgłosił się na ochotnika, aby wesprzeć propagandowy głos japońskiej polityki wojennej. Pojechał do Chin i portretował tam sceny frontowe: samoloty, czołgi, żołnierzy, głównie triumf jednej tylko, słusznej sprawy. 


A potem przyszedł, całkiem jak u Kobayashiego: los człowieka i katastrofa wojny na Pacyfiku. Foujita stworzył przejmujący portret wojny, obraz bitwy na Aleutach: masakry, rzeź, samotność w obliczu nieuchronnej śmierci, strach, kruchość ludzkiej natury. Utrzymane w monochromatycznych kolorach, ciemne, właściwie spowite w mroku, tak jak symboliczne, późniejsze obrazy Kobayashiego, być może tkwią one w duszy Japończyka, jak ten Yukio Mishima ponurego przeznaczenia.

Nie wiem, kim był naprawdę Foujita, tak jak nie wiadomo do końca, kim był Shūsakū Endō, piszący Samuraja.

Foujita uległ potędze grecko-rzymskiego oświecenia. Stał się obsesyjnie europejski i religijny. Jego wrodzona, japońska powściągliwość była jak średniowieczne biczowanie. Pokutą. Za grzech pierworodny, grzech istnienia poza Bogiem. Być może…

Ochrzcił się. Został Leonardem. To już inna historia, zwieńczona piękną polichromią w kaplicy Notre Dame de la Paix w Reims.

Dom z Villiers to wędrówka. Znajdujemy tam jego kimono, przybory do golenia. Zdjęcia. Pierwsze z 1893 roku przedstawiające malutkiego Tsuguharu w Kummamoto a także ostatnie z Reims. A także malarski warsztat. Farby, werniksy, pędzle. Maszyna do szycia i sterty płótna w niebieskie paski, z którego szył zasłony i spodnie.

Villiers-le-Bâcle, grób Foujity

Tabuchi był obecny przy jego śmierci. Choć o wiele lat młodszy, był prawdziwym przyjacielem Foujity. Zmarł w 2009 roku w Vauhallan, niedaleko Paryża na nieleczone zapalenie oskrzeli. Twórczość, tego przyjaciela Alechinskyego, Mathieu i Tapié, należy do najciekawszych zjawisk japońskiej sztuki w zachodnim świecie od zakończenia II Wojny Światowej.

Dwa lata po śmierci Foujity do Tokyo wróciły obrazy malarza, zarekwirowane przez władze amerykańskie podczas okupacji Japonii.

12
1
skomentuj
lubię!
przeczytane
1.15t
razy

Sztuka 2019

Ukazał się numer „Sztuki”, sygnowany datą 2019. A zatem po 14 latach, od ostatniej edycji tego magazynu, „Sztuka” znów jest na rynku.

Czasopismo Sztuka 2019, Warszawa

W jakimś sensie, ten numer ma charakter okolicznościowy, specjalny. Wynika to z przerwy w wydawaniu czasopisma. Dlatego podjęta próba powrotu na scenę artystyczną w Polsce, musiała mieć takie założenie.

„Sztuka” to dzieło okazałe. Zarówno dosłownie jak i w przenośni. Historycznie rzecz ujmując, jest znakomitym archiwum, dowodem na życie artystyczne ostatnich pięćdziesięciu lat. Jednym z niewielu źródeł. Żywą historią. Pierwszy numer „Sztuki” ukazał się 1974 roku. Zastąpił wtedy „Przegląd Artystyczny”. Potem czasopismo przechodziło różne ewolucje, przemiany, zmiany zespołów, rotacje. Pojawiały się tam teksty o tym wszystkim, co w Polsce się działo ważnego. Pisali wtedy do „Sztuki”: Piotr Witt, Zbigniew Taranienko, Bożena Kowalska, Barbara Majewska, Nawojka Cieślińska, Irena Huml, Stefan Morawski, Andrzej Haegenbarth, Jerzy Madeyski, Teresa Kostyrko, Joanna Skoczylas, Jacek Werbanowski, Krzysztof Stanisławski i wielu innych ludzi, znakomitego pióra o sztuce polskiej i światowej. Ostatni numer „Sztuki” ukazał się w 2006 roku.

Czasopismo Sztuka 2019

Wydanie specjalne, to dzieło wieloletniego redaktora naczelnego Andrzeja Skoczylasa. „Sztuka” ma tę samą koncepcję graficzną, format i kształt artystyczny. Tym razem, nie ma w treści publicystyki ani opisów bieżących zdarzeń, a w zamian otrzymujemy smakowite sylwetki, które w jakimś stopniu towarzyszyły epoce, w której czasopismo wychodziło. Na okładce „Sztuka” anonsuje swoich bohaterów. A zatem mamy: Abakanowicz, Althamer, Bałka, Beuys, Cattelan, Duchamp, Dwurnik, Fangor, Hasior, Kantor, Kozyra, Krasiński, Krasiński, Libera, Myjak, Opałka, Partum, Picasso, Sasnal, Tarasewicz, Wróblewski, Zemła.

Czasopismo Sztuka 2019, Warszawa

Taki wybór nazwisk, to owoc koncepcji numeru, który wyjaśnia w wywiadzie Andrzej Skoczylas. Przeprowadził go Krzysztof Stanisławski, dawniej w składzie redakcji „Sztuki”. Stanisławski jest też autorem wielu biogramów zasygnalizowanych postaci. Mamy tam również jego rozmowę z Leonem Tarasewiczem.

Ten numer to także hołd złożony Joannie Skoczylas, wieloletniej redaktorki czasopisma, autorki przekładów Jean Paula Sartre, Jacquesa Derrida, pisarki i dziennikarki. Joanna zmarła w 2017 roku.

„Sztuka” to dzieło okazałe. Zawartość jest imponująca. Układ graficzny, teksty, kolekcja artystów. Opracowanie graficzne wykonała Elżbieta Żochowska, której ślad twórczy i koncepcyjny zawierają numery „Sztuki” od wielu lat. Jest więc to powrót do tradycji. Podobnie jak samo czasopismo. Na otwarciu gazety mamy lustro. Każdy w nim może się przejrzeć, zobaczyć samego siebie. Odpowiedzieć na odwieczne pytanie: kim jestem, dokąd zmierzam. Czy jestem sobą?

11
4
skomentuj
lubię!
przeczytane
1.8t
razy