Berdyszak w Sopocie

Bożena Kowalska, admiratorka twórczości Jana Berdyszaka napisała kiedyś, że jego twórczość jest trudna w odbiorze. W dodatku hermetyczna, co wiązać wypada z oryginalnym sposobem myślenia artysty, odbiegającym od wszelkiej konwencji, mód i przyzwyczajeń.

W jakimś sensie jest to klucz do zrozumienia jego sztuki, uprawianej bardzo konsekwentnie od początków kariery tego znakomitego artysty. Kowalska widziała w Nim bogactwo niedopowiedzeń, niejednoznaczności, ogromu stawianych pytań. W jakiś sposób te skojarzenia wracają, albowiem aktualna wystawa Jana Berdyszaka w Państwowej Galerii Sztuki w Sopocie ponawia to szczególne „Osamotnienie/Niczym kolor którego/Nazwać nie można”

Zamiast skupiać się na powierzchownym pięknie, Berdyszak interesował się zawsze odzwierciedleniem uniwersalnych prawd. Przekonywał do uwolnienia od tyranii logiki i rozsądku, a także do odkrycia prawd, wykraczających poza naszą tradycyjną percepcję. Uzbrojony wszak w niewielką ilość plastycznych narzędzi, budował postać kosmicznego ładu, gdzie wszelkie bramy pozostawiał zawsze otwarte, gdzie każdy mógł postrzegać świat wedle własnej, kreatywnej wyobraźni.

Berdyszak dał niemożliwą do zdefiniowania nieskończoność, a jednocześnie sam w niej utkwił na zawsze, bo przecież jego twórczość to tylko zwięzłe słowa i obrazy, dające sumę kluczowego postrzegania rzeczywistości.

Kowalska przywołuje myśl Rudolfa Arnheima, dotycząca właściwości wyróżniających pracę artysty: „Każde postrzeganie jest równocześnie myśleniem, każde rozumowanie – intuicją, każda obserwacja – odkryciem”. Albowiem czynniki o podstawowym znaczeniu stanowią nie tylko narzędzie tworzenia sztuki, ale jednocześnie przedmiot refleksji.

Ja z kolei, przywołam w tym miejscu strukturę poezji Tanka, wykorzystywanej dość często we współczesnym malarstwie, gdzie najczęściej zawiera się świadomą decyzję, aby uniknąć czegokolwiek, co mogłoby zniekształcić zamierzenia artysty. To najbardziej wyrazista definicja, która łączy w jakiś sposób ten typ postrzegania obrazu.

Berdyszak tworzył zarówno obrazy, obiekty, instalacje, masywne i trwałe kompozycje – które przywoływały skojarzenia jak najbardziej fundamentalne. Coś co kojarzy granicę z bytem lub niebytem. Przyjął taką koncepcję przestrzeni, która może dawać konteksty fizyczne i metafizyczne.

Czytam we wstępie do wystawy Jan Berdyszak „Puste = prawie wszystko”, (pióra komisarza Cezarego Pieczyńskiego):

Berdyszak przemyśliwał zagadnienie formatu dzieła i końcowo uwolnił obraz z odseparowującej go od przestrzeni ramy. Prace te nazwał formatami integralnymi.
Wystawa „Puste = prawie wszystko” prezentowana w Państwowej Galerii Sztuki w Sopocie, po pięciu latach od śmierci Jana Berdyszaka, nie tylko ma na celu przypomnienie dorobku tego wybitnego artysty, ale podejmuje próbę uchwycenia różnych sposobów rozumienia przez artystę pustki jako kategorii filozoficznej.

A zatem mamy wątek pustki, nękającej wielu artystów na całym świecie, w dodatku wrażliwych na temat nicości, uzależnionych od kompleksu przechodzenia do tego, co leży poza dualizmem nieistnienia, a także istnienia, co łączy: otwartość i zamknięcie, albo leży pomiędzy tym, co przychodzi i odchodzi. Ta wieloraka niedefinicja twórczości Jana Berdyszaka, wydaje się być wciąż aktualnym tematem do rozważań o sztuce.

 

Jan Berdyszak, Puste = prawie wszystko, Sopot, 2019

10
0
skomentuj
lubię!
przeczytane
1.09t
razy

JR w Luwrze…

Nazywa się JR, ale choć to pseudonim, to wszyscy go znają: JR Artist. Zazdrościć można mu wszystkiego: sławy, młodego wieku, pomysłów i wielkiego rozmachu. Jest Francuzem, zaczynał od paryskiego metra, gdzie wpadał z kamerą. W zasadzie jest fotografem, ale aktywny performance to jego żywioł.

Zanim zdemolował w naszej wyobraźni piramidę przed Luwrem, był już bardzo znany z wielu innych akcji na całym świecie. Jako młokos tworzył graffiti na ulicach stolicy Francji. Lecz Street Art to już legenda. Jean-Michel Basquiat przyćmił wszystkich. Trzeba się zatem jakoś od tego mitu odkuć. Ale skoro JR Artist ma miliony fanów na platformach społecznościowych, to w jakimś sensie już się „odkuł“. Chyba…

A teraz minęło 30 lat od otwarcia piramidy przed Luwrem. Ciut wcześniej, prezydent François Mitterand, który uwielbiał stawiać takie pomniki (w Paryżu jest ich więcej, ku chwale tego prezydenta), zlecił wykonanie projektu leoh Ming-Pei, znanemu architektowi, pochodzącego z Cantonu i oblanego jasnym blaskiem sławy za Bibliotekę Kennedy‘ego, muzeum Miho, niedaleko Kioto, czy Sztuki Islamu w Doha. Piramida waży dwieście ton i od pierwszego dnia po jej otwarciu, wzbudziła powszechne kontrowersje, z uwagi na łamanie pewnego stereotypu, jakim było postrzeganie placu przed pałacem, no i samego muzeum w Luwrze, jako ikony sztuki w ogóle. Uosobienie piękna w swej arystotelesowskiej postaci dostojnych wnętrz, znowu złamał zbuntowany artysta, który za nic ma reguły świata i postrzega go jak chce. A nam każe je akceptować. Dlatego wykleił chodnik pod piramidą i wokół niej, potraktował ją jako podstawkę do linoleum z obrazkami w stylu Castoramy, stwarzając przy tym architektoniczny iluzjonizm i niczym Andrea del Pozzo skrócił nam dystans do rzeczywistości, po drodze stawiając barierę, na które ludzkie oko nie umie reagować.

Artysta JR powiedział, że powinienem obejrzeć to dzieło opakowania Luwru z góry, a najlepiej z nieba. Ponieważ Agnès Varda właśnie odeszła, w pewnym sensie ten multiinstrumentalista spełnił swoje życzenie. Wielka Dama francuskiego kina popatrzyła z góry na 30 letnią piramidę, a ja tylko z boku. Nic nie widziałem, poza tłumem turystów, ale odkąd Christo pozawijał wszystko co się da na tym świecie w folię, albo inne tekstylia, to z pewnością JR Artist mógłby nazywać się jego uczniem. Choć trzeba z pokorą przyznać, że ten uliczny fotograf otrzymał zamówienie na skalę artystycznego marzenia. Fakt! słowo „uliczny“, choć brzmi dumnie, już do niego nie pasuje. Sztuka wyszła na ulicę, a zatem jest już Salonem…

 

12
0
skomentuj
lubię!
przeczytane
1.01t
razy

Fogtt w Hamburgu

Jest taka anegdota, jak to młody Andrzej Fogtt, podczas studiów przechodził własne rozterki i chciał zrezygnować ze szkoły. Pracownię rysunku prowadził wtedy Andrzej Kurzawski i Fogtt powiedział swojemu profesorowi, że ma dość, że nie bardzo umie sobie poradzić na tych studiach. Wtedy Kurzawski położył mu rękę na ramieniu i powiedział: „…patrz w przyszłość, bo to jest droga…“

Dziś po wielu latach, od czasów studenckich rozterek Andrzeja Fogtta można powiedzieć, że w jego przypadku liczy się tylko przyszłość i to była właśnie ta droga, którą malarz podążał.

Fogtt kojarzy się najczęściej z „Żywiołami“, wielkim cyklem obrazów, który był wtedy transmisją wartości uniwersalnych, jego potrzebą oswajania świata, ciągłości istnienia niezaprzeczalnej wartości jaką jest trwanie.

Fogtt, wyrosły w czasach Nowej Figuracji, od samego początku swojej twórczości wyrażał pewien niepokój wobec przeróżnych zagrożeń, płynących ze świata. Dostrzegał zagrożenia i w pewien sposób o nich informował. Jego wrażliwość w dużym stopniu zetknęła się z silnym temperamentem, bardzo mocnym charakterem. Fogtt to twardy człowiek o romantycznej, ulotnej duszy i sercu. Dało to wibrujący energią efekt obrazu. Tak powstały właśnie „Żywioły“, „Ziemia“ i tuziny wielkoformatowych prac, które były metaforami, przy okazji uprawianymi językiem struktury kaligraficznej. Bo oto, pewnie bardziej intuicyjnie niż świadomie, Fogtt wszedł na ścieżkę zastosowania oszczędnych środków przy uzyskaniu efektu, produktu filozofii, która ma nas naprowadzić na właściwe tropy życia i rozumienia Tego Co Naistotniejsze.

Andrzej Fogtt bardzo umiejętnie skomponował obraz skłdajacy się z warstw metafizycznych, a także malarskich. „Żywioły“ wymagały aby je opisać na dużej przestrzeni, iluzyjnie przedstawić symbole życia, niszczenia, zatem artysta uprawiał malarstwo, niekoniecznie oszczędnie w ilości farby, gestu i ekpresyjnie operowaniu szpachlą. Przy tym zmysłowo używał koloru, plamy. Tak powstały przestrzenne obrazy o abstrakcyjnej rzeczywistości, kierujące zmysł obserwatora ku pejzażowi.

I w końcu tak się stało…

Właściwie to ta ścieżka musiała Andrzeja Fogtta zaprowadzić z ekpresyjnej struktury (świata) do pejzażu, oazy ukojenia, piękna natury (świata).

Na wystawie w Hamburgu zwracały uwagę właśnie te obrazy, pejzaże, magnetyczne, zanurzone w zieleni, jakby przybyłe wprost z oazy Moneta, tej jedynej i wyjątkowej krainy, gdzie listowie i całe rośliny nakazują nam nurzać się w ich barwie i zapachu. Świat który Fogtt przywołuje, to w pewnym sensie prawidłowa ścieżka rozwoju artysty dojrzałego, znakomicie potrafiącego opowiadać o świecie, który nas otacza. Na początku był Chaos, Nieokiełznany Żywioł, a teraz wyłonił z niego cudowną naturę.

Fogtt pozostał przy swoich przekonaniach malarskich. Pomimo doktrynalnej wierności wszedł mimochodem w abstrakcyjny ekspresjonizm, ale to nie zarzut, lecz pochwała, bo w tej rodzinie sprawdzili się tylko najwybitniejsi.

Wystawa odbyła się w FABRIK DER KUNSTE W HAMBURGU i była z pewnością ważnym wydarzeniem dla biografii artysty.

Po pierwsze podkreślała jego wartość. Umiejętne wgryzienie się w ziemię, ciągłość inspiracji, konsekwentne pragnienie, by „Żywioły” nadal były dostrzegane. Po drugie Andrzej Fogtt, kiedy dobrze mu się przyjrzymy, ma finezyjny styl opowiadania o żywiołach właśnie. To dar harmonii, który wiedzie nas do źródeł sztuki, lecz nie danych każdemu. To talent, szczęście urodzenia i konsekwentna droga, którą przeszedł, aby dojrzeć do pejzażu, natury i piękna które nas otacza.

Fogtt wyrósł z Polski. Z miejsca nieustannego dialogu, gdzie ludzie widzą zagrożenia w dwójnasób. Czują je, a jednocześnie pokazują ten osaczający przypływ nieuchronnej zagłady. To może dlatego, kiedy opadają emocje, malarz zwraca się do krajobrazu, czyli tam, gdzie walka powinna się zakończyć.

Fogtt nie kokietuje urodą, bardziej fascynuje zdolnościami malarskimi: plamą, rysunkiem, kolorem. Jest cholernie wrażliwy.

Wreszcie to, co u Fogtta widać, że jest artystą spełnionym. Franz Wilhelm Kaiser, dyrektor Bucerius Kunst Forum powiedział, że w dzisiejszych czasach rzadko widać artystów wolnych i jednocześnie podejmujących tak gigantyczne dzieło tworzenia jak właśnie Fogtt. Widać u niego emanację energii, która tryska i wtapia się w widza. To wielka i jednocześnie rzadka umiejętność…

 

Andrzej Fogtt, Fabrik der Kunste, Hamburg, Niemcy, luty 2019

zdjęcia ze strony @Andrzej Fogtt, 2019

 

14
1
skomentuj
lubię!
przeczytane
2.2t
razy

Foujita, wojna i pokój

Tymczasem w Instytucie Kultury Japońskiej w Paryżu kolejna odsłona Foujity. Niewielka, ale jakże ważna ekspozycja jego obrazów. Zatytułowano ją Œuvres d’une vie, co może sugerować, że jest to przekrój jego najważniejszych ścieżek, artystycznego życia.

Foujita, autoportret na tatami, 1936

W jakimś sensie tak jest, choć z pewnością jego olbrzymi dorobek zawiera o wiele więcej skarbów, które wyszły spod jego ręki. Foujita był niezwykle płodny, rysował i malował każdego dnia, pozostawił po sobie setki prac rozsianych po Francji, Japonii, Argentynie czy Stanach Zjednoczonych.

To, co zwraca uwagę na tej paryskiej wystawie to trzy grupy tematyczne: ja, wojna i cała reszta. „Ja”, to oczywiście autoportrety, które Foujita malował po przybyciu do Paryża. Nazywał się wtedy Fujita i był jednym z tych Japończyków, którzy uzyskali wsparcie bogatego sponsora na pobyt we Francji.

Tsuguharu Fujita wylądował w Marsylii w 1913 roku. Wcześniej ukończył Akademię Sztuk Pięknych w Tokio i mając poparcie ojca, generała Tsuguakira Fujity z Kummamoto uzyskał stypendium na tę podróż. Od dawna bowiem marzyła mu się Francja i jej malarze. Jeszcze na studiach wykazywał ogromne zainteresowanie sztuką europejską.

W Paryżu zamieszkał przy ulicy Delambre. Jeden z pierwszych obrazów, który namalował to właśnie wyjście z metra i plac, do którego ta ulica przylega. Edgar Quinet. To był bowiem jego pierwszy paryski świat. Początkowo mieszkał niedaleko w hotelu Odessa, razem z innym Japończykiem, również malarzem.

Foujita, Boulevard Edgar Quinet, 1913

 

Fujita dość szybko zmienił nazwisko na Foujita, bo lepiej brzmiało po francusku. Języka uczył się w z bajek La Fontaine. Posiadaną przez siebie książkę namalował kilkakrotnie. Towarzyszyła mu przez całe życie. Na początku w swojej pracowni przy Delambre, aż w końcu złożył hołd pisarzowi i namalował Hommage à Fontaine.

Uwielbiał paryską atmosferę. Choć mieszkał przy Montparnasse, to jego świat definiowały uliczki w Le Marais, Montmartre czy zakamarki dzielnicy łacińskiej. Początkowo szukał swojego stylu. W Cagnes malował jak Braque, w Prowansji był jak Cézanne, a kiedy siadał do portretów, to kłaniał się jego sąsiad z Delambre, trochę kolega, a trochę rywal Amadeo Modigliani.

Foujita, Bistrot, 1949

 

 

 

 

 

 

 

 

 

W końcu Foujita dotaszczył swój talent przywieziony z Tokio do miejsca, w którym zaistniał jako malarz nieprzeciętny, olśniewający swoim stylem, dowcipem, przekorą, wariackim usposobieniem. To Foujita jakiego znamy z „Bistrot”, gdzie jawi się jako dociekliwy obserwator życia paryskiej ulicy, świata wiecznych wagabundów, bardzo bliskiego jego duszy, bo wywodził się wszak z niego, a który tak cudownie portretował w swych drzeworytach Hiroshige. A zatem, i tu w Paryżu, odnalazł Foujita samego siebie, w mroku i wiszącym papierosowym dymie. W oparach shochu, sake, albo hakushu. Na talerzach kawałek węgorza, albo yakitori. Kwaśny zapach zewsząd. Mętny wzrok. Jak w Japonii. Izakaya, mrok, cisza… W shomben yokocho, a może pod mostem w Ueno… Nie ma tam ani kawaii ani samurajów, ani gejsz w kimonach i tabi, nie ma uprzejmych kiwnięć głową. Mekka dla mętów i pijaków. Każdy ma wszak do wydeptania swoje ścieżki… Foujita też. Tyle, że były to opary wódki, bimbru, smak kwaśnego wina, na talerzu sardynki i ser. Mętny wzrok jak wszędzie. W Shinjuku i Montparnasse. Mrok nocy. Jak u Céline.

W swoim „Bistrot” jest Foujita jak u Céline. To chyba dobre porównanie.

 

Foujita, śmierć bohaterów na Attu, 1943

I wreszcie wojna. Od 1937 roku był na garnuszku rządu Cesarstwa. Wzięty malarz z francuskiej cyganerii, uwielbiany przez publiczność w Niemczech, Argentynie, Anglii i Stanach Zjednoczonych. Kobieciarz, katolik, zapalony kucharz, używający życia, ile tylko się da. Zatem on, Foujita, zgłosił się na ochotnika, aby wesprzeć propagandowy głos japońskiej polityki wojennej. Pojechał do Chin i portretował tam sceny frontowe: samoloty, czołgi, żołnierzy, głównie triumf jednej tylko, słusznej sprawy.

A potem przyszedł, całkiem jak u Kobayashiego: los człowieka i katastrofa wojny na Pacyfiku. Foujita stworzył przejmujący portret wojny, obraz bitwy na Aleutach: masakry, rzeź, samotność w obliczu nieuchronnej śmierci, strach, kruchość ludzkiej natury.  Utrzymane w monochromatycznych kolorach, ciemne, właściwie spowite w mroku, tak jak symboliczne, późniejsze obrazy Kobayashiego, być może tkwią one w duszy Japończyka, jak ten Yukio Mishima ponurego przeznaczenia. Foujita czasów wojny…

Luty 2019

Foujita (1886-1968), Œuvres d’une vie, Maison de la culture du Japon, Paris 2019

11
2
skomentuj
lubię!
przeczytane
2.06t
razy

Architektura ciała i przedmiotu

 

 

Artur Majka, architekt, grafik, rysownik, malarz, i fotograf w jednej osobie, postanowił zaprezentować swoje prace w Espace Sorano przy rue Charles Pathé podparyskim Vincennes. Wernisaż odbył się 14 lutego. Wystawa potrwa kilka tygodni.

Niewielka, oszklona galeria pomieściła szesnaście niejednorodnych prac. Zróżnicowany obraz wizualny, będący jednocześnie spojrzeniem wstecz, okazał się zestawieniem różnych malarskich wariacji. Peinture, bo taki tytuł nadał swojej kolekcji malarz, nosi w swoim przesłaniu wiele pojęć. Zróżnicowanie technik i tematów, budowane z konsekwentnym uporem, pokazało w przypadku autora serii Kolaży, Pejzaży czy Wygnanych skalę zainteresowań twórcy. Z materią malarską (i nie tylko) zmaga się on ponad trzydzieści lat. Ciągle poszukuje nowszych technik i rozwiązań. Nade wszystko po to, aby – przedkładając kolor i temat nad ,,chaotyczną żywiołowość” i monotonną fakturę – nadać swoim wizjom nowy charakter.

Artur Majka nigdy nie ukrywał, że hołduje sztuce ,,która swą formę bierze z linii samego życia”. Wzorców jest wiele. Są one przydatne, bądź nie, ale były i będą istnieć dotąd, dopóki świat będzie trwać. Z różnorakich archetypów biorą się jego tematyczne cykle bądź serie: Chrystus, Existences, Głowy, Homo anonymus, Krzesła, Miasto, On i ona czy Schody do nieba. Tematy, jakie są dla niego inspiracją, poniekąd stają się jego pasją. Całkowicie się w nich zagłębia i zatraca. Nie stanowią one zamkniętego rozdziału. Są raczej etapem. Chętnie do nich powraca. Konsekwentnie przetwarza je i nadaje im nowy, głębszy sens. Wszystko ma swój egzystencjalny, emocjonalny a zarazem wizualny wymiar.

Artur Majka, Espace Sorano, Vincennes, 2019

Nie wszystkie tematyczne serie, jakie dotychczas powstały, można było zobaczyć w Espace Sorano. Nie była to wystawa retrospektywna, ale dała pojęcie o rozległości zainteresowań, jak i o możliwościach twórcy. Oscylujące na pograniczu figury i abstrakcji, zważające na stylistyczną klarowność i czytelność przekazu, realizowane z pomocą kilku technik na raz, dzieła paryskiego malarza i architekta są dowodem, że i dzisiaj możliwy jest bardzo zdecydowany, odważny, a zarazem subtelny przekaz. Rzadko się zwraca na to uwagę, ale – trzeba to podkreślić – Artur Majka jest mistrzem kontrastów. Świadczy o tym seria Inspiracje warszawsko-lwowskie, cykl Schody do nieba, wykonany techniką sitodruku, jak i malowana czarnym i kolorowym tuszem seria Krzesła. Nie są to nowe tematy, ale – dla każdego, kto wcześniej miał do czynienia z jego pracami, jest to oczywiste – ciągle dochodzą nowe elementy. Artur Majka po prostu wciąż zaskakuje, chociażby niecodzienną, oryginalną architekturą ciała i przedmiotu. Podejrzewam, że zaskakuje również siebie.

 

Paryż, luty 2019

7
1
skomentuj
lubię!
przeczytane
1.25t
razy

Art Brut po japońsku

W Paryżu trwa wystawa „Art Brut Japonais“, będąca hołdem i retrospektywą jednocześnie dla znaczącego kierunku w sztuce tego kraju.

Prawie sześćdziesięciu artystów z kilku pokoleń, pokazało w Halle Saint-Pierre obrazy, rysunki, obiekty i rzeźby – wszystkie będące głosem surowego pojmowania schematu tej sztuki wraz z pokrewnymi, wolnymi od wszelkiego wpływu kierunkami jak dadaizm, taszyzm czy informel. W takim kontekście widzimy twórców ukształtowanych intelektualnie, wyrażających swoją odmienność, opierających się na czystym i wolnym od patetyzmu dialogu z poetyką bliską formuły Jean Dubuffeta i zasłużonego niegdyś Towarzystwa Sztuki Surowej.

Japończyków nie postrzegamy jednak jako spadkobierców dawnej wystawy w Musée des Arts Décoratifs z 1967 roku, kiedy odkryto dla świata „Art Brut“. Nie ma też u nich fascynacji terapeutyczną formą sztuki surowej, znanej ze szkolnych manifestów psychiatrii. Mamy do czynienia z czymś bardzo świadomym, raczej ekstremalnym eksperymentem artystycznym, w którym dominuje ekspresja i język pochodzącym od „Art Brut“ w pierwotnym jej wydaniu. Oczywiście geniusz Jean Dubuffeta w tym przypadku jest nie do przecenienia. Dubuffet określał swoją sztukę jako totalnie będącą poza analizą i logiką, źródłowo poza sferą kultury kreowanej w myśleniu dogmatycznym.

Masaru Inoue, Déesse

Nie pozostając w antagoniźmie z tamtym relatywizmem, sztuka Japończyków wykracza poza sferę pierwotności i czystości, bowiem karmi się właśnie jej źródłami. W końcu zachodzi tu kontekst geograficzny i silne osobowości w tle, jak wspomniany Dubuffet, ale także Tapié oraz Breton.

Ale też nie jest to dekoracja, operowanie symbolami i znakami, które choć wzięte od „Art Brut“ mogłyby fascynować jak na przykład artystów Nowej Fali czy niegdyś Kubistów. Mamy tu bowiem: ból, rozpacz, czarny deszcz, brak snu, schizofrenię, zagubienie… Czyli, wszystko to, czego szukał Dubuffet do swojej kolekcji. A także jest i stylizacja, fascynacja pierwotnym brzmieniem, tak jak widzimy to u outsiderów, na przykład Jean-Pierre Vanhonsebroucka. W tej sztuce raczej trudno o wyrafinowany styl, będący pokłosiem gruntownego wykształcenia w Akademii.

Yukio Karaki, Hiroshima

Zacząć trzeba od Yukio Karaki, będącego jednym z dwóch znanych hibakusha, czyli uratowanych w Hiroshimie po ataku jądrowym. Karaki miał piętnaście lat, kiedy znalazł się trzy kilometry od hiper centrum eksplozji. Od tamtego czasu pozostał mu w pamięci koszmar, który stał się jedynym motywem jego obrazów. Zwęglone ciała, sterty trupów na nabrzeżu, płonące miasto. Pomijając linearność i ekpersyjny styl malowania, trudno zaliczyć Karakiego do artystów stylu. Zrobił to jednak komisarz wystawy, odnajdując u niego pierwotny aspekt „Art Brut“, jak: naturalność i motyw. Karaki pracował jak listonosz, przez jakiś czas przebywał w Niemczech. Jego obrazy, drapieżne i mocno ekpresjonistyczne zbliżyły go wtedy do A.R. Pencka, ale z jakiegoś powodu, może właśnie owej traumy, wiązanej w tym przypadku z chorobą, odnajdujemy go w japońskiej „Art Brut“.

Jest tam także Masaru Inoue. Jego imię i nazwisko nosiły wybitne osobistości Japonii jak choćby ten, pochodzący z klanu Chōshū, wysłany w połowie XIX wieku do Londynu na studia inżynierskie, a potem słynny budowniczy kolei i twórca Kisha Seizo Kaisha. Jego pomnik z brązu stoi aktualnie obok wejścia na stacji Marunouchi w Tokio.

Inoue – malarz, zaczął malować jak miał 70 lat. Jego narzędziem jest ołówek. Rysuje figury ludzkie, zwierzęce, zazwyczaj na czarnym tle. Ekspresja, prostota i język zbliżyły go do dadaizmu, wycinanek surrealistów, a nawet karykatury. I dalej Satoshi Nishikawa, pracujący w ceramice, tworzy formy cylindryczne przypominające rzeźby z Mali. Są to figury w piramidalnym ujęciu, niezwykle ekspresyjne i także, jak w przypadku Karaki, kierujące uwagę na Nowych Dzikich i język spadkobierców dadaizmu. Do afrykańskich inspiracji nawiązują Mitsuteru Ishino czy Kazuma Ashida. Ten ostatni pracujący również w ceramice, w której czuje się bardziej jak rzeźbiarz francuskiego akademizmu.

Tak jak ojcem „Art Brut“ jest Jean Dubuffet, tak jej matką w Japonii została Yaoi Kusama, wybitna rzeźbiarka i malarka, która zainspirował całe pokolenie, pozostających na uboczu nurtów sztuki. Autorka „Infinity Mirrors“, stała się bowiem iluminacją i twarzą wystawy w Tokio pod tytułem „Art Brut“, w której pokazali swoją twórczość, wybrani przez nią artyści sztuki surowej. „Sztuka inna, sztuka ta sama?“ – tak Kusama prowokacyjnie interpretowała wybory do tej wystawy, a zatem ludzi o zdiagnozowanej schizofrenii, autyźmie, ludzi wykluczonych, osamotnionych, pełnych wszelakich lęków.

„Bo czy przypadkiem Vincent van Gogh nie był schizofrenikiem, opętanym szaleńcem, nękającym swoich przyjaciół swoimi urojeniami. Żyjącym w odosobnieniu i permanentnej ucieczce od realnego świata?“ Pytała Yaoi Kusama…

Art Brut Japonais II, Halle Saint-Pierre, Paryż 2018/2019

4
0
skomentuj
lubię!
przeczytane
1.27t
razy

Ryoji Ikeda, Continuum

Wystawa Ikedy w Centre Pompidou to formalnie rzecz biorąc, raczej spektakl, którego wymowność tytułu miała nas przenieść do świata pytań o meta-trwanie. Każdy, kto patrzy na Ikedę wie, że tego typu odniesienia są następstwem pojmowania diapazonu jako skali, nie tyle co muzycznej, lecz logicznie łączącej dwa światy. Ten drugi, to oczywiście obrazy.

Ikeda zaczynał jako muzyk. Dźwięki były dla niego artystycznym trwaniem. To od nich zawsze czynił pierwszy krok. Dopiero drugi to były video i kształty. Pisząc „kształty“ , definiuję je trochę jak obrazy. Lecz nie dosłownie w sensie malarskim. Bardziej jako rodzaj konstruktywistycznej przestrzeni, która nabiera oblicza, gdy płynie w określonym rytmie. Powinowactwa są tu przeróżne.  Od grafik Kazumasa Nagai po eksperymenty Christiana Boltańskiego. A zatem mają intermedialny charakter.

Ikedę należy oglądać „na żywo“. Przynosi najwięcej wrażeń i estetycznego doświadczenia. Czuć wtedy trwającą u niego akustyczną wibrację. Potrzebę łączenia wielu doświadczeń. Wibracje odczuwamy siedząc przed jego Continnum. Obrazy mkną w rytmie tych wibracji. Choć to muzyka. Ale całość wygląda tak, jakby czarno-białe płaszczyzny Ryszarda Winiarskiego puścić w ruch. I nadać im harmonijnego rytmu, właśnie poprzez wibracje. Choć słowo „harmonijne“ kojarzy się z łagodnością. Celem Ikedy jest raczej odwrotność łagodności.

Pochodzi z Gifu. Miasta leżącego w centralnej Japonii, niedaleko Kiso. Za czasów Edo, biegł tamtędy sławny samurajski trakt do Kioto zwany Nakasendō. Znajduje się tam również zamek Kanō, zbudowany po legendarnej bitwie pod Sekigaharą.

Ikeda wyemigrował do Paryża, gdzie od lat tworzy i mieszka.

Edouard Longue

 

Ryodi Ikeda, (urodzony w 1966 roku) wystawa Continuum w ramach festiwalu sztuki i historii Japonii „Japonismes 2018“, Centre Pompidou, Paryż, lipiec-sierpień 2018.

 

19
1
skomentuj
lubię!
przeczytane
1.76t
razy