Patrick Heron – Droga do wnętrza Koloru

Kolor istnieje tylko w relacji do innych barw. Sam w sobie jest niczym. O jego wartości, o jego intensywności i o jego znaczeniu decydują inne barwy. Te, które są obok niego. Które dotykają go swoją obecnością. Kolor nie jest również formą czy materią, choć przybiera jej kształt. Jest czystą abstrakcją, po którą sięgają tylko najwięksi malarze jak Patrick Heron, który jako pierwszy miał odwagę powiedzieć, że dla współczesnego malarstwa, nie ma już innej drogi niż kolor. 

October III : 1972, Gwasz na papierze, Heron Patrick

Oddziaływanie koloru na ludzi jest dwufazowe. Przebiega na dwóch płaszczyznach: zmysłowego i ponadzmysłowego odbierania. Z jednej strony, wywołuje natychmiastową reakcję u każdego, kto na niego spogląda. Każdy z nas ma paletę kolorów, które lubi i zestaw barw, których unika. Ta reakcja jest bardzo często pierwotną odpowiedzią człowieka, zakodowaną w jego DNA. Całkowicie podświadomym odruchem, dziejącym się na linii: ucieczka – pozostanie. Druga płaszczyzna odbioru koloru, a co za tym idzie abstrakcyjnego malarstwa, które nie przestawia nic, co mogłoby mieć bezpośrednie odzwierciedlenie w rzeczywistej reprezentacji, jest drogą kontemplacji. 

Big Complex with Emerald and Reds, 1972, olej na płórnie, Heron Patrick

To, co uderza w malarstwie Patricka Herona, zwłaszcza jeśli patrzymy na okres 1965-1977, czyli czas, w którym malarz został wręcz zniewolony relacjami, które zachodzą między kolorami, to kontrast jaki pojawia się między wspomnianą już początkową emocją bezpośrednią, a prolongowaną kontemplacją, do której każde dzieło w końcu prowadzi. 

Wszystkie obrazy z tego okresu noszą nazwy kolorów, dla jeszcze mocniejszego podkreślenia, że poza barwami nie ma niczego innego. To teatr jednego bohatera, choć grany przez wiele osób. „Dark Purple”, „Cobalt Violet” „Dark Red with Brown and Violet”, „Orange and White”, to tylko kilka obrazów, które można obecnie oglądać na kameralnej wystawie „Patrick Heron: The Colour of Colour w Hazlit Holland – Hibbert w Londynie. Oleje i gwasze.

Oto dwa rodzaje malarstwa, które dominują u  Herona. Paradoksalnie to właśnie gwasz, z którym eksperymentował od wczesnej młodości i do którego powrócił po wypadku, kiedy to tak niefortunnie złamał nogę, że przez rok był całkowicie unieruchomiony i nie mógł pracować nad dużymi olejnymi formatami, albowiem używał większych pędzli i robił mocniejsze ruchy. 

Gwasz, w przeciwieństwie do akwareli, dawał mu także możliwość płaskich i absolutnie nietransparentnych barw. Kolor musi być intensywny, inaczej nie istnieje – mówił. 

Dark Purple and Ceruleum, 1965, olej na płótnie. Heron Patrick

Zarówno jego oleje i gwasze są wykonane tą samą metodą, która Heron nazwał za Lawrence Alloway jednym z najważniejszych krytyków brytyjskiej awangardy lat 50. i 60. – „Wobbly hard – edge”. Ten sposób kładzenia farb, a właściwie to rozdzielania ich za pomocą nieregularnych, wręcz chwiejnych krawędzi, bezdyskusyjnie wskazuje na jego wyjątkową pozycję w historii malarstwa. Mimo, że Heron śledził co dzieje się za oceanem, był jednak przede wszystkim Frankofilem, noszącym w swoim sercu Paryż – niekwestionowaną stolicę międzynarodowego malarstwa. Jego sposób myślenia o sztuce, który następnie został przełożony na język barw, został ukształtowany przez największych malarzy francuskich. To na nich patrzył nieustannie: Braque, Soulages, de Staël, Matisse… 

 Spotkanie z Braque, o którym prawie nikt nie słyszał wtedy w Wielkiej Brytanii, było jedną z najważniejszych lekcji, jakie Heron otrzymał. Całe jego późniejsze malarstwo jest w pewien sposób ilustracją do słów Braque:”Naturellement, ils existent pour exprimer l’émotion directe”, choć jego fascynacja kolorami jest bez wątpienia hołdem oddanym dla Henri Matisse. 

Braque, Matisse, Bonnard – trójka Wielkich Francuzów, która zawładnęła umysłem Herona i sprawiła, że w jego malarstwie można wyraźnie zauważyć to, co David Hockney nazwał wiele lat później:”French marks”. Widzimy te same płynne ruchy pędzla, tą samą technikę kładzenia farb i kreowania przestrzeni, którą stosowali Wielcy Francuzi.

Nie byłoby malarstwa abstrakcyjnego Herona, a co więcej, jego fascynacji kolorem, gdyby nie krajobraz Kornwalii, w której dorastał i w której spędził większość swojego życia. To właśnie błękit nieba, który łączy się z morzem ponad linią horyzontu, biel skał i milion odcieni zieleni, które uwiodły wszystkich artystów związanych z tzw. Szkołą St Ives, od Petera Lanyona poczynając, poprzez Barbarę Hepworth i Bena Nicholsona, a na Terry Frost kończąc, to wspomniany błękit sprawił, że obrazy Herona wpisały się na zawsze w kanon światowego malarstwa, w którym czystość kolorów jest wartością nadrzędną i, podobnie jak w przypadku Matisse, przestrzeń pojawia się dzięki całkowitemu wypełnieniu płótna kolorem. 

January 1973, Heron Patrick

Dla Herona kolor występował zawsze w liczbie mnogiej. To jeden z powodów, dla których nigdy nie robił monochromów. Nie potrafił jak Yves Klein złożyć ślubów wierności tylko jednej barwie. Świat Patricka, to świat kolorów istniejących razem, lecz oddzielnie. Wzbogacających się wzajemnie, a nie rywalizujących ze sobą. To związek idealny, który między ludźmi nigdy się nie zdarza. To także świat o podobnej wrażliwości kolorystycznej jaką miał inny wielki francuski malarz – Nicolas de Staël, który za pomocą trzech barw potrafił namalować cały wszechświat emocji. 

 W malarstwie Herona, tak jak w przypadku Luciana Freuda, nie ma tła. Nie ma bohaterów drugoplanowych. Wszystkie elementy są równie istotne. Malarstwo Patricka Herona jest także, a może przede wszystkim, malarstwem wysoko intelektualnym, lingwistycznym procesem, w którym słowa zostały zapisane barwami. By je odczytać, trzeba wcześniej nauczyć się alfabetu. Trzeba zrobić pewien wysiłek, aby spotkać się z tym, który stoi po drugiej stronie płótna. Podobnie jak w przypadku wielkich poetów czy pisarzy, nie widzimy w malarstwie Herona jego samego. Jest on transcendentny. Jego obrazy są wolne od typowego ego, są bezosobowe, pozostawiające przestrzeń do interpretacji. Każdy z nich jest zapisem głębokiej relacji jaka zachodzi między człowiekiem, a otaczającym światem, wynikającym w pierwszej kolejności z doświadczenia, jakie zachodzi między ciałem malarza, a narzędziami, którymi maluje. Jest to jednak zapis niefiguratywny. Obrazy Herona są pozbawione tematu, co od początku stanowiło przeszkodę dla ówczesnych krytyków, którzy faworyzowali obrazy przedstawiające konkretne rzeczy. Desperacko szukając znaczenia w obrazach Herona, buntowali się na myśl, że są one zapisem rozmów między barwami, a nie kroniką wydarzeń. W 1957, The Sunday Times nazwał malarstwo Herona jednym wielkim absurdem. 

 

Dialog, który zachodzi między barwami na płótnach Herona, może być zrozumiany tylko przez tych, którzy potrafią usłyszeć coś więcej niż siebie samych. To zaproszenie kierowane do wszystkich, ale akceptowane przez niewielu. 

 Patrick Heron: The Colour of Colour. Paintings 1965 – 1977, Hazlitt Holland – Hibbert, Londyn,  7 października – 17 grudnia 2021

 

9
1
skomentuj
lubię!
przeczytane
268
razy

Japoński sen Helen Frankenthaler

Japonia jest niedostępna dla tych, którzy utożsamiają ją z pudełkiem sushi kupionym w osiedlowym sklepiku, czy też ckliwymi Wyznaniami Gejszy. Ogołacają ją bowiem tym samym z całej jej skomplikowanej historii i przebogatej kultury, której nie da się wszak zrozumieć, czytając wyłącznie komercyjnego Murakami. Tak samo jest z Helen Frankenthaler – kobietą, której twórczość większość osób sprowadza, do jednej techniki malarskiej, zwanej “soak-stain”, ignorując zupełnie jej zaangażowanie w litografie czy drzeworyty, inspirowane wielowiekową tradycją Japonii.

W dniu, w którym stanęła ona twarzą w twarz z misterium ukiyo-e, oddała jemu hołd, a następnie przełożyła na swój własny – język abstrakcji, który to, nie tylko doprowadziła do absolutnej perfekcji, ale również odcisnęła na nim swoje piętno, podnosząc tym samym poprzeczkę tak wysoko, że po dziś dzień, nikt nie zdołał jej pokonać.  W chwili, w której zmierzyła się z japońskim drzeworytem, była już wtedy znaczącą postacią związaną z ruchem ekspresyjnego abstrakcjonizmu. Stawała ramię w ramię z takimi gigantami jak choćby William de Kooning czy Jackson Pollock, bez którego pewnie nigdy nie doszłaby do tego poziomu, jaki osiągnęła, zwłaszcza po jego śmierci, która paradoksalnie, stała się dla niej szansą na zaistnienie, na stworzenie swojego własnego mitu, na wyjście z cienia mistrza.  To właśnie spotkanie z Pollockiem, a właściwie to z jego techniką ułożenia farby na niezagruntowanym płótnie, albo i nawet dripping, otworzyło w Helen nieznane jej do tej pory pragnienia, które można było wypowiedzieć jedynie w formie kontrolowanego chaosu. 

Spotkanie Frankenthaler z Pollockiem zamknęło w jej życiu jeden rozdział, ale otworzyło drugi. O wiele bogatszy i bardziej złożony.  Było dla niej swoistego rodzaju wstrząsem, który pozostawił wyłom w jej dotychczasowym świcie, dziurę, swoistego rodzaju próżnię, którą trzeba było natychmiast zapełnić, aby móc żyć dalej. Nowatorski, jak na tamte czasy, styl malowania Pollocka, w sposób niekwestionowany wpłynął na całą, przyszłą karierę Frankenthaler, sprawiając, że bardzo szybko wspięła się na wyżyny dostępne tylko nielicznym. Pozostawiając Pollocka i Kooninga daleko w tyle.

 Jednak, to w obliczu ukiyo-e stanęła, po raz kolejny, w pozycji ucznia, który ma świadomość, że stoi przed absolutnym mistrzostwem, którego nigdy nie prześcignie, ale jego naukę może przełożyć, na coś zupełnie nowego. Rozpocząć nowy rozdział w historii, która opowiadana jest od wieków w kraju Kwitnącej Wiśni. 

Japonia przyszła do niej w momencie, w którym Helen była na nią gotowa. Jako kobieta i jako artysta.   Przyszła wtedy, kiedy Helen była na tyle dojrzała w swoim malarstwie, że nie tylko mogła pójść dalej, a nawet, zacząć wszystko od początku. Zmierzyć się z kulturą, w której się nie wychowała i z językiem, którym nie władała. Miała odwagę znów stanąć w pozycji tego, który nic nie wie. Jak powiedział przy innej okazji Nicolas Bouvier, pokochała kraj, którego języka kompletnie nie rozumiała.

Helen Frankenthaler i Yasuyuki Shibata

To spotkanie nie byłoby możliwe bez Yasuyuki Shibata, Japończyka specjalizującego się w drzeworytach. To on, razem z Helen Frankenthaler stworzył słynną serię druków nawiązujących do Opowieści Genji, a które obecnie można podziwiać na wystawie Frankenthaler: Radical Beauty. 

–  Praca z Helen nad drzeworytami inspirowanymi Opowieściami Genji była, jedną z najważniejszych, którą wykonałem, pracując dla TGL. Zajęło mi to 3 lata, aby dokończyć serię 6 drzeworytów. To był też pierwszy projekt, w którym byłem całkowicie odpowiedzialny za wycinkę i druk. Wtedy też, po raz pierwszy została użyta hydrauliczna prasa do druk,u bazującego na akwarelach, na ręcznie tłoczonym papierze. To był pomysł Kena Tylersa, który zakładał żmudną, wręcz niewolniczą pracę, ale którego efekt był oszałamiający” W ten sposób powstało sześć druków Madame Butterfly w 2000 roku, które obecnie można oglądać na wystawie w Dulwich Gallery w Londynie.

Geniusz Frankenthaler polega między innymi na swobodnym balansowaniu pomiędzy kontrolą, a całkowitą spontanicznością. Ukiyo-e to żmudna i wymagająca niezwykłej precyzji technika. Łącząca w sobie druk z malarstwem. Na pierwszy rzut oka trudno połączyć ją z Helen i jej ekspresyjną abstrakcją, z jej specyficznym sposobem kładzenia farb na surowe płótno. A jednak, to właśnie jej udało się „wtłoczyć” XX wieczne abstrakcje w XIX matryce. Uchwycić eksplozję dynamitu emocji w kadrze ulotnej chwili. Bo ukiyo-e to jak uki, spławik na wodzie. W nieuchwytnej dla oka zmienności. Przemijaniu. Udało się jej zatem, połączyć dwa światy, dwie filozofie życia, które na pozór nic nie łączy. 

Madame Butterfly, 2000, Helen Frankenthaler, 102 kolory, 46 matryce

Bo czym jest TAO? To coś nieuchwytnego i niekonkretnego, a mimo to zawiera w sobie formę, zawiera w sobie substancję, jest niewyraźne i niejasne, a także zawiera jądro witalności, niesłabnącą szczerość, aby przypominać o początku wszystkich rzeczy. Oto ona, Helen…

Zanim jednak to się stało, Frankenthaler miała już za sobą okres pracy z litografiami, które wprowadziły ją w świat druku. Z początku nie była do nich przekonana, lecz bardzo szybko odkryła, jak ogromny potencjał twórczy ma ta technika.  Zresztą nie była w tym sama. Litografię zaczęli produkować również Joan Mitchell i Robert Mootherwell, jak i Frank Stella. Przez następną dekadę Frankenthaler pracowała wyłącznie z Universal Limited Artist Editions (ULAE) na Long Island, robiąc litografie i późniejsze monoprinty oraz drzeworyty.

Brown, jeden z pracowników U.L.A.E. tak wspomina pracę z artystą: ‘Frankenthaler lubiła mieć kontrolę nad całym procesem, mimo że polegała ona na doświadczonych drukarzach. Helen była nowatorska pod każdym względem i głęboko zaangażowana w każdą technikę”.

Snow Pines, 2004, Helen Frankenthaler, 34 kolory, 16 matryc

W 1972 roku, 11 lat po pierwszej próbie robienia litografii przez Frankenthaler w U.L.A.E., Tatyana Grosman zasugerowała jej, aby spróbowała swoich sił w drzeworycie, mimo że nikt w jej pracowni nie próbował jeszcze tego procesu. Helen, jak zwykle, była gotowa podjąć każde wyzwanie. I tak, wraz z zespołem, opracowała całkiem nowe podejście do drzeworytów: kompatybilne z jej osobowością, ale odrzucające tradycyjne metody powstawania, w którym to artysta „wcina się w matryce”.  Frankenthaler znalazła rozwiązanie w pracach norweskiego ekspresjonisty Edwarda Muncha, który w swoich drzeworytach łączył najpierw nasiąknięte atramentem pojedyncze kawałki matryc i następnie drukował obraz za jednym razem. Naśladując tą metodę, Frankenthaler, z początku wycinała, niczym puzzle, pojedyncze matryce, które to następnie łączyła w całość jako jedną i na niej drukowała. Niestety taki sposób pozostawiał na wydruku białe, puste plamy. By zniwelować ten efekt Helen zaczęła drukować każdą matrycę osobno. Ten sposób jest obecnie uznawany za najdoskonalszą metodę drukarską. Widać to w Freefall (1993) – monumentalnym drzeworycie, który niczym ramiona boga obejmuje każdego, kto przychodzi na wystawę Radical Beauty w Dulwich Picture Gallery. Aby go wydrukować, Frankenthaler potrzebowała 12 różnych kolorów i 21 matryc. Przypomnijmy, że Hokusai używał 7 matryc.

Essence Mulberry, 1977, Helen Frankenthaler, 8 kolorów, 4 matryce.

W 1953 roku, amerykański malarz – Morris Louis, nazwał Helen “mostem między Pollockiem, a tym co jest możliwe”. Morris był w tym określeniu bardzo bliski prawdy, choć nie do końca. Helen pokazała, poprzez swoją długą karierę, że ma odwagę łączyć to co uznane, z tym co wielu wydaje się niemożliwe. Wystawa w Dulwich jest tego najlepszym przykładem. 

Helen Frankenthaler: Radical Beauty, Dulwich Picture Gallery, Londyn, do 18 kwietnia 2022.
5
0
skomentuj
lubię!
przeczytane
219
razy

Dubuffet, powrót piękna

Jest w opozycji do wszystkiego i wszystkich. Bo kiedy mówi, inni milczą, chociaż chcieliby przerwać i powiedzieć jemu, że nie ma racji. Że, to oni wiedzą lepiej, czym jest sztuka i czym jest piękno. Problem z Dubuffetem jest taki, że kiedy mówi, nie można go nie usłyszeć. Nie można przymknąć oczu i udawać, że go nie ma. Jego obrazy, choć niewygodne i szczypiące w oczy,  niczym piasek nad morzem, który niesforny wiatr przerzuca z miejsca na miejsce, nie pytając nikogo o zdanie, są magnetyzujące. Dzieła, przed którymi można już tylko uklęknąć. 

Jean Dubuffet, Brutal Beauty, Barbican Centre, London

Dubuffet – podróż do początków. 

Dzień, w którym Jean Dubuffet spojrzał na nią był dniem, w którym powstał nowy kanon kobiecego piękna. Najpierw jego wzrok przebiegł dość pospiesznie po jej nagim ciele, niejako z przyzwyczajenia, a może rutyny. Nagle się zatrzymał. I zobaczył wtedy coś, czego wcześniej nie widział: piękno, które nie potrzebuje kształtu, aby istnieć. W tym akurat momencie, jego spojrzenie stało się czułe, namiętne, głębokie. Mógł ją objąć ramieniem, była wszak tak blisko. Zamiast tego, wyjął pędzel i otulił ją rozmytymi barwami jak okrywa się kocem ukochaną osobę aby ochronić ją przed zimnem.  Mógł namalować ją tak, jak inni by tego chcieli. Jako posągową piękność z doskonałym ciałem i namiętnym spojrzeniem. Stworzyć kolejną dziewczynę z okładki, która nic nie znaczy. Mógł to wszystko zrobić, tylko po co?  

On, Jean Dubuffet – Buntownik zapłonął gniewem wobec zasad ustalonych przez innych i namalował ją tak, jak nikt nigdy dotąd tego nie zrobił. Zniekształcił ją, rozmył jej ciało, oblepił plamami, sprawił, że zniknęła. Ale czy naprawdę? – Piękno kobiecego ciała potrzebuje niewiele, aby zaistnieć. 

I takiego piękna pragnę. Nie estetyki Greków, którą znajduję, jako jedną z bardziej depresyjnych”– powiedział. W jego słowach słychać echo Hansa Prinzhorna, który w 1922 roku, publikując Artistry of the Mentally Ill, stwierdził, że istnieją tysiące możliwości na własną ekspresję, poza utartymi i akceptowalnymi kulturowo oraz społecznie sposobami.

L’Arbre de fluides, Jean Dubuffet, 1950

W chwili, gdy namalował serię aktów nazwanych po prostu „Corps de dame”, zrobił jeszcze coś więcej. Zawalczył o prawdę w przedstawianiu kobiecego ciała, na wiele lat przed tym, jak Dove odkrył, że nie wszystkie kobiety noszą rozmiar zero i że w zmarszczki nie należy wstrzykiwać botoksu. 

Najpierw był on. A potem cała reszta świata, która stara się za nim nadążyć, ale chociaż minęło wiele lat, to nadal pozostaje w tyle. 

Kobiety w oczach Dubuffeta.

Dubuffet pokazał, że ciało kobiety może być przedstawione tylko abstrakcyjnie, jako pewnego rodzaju gra, której zasady trzeba samemu ustalać, bo inaczej pozostanie na zawsze tylko oceną. Kolejną wytyczną, kolejną szufladą, do której zamyka się kobiety i nie pozwala się im stamtąd wyjść. 

Corps de dame, Jardin Fleuri, Jean Dubuffet, 1950

Świat Dubuffeta taki nie jest.  Jest za to prawdziwy. Aż do bólu.  Nie ma w nim sztucznego piękna, ani papki intelektualnej serwowanej niczym w McDonaldzie z substytutów, które tylko z pozoru wyglądają jak jedzenie. U niego nie ma miejsca na fast food intelektualny. Na bezmyślne przeżuwanie. On jest twardy i bezkompromisowy. Kiedy zabierał głos wszyscy milczeli. Wypełniał sobą, całą przestrzeń tak, że nikt już się w niej nie mieścił. Bo jak można upchnąć cokolwiek przy jego wizji świata, ulepionej z piasku, martwych motyli, piachu i wszystkich innych, milionów niepotrzebnych nikomu rzeczy? Jego świat jest wielki, bo zrodzony z rzeczy wzgardzonych przez innych, wyrzuconych na śmietnik, porzuconych lub zapomnianych. Jego obrazy są wynikiem poukładanych procesów filozoficznych, które nieustanne toczyły się w jego głowie, a nie chaosu myśli, jak niektórzy mogliby twierdzić, patrząc na niego jak szpera po śmietnikach z gracją francuskiego kloszarda lub zbiera żwir leżący przy torach kolejowych, którym potem, z dumą wypycha swoje kieszenie i zanosi do domu niczym najcenniejszy łup. Ma w oczach ten sam błysk, ten sam figielek, który towarzyszył mu w czasach, gdy nielegalnie szmuglował wina do okupowanego Paryża, aby potem sprzedać je żołnierzom Wehrmachtu. 

Kiedy w latach 50. media wmawiały kobietom, że bez talii osy i biustu Marilyn Monroe nigdy nie będą szczęśliwe, bo przecież od zawsze wiadomo, że bycie szczęśliwym i bycie pięknym jest wysoko skorelowane, Dubuffet toczył swoją własną krucjatę przeciw tej herezji. Zainspirowany być może Woman I – obrazem namalowanym przez Willema Kooninga- który, pewnego dnia wsiadł na gapę na pokład brytyjskiego statku, aby dostać się do Nowego Jorku-miasta odurzonego jazzem i nielegalnym alkoholem i gdzie po raz pierwszy zobaczył prace Matisse, de Chirico i wielu innych współczesnych mu malarzy Do nich należał, między innymi Arshile Gorky, z którym połączyła go wielka przyjaźń. 

Corps de dame, Jean Dubuffet, 1950

W kobietach Dubuffeta, nie ma tej wewnętrznej walki pomiędzy akceptowalnością, a odrzuceniem kobiecości, jak ma to miejsce w przypadku Kobiety Kooninga. Muzy Francuza nie walczą, kiedy nie muszą. Są ponad to. Są jak Paryżanki, które ubierają się, jakby od niechcenia, a jednak cały świat nie może oderwać od nich wzroku, zachodząc w głowę jak one to robią?

6
0
skomentuj
lubię!
przeczytane
378
razy

Surrealiści w Ameryce

Aby zrozumieć amerykańskich surrealistów, należy najpierw poznać kontekst francuski. W jakim sensie bez tego tła, nie byłoby w ogóle amerykańskiej awangardy ani dokonań szkoły nowojorskiej. Surrealiści byli przecież jej częścią, a wiele faktów i zdarzeń, jakie miały miejsce w tym przed i powojennym czasie, zaimplementowały ten kierunek w Stanach Zjednoczonych, dając znakomite efekty dokonań artystycznych, ewoluując także w kierunku figuracji i ekscentrycznej abstrakcji. 

Surrealiści w Ameryce, Jackson Pollock, Marsylia, 2021

Pretekstem do rozważań o amerykańskim surrealizmie jest wystawa w Marsylii, zorganizowana w niezwykłym miejscu, jak na wysoką jakość ekspozycji, czyli Centre de la Vieille Charité w samym sercu Le Panier. 

Surrealiści w Ameryce, Marsylia 2021

Wystawa oparta została na twórczościach, następujących artystów: Dali, Ernst, Tanguy, Pollock, Rothko, Johns, Bourgeois. Lecz byłoby wielkim uproszczenie, gdyby jednak, nie dostrzec wielu innych w tym pejzażu artystycznym, szerokiego tła dla Amerykanów, rodzimego źródła, opartego na intelektualnej tradycji i jednorodności myślenia. 

W latach 30 poeta Charles Henri Ford odkrył surrealizm na łamach „Transition”, wielokrotnie przybywał też do Paryża, gdzie spotkał takich artystów jak choćby Man Ray czy Lee Miller. 

W 1931 roku Julien Levy otwiera przy Madison Avenue swoją galerię. Pierwsze collage, które Nowy Jork zobaczy to prace Josepha Cornella.

Surrealiści w Ameryce, Man Ray, Marsylia, 2021

Pierwsza wystawa surrealistów w USA miała miejsce w Hartford. Nosiła tytuł: „The Newer Super-Realism”. Był listopad 1931. W tym czasie w Paryżu, surrealiście mieszkali w jednej kamienicy przy rue Blomet, dzieląc wspólny korytarz do toalety. Miró, Masson, Péret czy Desnos, mieli ze sobą niewiele wspólnego, łączył ich, nie tyle walący się dom, w którym mysie dziury zatykali pudełkami po biszkoptach, lecz chęć trwania w artystycznej wizji, którą można opisać jako żywot człowieka śpiącego na jawie… 

Ten magiczny fluid, który stał się choćby udziałem Roberta Desnosa, w dużym stopniu zainspirował Amerykanów. 

Po domu surrealistów przy rue Blomet nie ma dzisiaj śladu. Zeżarły go później buldożery. W miejscu słynnej pracowni, Joan Miró postawił Księżycowego Ptaka, na pamiątkę, że „tu się żyło i malowało, w atmosferze uniesienia i wrażliwości”.

Pierwszą wystawę w Ameryce miał Miró w East and West Gallery w San Francisco. Tuż przed nim, wspomniany Julien Levy zrobił pokaz filmu Buñuela (Pies andaluzyjski).

Wkrótce w galerii u Levy’ego pojawia się René Magritte.

Surrealiści w Ameryce, André Breton, Marsylia 2021

W sierpniu 1940 roku, Varian Fry, wynajmuje willę Air-Bel w Marsylii, gdzie znajdują schronienie André Breton i Victor Brauner, Leonora Carrington, Wilfredo Lam, Max Ernst. 

Fry był amerykańskim dziennikarzem. W Marsylii założył l’Emergency Rescue Committee. Jego misją było ratowanie Żydów. Status w Państwie Vichy w pewnym sensie pozwalał mu na taką działalność. Przerzut do Portugalii, a potem do USA był finansowany z wielu źródeł, w tym organizacji żydowskich, a w przypadku artystów za pośrednictwem fundacji Peggy Guggengeim. Przez willę Air-Bel, przewinęło się 2200 osób. Na skutek śledztwa jakie prowadził francuski oficer Maurice de Rodellec du Porzic, Amerykanin musiał opuścić Francję. Akcja została zakończona. Na liście uratowanych przez Fry’a artystów znaleźli się także Marc Chagall, Hannah Arendt, Wols, Roberto Matta, Heinrich Mann, Sophie Taeuber. 

Surrealiści w Ameryce, Mark Rothko, Marsylia 2021

W 1942 roku Pierre Matisse organizuje wystawę „Artists in Exile”, a wśród nich Ameryka ogląda największych jak choćby: André Breton, Fernand Léger, Amédée Ozenfant, Max Ernst, Piet Mondrian, Yves Tanguy.

W tym samym roku Guggengeim otwiera galerię ze zbiorem Art of This Century, której cztery sale przygotował Frederick Kiesler.

W 1945 roku, w Hugo Gallery Alexandre Iolas pokazuje Caldera, Duchampa, Ernsta, Légera i Tanguy. To ten sam Iolas, który redagował Transition, bodaj najbardziej poważny periodyk literacko-artystyczny, drukowany w latach 1927-1936, zapoznając czytelników z awangardą francuską i młodą literaturą amerykańską. Iolas był na wpół Niemcem, ale urodził się w USA. Mieszkał jednak pod Paryżem. To właśnie jego, zaatakowała Gertruda Stein, za to, że lansuje „typka spod ciemniej gwiazdy” jakim był wedle niej James Joyce. Mimo to, w 1935 roku zlecił tłumaczenie jej dzieł o Picassie, Braque. Stein nie znała francuskiego, pisała bardzo uszczypliwie, co sprowokowało do nazywanie jej przez wielu bohaterów tych powieści „Matką, gęsią z Montparnasse”.

Surrealiści w Ameryce, Yves Tanguy, Marsylia, 2021

Po wojnie wielu artystów wróciło do Francji jak Matta czy Dali. Lecz pewnego rodzaju ciągłość, związana z pobytem wielu z nich, utrwaliła styl na amerykańskiej scenie sztuki. 

Jeszcze w 1959 roku, Marcel Duchamp odwiedził Johnsa i Rauschenberga, dając im swoją lekcję poznania, rok później tenże Duchamp i Man Ray pokazują się w D’Arcy Galleries. Yves Tanguy osiada na zawsze w USA, stając się na zawsze twarzą amerykańskiej awangardy.

W 1964 roku, Louise Bourgeois pokazała swoje lateksowe rzeźby w Stable Gallery. 

Surrealizm w Ameryce, Alberto Giacometti, Louise Bourgeois, Marsylia 2021

Surrealizm gaśnie, staje się nurtem o słabszej wymowie. Rodzą się silne ruchy, które wytyczają nowe ścieżki w sztuce jak abstrakcja liryczna czy pop art. Dlatego takie twórczości jak Lee Bontecou, James Rosenquist, Alfonso Ossorio czy wspomniana Bourgeois muszą twardo przedzierać się przez gąszcz zachowań, na które zwróciła uwagę krytyka i galerie całego świata. 

 

Surrealizm w sztuce amerykańskiej, wystawa w Centre de La Vieille Charité, Marsylia, 2021

5
1
skomentuj
lubię!
przeczytane
304
razy

Jeff Koons w Marsylii

Znienawidzony i podziwiany. Pogardzany i adorowany. Uznany za beztalencie albo perfidnego manipulanta, żerującego na naiwności mas. Bohater naszych czasów. Komiwojażer i przedsiębiorca. Jeff Koons, symbol sztuki współczesnej i jej tysiąca aksjomatów. Spekulant na wagę złota, który jest zbyt pewny siebie, aby zbankrutować.

Jeff Koons, MUCEM, Marseille, 2021

Żaden z niego artysta, to hochsztapler, trzeba mu dokopać- powiedział odważnie pewien krytyk i zaraz potem umarł. Reszta grzecznie milczała, bo uznała, że apoteoza luksusu i kiczu w wersji przemysłowej to znak czasu, a zatem należy go zaakceptować.

Przypadek Koonsa to pole do spekulacji o kondycję sztuki współczesnej, jej nieustający rozwój i poszukiwania. Pewne wytwory, możliwe w jakimś sensie na gruncie sztuki, czy bardziej akceptowane przez systemy artystyczne, ze względu na status ich autora, dały początek procesu instytucjonalizowania produktu przemysłowego i uznania go za owoc trudu tworzenia.

Jeff Koons, MUCEM, Marseille, 2021

Jest taki postulat realizmu, który brzmi, że jedyną dostępną obiektywnością są nasze odczucia. W jakiś sposób ta definicja może dotyczyć replik bibelotów, które stały się wizytówką Koonsa. Były to pokolorowane figurki odlane ze stali, najczęściej odpustowe, albo korona ślubna, kufle i serca Jezusowe. Ex-voto razem z weselnym tortem stanowiły sztukę zamkniętego horyzontu, coś jakby reinhardtowskie: sztuka-jako-sztuka, choć nie sztuka. A więc uczucia, czy jednak przedmioty?

Ludzie otaczają się przedmiotami od początku istnienia. Próba oswojenia materii, zarówno na poziomie użytkowym jak i religijnym jest historią cywilizacji. Ludzie nie są w stanie żyć bez przedmiotów. Pozbawieni wrażeń sensorycznych umierają lub dostają obłędu. Każdy z nas potrzebuje materialnych rzeczy, którym nadaje niematerialne znaczenie. Poziom i jakość tych obiektów zależy od jednostki i jej wrażliwości. Dla jednych będzie to kiczowaty kubek z napisem „I love NY”, a dla innych szkic Picassa. To bez znaczenia. Wszyscy adorujemy rzeczy. Jesteśmy istotami stworzonymi, aby wielbić siebie samych, innych ludzi, przedmioty i bogów, których zradzamy z prędkością karabinu maszynowego. Nie potrafimy się z tego wyzwolić, szukamy kogoś lub czegoś, co jest ponad nami, by zapełnić panującą w nas pustkę. Niektórzy zapychają ją banalnością, niczym dzieci pochłaniające niebotyczne ilości waty cukrowej, doświadczając przy tym, tylko im znanej ekstazy, wywołanej przez wzrost insuliny we krwi. Pozostali, choć w miarę nieliczni, dostają intelektualnego orgazmu, czytając manifest Bretona. Kto ma rację? Nikt. Albo wszyscy.

Jeff Koons, MUCEM, Marseille, 2021

Mówi się o Koonsie, że jest banalny. Ale czym jest ta jego banalność? Bardziej wyrafinowanym słowem na określenie kiczu?

A może to nie on jest banalny, lecz my sami?

Banalność naszego życia, która dotąd toczyła się w czterech ścianach, ku naszemu przerażeniu, nagle ujrzała światło dzienne. Została wyniesiona na muzealny piedestał i obnażyła nas do końca. A może nie obnażyła, ale w końcu wyzwoliła?

– Nie odseparowuj się od wewnętrznego ja, ale przyjmij je, ze wszystkim, co ze sobą niesie – to słowa Koonsa, wypowiedziane podczas jednego z wywiadów, którego udzielił pod koniec lat 90. przy okazji słynnej kampanii marketingowej Art Magazine Ads.

Koons z tym przekazem o prozie życia pojawił się w światowej sztuce w latach 80. Zwrócił się do publiczności otwarcie i szyderczo. Tak, to ja. Ale też i Wy z waszym małym światem, w którym upchnęliście wszystko, co spotkaliście na drodze. Wszystkie te wasze pety, które po kryjomy wyrzucaliście przez okno w łazience, wasze ołtarzyki i muszelki, wasze wzniosłe uczucia, którymi obdarzyliście tych, których wydawało się wam, że kochacie, wszystkie wasze małe sprawy, dla których chcieliście oddać życie, ale tego nie uczyniliście, bo woleliście odurzać się Netflixem. Sięgnąłem po waszą banalność i wyniosłem ją tam, gdzie jest jej miejsce: na ołtarz uwielbienia.

Jeff Koons, MUCEM, Marseille, 2021
Jeff Koons, MUCEM, Marseille, 2021

Koons wie, że świat karmi się kiczem.  Że myśli na skróty. Że kocha banały i ludzi, którzy nie mają nic do powiedzenia. Rozumie masy jak nikt inny. Swojej publiczności nie szuka wśród osób stojących w kolejce do Tate, ale dłuższej, do pana sprzedającego na jarmarku tandetne talerzyki z różowym Manhattanem do postawienia na biurku jako bibelot ze służbowej podróży.

Koons prowadzi wyrafinowaną grę. Porusza się pewnie, niczym doświadczony kochanek. Tym razem to gra, a nie adoracja, powiedział. To znaczy ja gram, a wy wciąż adorujecie. Na tym polega zabawa.  Tylko dlaczego nie chcecie w nią grać? Jako jedyny daje wam szanse, aby grać w otwarte karty. Nie musicie udawać, że kochacie sztukę abstrakcyjną, rozumiecie Marcela Duchampa, na którego wiele przeciętnych gospodyń domowych będzie spoglądać i mówić – a w czymże jest on lepszy od innych? Zaoszczędzam Wam trudu myślenia. Dam wam czerwone, dmuchane serduszko na sznurku.

Jeff Koons, MUCEM, Marseille, 2021
Jeff Koons, MUCEM, Marseille, 2021
Jeff Koons, MUCEM, Marseille, 2021
Jeff Koons, MUCEM, Marseille, 2021

Motyw banalności pojawił się równolegle jako rodzaj symultanicznej ekspozycji. W Sonnabend Gallery w Nowym Jorku, w Donald Young Gallery w Chicago oraz u Maxa Hetzlera. Jednocześnie w trakcie wystawy, pojawiła się wspomniana już wcześniej kampania reklamowa na łamach Art Magazine Ads. Na jednym ze zdjęć, młody artysta siedzi w szlafroku na krzesełku ogrodowym, ma bose stopy, obok usadowiły się dwie foki z girlandami kwiatów. Nonszalancki kicz, patyna purytańskiej wstrzemięźliwości, kpina z rodzimego konceptualizmu, naiwna gra ze słów poważnych definicji sztuki jak choćby takiej, że: sztuka musi posiadać podwójną relację pojęciową – odnosić się do pojęcia zawartego w pojęciu, musi być metasztuką, sytuującą się wobec sztuki, zdefiniowanej przez nazwanie.

Tym samym Jeff Koons wysłał na emeryturę autorów tych teorii, lokujących intelekt odbiorców w bezgranicznej pustce pojęciowej, w tym Kosutha, którego refleksje nad sztuką konceptualną zatopiły mózgi wszystkich, którzy jeszcze próbowali jakoś definiować zjawiska artystyczne końca XX wieku.

Jeśli dla Sol LeWitta, maszyną stwarzającą sztukę była jakakolwiek idea, to Jeff Koons świetnie to zrealizował. Postawił trzy odkurzacze w plastikowym pudełku, zawiózł je do Francji, a tam przecież najlepiej wiedzą, że o sztuce, tak jak o kuchni, można powiedzieć wszystko albo nic. W obu tych przypadkach, pozostanie pewien niedosyt. Znany doskonale tym, którzy zbyt wcześnie wstali od stołu i nie tylko ominął ich deser, ale i bursztynowy Armagnac, kołyszący się w krągłych kieliszkach, niczym biodra Nigeryjek.

Każdy, kto przyjeżdża do Francji, musi się z tym fenomenem zmierzyć. Nie można bowiem zrozumieć tego kraju, który z tak prozaicznych rzeczy jak jedzenie czy malowanie, uczynił sztukę porównywalną jedynie z wielką literaturą japońską, w której to proste historie zwykłych ludzi, opowiedziane są wykwintnymi metaforami, nad którymi pochylają się potem filozofowie tego świata. Starają się oni przez nie przedrzeć, niczym turyści przez menu we francuskiej restauracji, gdzie nazwy potraw nie dają żadnej podpowiedzi, co do ich składu czy formy podania.

Jeff Koons jest bardzo jasny w tym przekazie. Jak w paryskim bistrot. Jestem piękny, nonszalancki i dziecinny. Uwielbiam pieski, Matkę Boską i glazurowane kubki.

Myślicie, że nie znam Rembrandta? Tak, znam. Ale to mój piesek jest właśnie z Waszego świata.

Jeff Koons, MUCEM, Marseille, 2021
Jeff Koons, MUCEM, Marseille, 2021

Fetysze, przedmioty i symbole. Jak ten lobster do góry nogami. Lobster to kobieta. To też mężczyzna. Nie wiadomo. Kim jest lobster? U Baselitza na przykład każdy, kto stoi do góry nogami, ma różną płeć. Ludzie nie zastanawiają się, czy artysta namalował go „normalnie”, a potem odwrócił obraz. Bo kiedy odwrócimy, odwrócony portret okaże się, że jest nienaturalny. Zatem Baselitz malował je odwrócone od samego początku. Lecz przy okazji lobstera, nie mamy takiego dylematu. Jest nadmuchany. Od samego początku stoi jak chce. A zatem jest kobietą.

Inaczej jest z wnętrzem bretońskim. Koons stworzył model kuchennego wnętrza, wiejskiego salonu i kuchni, jaki znamy ze starych chat Bretanii, opisów literackich jak to wnętrze w Pouldu, gdzie Paul Gauguin i jego holenderski kumpel Meyer de Haan, gotowali kapustę z cebulą oraz palili skręty. Obiekt Koonsa, został zainspirowany domem bretońskim z Goulien, w rejonie Finistère, pełnego bogactwa w drewnianym wykończeniu, detalach i elementach użytkowych, z półkami pełnymi kolorowych naczyń, garnkami i nieodzownym wszak w kuchni klozetem.

Jeszcze w latach 80. Koons odkrył stal, jako materiał do swoich „gotowców”. Ten gatunek w sztuce, obecny wszak znacznie wcześniej stał się dla Koonsa odkryciem, fenomenem. Używał go z innym przeznaczeniem, niż poprzednicy, bo w jakimś sensie nie chodziło mu o rodzaj komponentu, lecz iluzję, że mamy do czynienia z aluzją do kampanii merketingowych.

Tak się stało w przypadku Travel Bar, kompozycji składanej walizki z naczyniami, otwieraczem i samymi butelkami.

Ktoś nazwał to: dialogues on self-acceptance. Można przyjąć taką wersję rozumienia jego przestrzeni artystycznej, w której się porusza, gdyby nie fakt, że kierowanie się w stronę marketingu jest zjawiskiem nieznanym w dziele sztuki, albowiem wywodzi się z działań rynkowych, a nie z idei absolutnej.

Dla Koonsa taka idea, niemożliwego i nieosiągalnego zobrazowania sztuki w fizycznym kształcie przedmiotu stała się odwrotnością wszelkich definicji. A zatem jest słynny clown Mimile, dmuchający w balonik w roku 1960 i różowy, współczesny piesek, nadmuchany przez Koonsa. Neo-kicz, czy raczej orkiestra z rozpisanymi na setkę partytur, wielkimi aranżacjami sztuki?

 Geniusz, kpiarz czy doskonały dyrygent we współczesnym marketingu. Nowe uczestnictwo w sztuce? Byłoby nieroztropnością nie zauważyć, w jaki sposób Jeff Koons nami dyryguje.

Na marginesie wystawy: Jeff Koons w MUCEM, Muzeum Cywilizacji, Marsylia 2021

6
0
skomentuj
lubię!
przeczytane
629
razy

Emin i Munch

Czasem ludzie czekają całe życie, aby się spotkać. Czasem ich życia się mijają i nigdy nie będzie im dane zamienić ze sobą choćby jednego słowa. Czasem, mimo że się nie widzą, to znają się na płaszczyźnie, która jest znacznie głębsza niż spojrzenia, rzucane ukradkiem znad talerza podczas kolacji. Doświadczają bowiem porozumienia zawieszonego, gdzieś pomiędzy tym, co spływa spod pędzla, a tym, czym karmi się dusza.

Tracey Emin/Edvard Munch – The Loneliness of the Soul’, Royal Academy of Arts, London 2021

Dokładnie sto lat dzieli Tracey Emin i Edvarda Muncha. Nigdy się nie wiedzieli. Nigdy nie poszli razem na kawę. Nigdy nie usiedli razem z talerzem smażonej ryby na kolanach i nie porozmawiali o błahych rzeczach, z których składa się życie każdego człowieka. Nigdy nie poszli razem na spacer wzdłuż szarego norweskiego morza, które zdaje się być bardziej bezkresne i samotne, niż dusze wszystkich artystów świata razem wzięte. Ne mieli szansy, aby spojrzeć sobie w oczy i przyznać, że największy ból sprawiła im samotność doświadczana ze strony bliskich im osób. Że ból stał się im bliższy niż dotyk. Mimo to, Ona pokochała Jego. A On? Tego pewnie nigdy się nie dowiemy.

Tracey Emin/Edvard Munch – The Loneliness of the Soul’, Royal Academy of Arts, London 2021

Kocham Muncha od kiedy skończyłam 18 lat – przyznała w jednym z wywiadów Tracey Emin. Powiedziała to, będąc już dojrzałą kobietą, zarówno od strony artystycznej jak i ludzkiej. Kobietą, która wie, jak namalować coś więcej niż tylko ból i udrękę, wynikającą  z przeżytych traum. Wie, jak malować początek i koniec wszystkiego, co powstało w zakamarkach jej głowy. Jak wejść, tym samym w optykę Muncha i w jego sposób patrzenia na świat, zachowując jednocześnie swoją własną percepcję. Świat, który widzi Emin, na pierwszy rzut oka może wydawać się odległy od rzeczywistości, w której poruszał się Munch. A jednak, w jakiś przedziwny i ponadczasowy sposób, jest taki sam. Jakby zrodzony z tego samego łona. Jest tak samo klaustrofobiczny, szczelnie otoczony murem bolesnych zdarzeń, które trzymają mocniej niż stalowe obręcze. I to wszystko widać, nie tylko w tematyce ich obrazów, ale także w sposobie malowania. W zarządzaniu kolorem. W sposobie nakładania farby. W doborze barw. Oboje używali mocnych pociągnięć pędzla. Gwałtownymi ruchami kreślili świat, który był w nich. Pozwalali farbom spływać po płótnie niczym łzom po policzkach. Nakładali warstwy mięsistych kolorów. Uzupełniali je symbolami, tworząc przestrzeń do interpretacji.  Inspirowani słowami Hansa Jægera – „Pisz życiem„, przenosili na płótna doświadczenia ich własnej codzienności. Takiej jaka była. Bez upiększeń. Bez czynienia jej łatwiejszej w odbiorze. Mając za nic fakt, czy komuś to się spodoba, czy nie. Czy ktoś zada sobie trud, aby zobaczyć coś więcej niż tylko pierwszą warstwę farby.

Tracey Emin/Edvard Munch – The Loneliness of the Soul’, Royal Academy of Arts, London 2021

Walka z samotnością Tracey Emin trwa nadal, choć wiele ma już za sobą. W pewien sposób udało się jej pozamykać pewne sprawy z jej dzieciństwa, czy wczesnej młodości, które niczym cień ciągnęły się za nią przez lata. Udało się jej wypracować w świecie artystycznym pozycję, o której wielu współczesnych artystów może jedynie marzyć. Jej obrazy i instalacje można oglądać w najbardziej prestiżowych muzeach świata, a jej nazwisko umieszcza się w leksykonie sztuki brytyjskiej, wśród takich postaci jak Turner czy Bacon. Droga Muncha dobiegła już końca. Powiedział i namalował już wszystko. Nie pozostało już nic. Również napisano już o nim wszystko. Zinterpretowano jego prace pod każdym względem i pokazano jego twórczość na całym świecie. Czy można coś jeszcze dodać? Chyba nie. Można jedynie sprawić, że w końcu tych dwoje ludzi, tak bliskich sobie, w końcu się spotkali. Emin i Munch. I tak się też stało. Spotkali się w Royal Academy of Arts na wspólnej wystawie The Loneliness of the Soul.

Samotność duszy. A nie dusz. Jedna samotność. Jedna dusza, choć żyjąca w dwóch ciałach.

Tracey Emin/Edvard Munch – The Loneliness of the Soul’, Royal Academy of Arts, London 2021
Tracey Emin/Edvard Munch – The Loneliness of the Soul’, Royal Academy of Arts, London 2021

Tracey i Edvard w końcu spojrzeli sobie w oczy. Zrobili to jednak na poziomie najbardziej intymnym o jakim można pomyśleć. Na poziomie sztuki. Na poziomie wspólnego tworzenia, choć oddzielnego. Nie każda para może pisać czy malować razem. To się prawie nigdy nie zdarza. A jeśli już, to bardzo rzadko. Artyści są przeważnie trudni, aroganccy i pewni siebie. Nie znoszą konkurencji, nawet ze strony ukochanych osób. Tak było w przypadku Dory Maar i Pabla Picasso, Barbary Hepworth i Bena Nicholsona, do pewnego stopnia również w historii Niki de Saint Phalle i Jeana Tinguely’ego. I wielu innych par, których sztuka połączyła i rozdzieliła na zawsze. Artyści rzadko zgadzają się na wspólne wystawy. Rzadko, wspólne wystawy ogląda się jak jedną. Przeważnie jest to zlepek prac, które coś łączy, ale do końca nie wiadomo co. Wystawa Munch i Emin jest dowodem na to, że jednak dwoje utalentowanych ludzi może nie tylko odbierać świat podobnie, ale tworząc oddzielnie, opowiedzieć jedną i tą samą historię. Ich obrazy pasują do siebie niczym puzzle jednej układanki. Mimo, a może dlatego, że wśród prac Muncha nie ma tych najsłynniejszych, które większość osób zna z t-shirtów, czy kubków z kalkomanią. Patrząc na ich obrazy ma się wrażenie, jak gdyby wyszły one spod ręki tej samej osoby, a przecież są tak różne. Między Munchiem a Emin nie ma relacji „mistrz – uczeń”. Jest partnerstwo. Spotkanie dwóch światowej klasy artystów mających coś do powiedzenia. Żaden z nich nie pozostaje w cieniu drugiego. Związek doskonały.

Tracey Emin/Edvard Munch – The Loneliness of the Soul’, Royal Academy of Arts, London 2021

Wystawa w Royal Academy of Arts to również dowód na to, jak świetnie Emin maluje. To pokazanie światu, że Tracey to nie tylko pani od prowokujących instalacji, ale przede wszystkim dojrzała malarka. Świadoma każdego ruchu pędzla. Nie trzeba być historykiem sztuki aby to zobaczyć. Po płótnach Muncha melancholia i samotność spacerują ręka w rękę. Tam, w odróżnieniu od Emin, łzy są przykryte. Subtelnie schowane pod warstwą symboli czy scen, które wysuwają się na pierwszy plan.

Zarówno Munch jak i Emin to doskonali portreciści. Ich autoportrety pokazują jednak coś więcej niż tylko ich zewnętrzną aparycję. Obydwoje mają zdolność malowania tego, co jest w środku nich, czyniąc jednocześnie ich własny świat, uniwersalnym. Dającym każda możliwość wejścia w mrok ich duszy.  Munch mówił często, że demon powstaje z piwnicy jego serca, Emin natomiast, że zaczynając malować siebie kończy na wszechświecie. W ten sposób te dwie samotne dusze stworzyły jedno.

Tracey Emin/Edvard Munch – The Loneliness of the Soul’, Royal Academy of Arts, London 2021

Obydwoje sięgali po niewygodne tematy, takie jak przemoc, starzenie się, izolacja. Mieli odwagę pokazania siebie w najbardziej intymnych momentach. W chwilach całkowitej bezbronności. Munch pokazał siebie zbroczonego krwią na The Death of Marat, Tracey uwieczniła swoje krwawiące krocze na This is Life Without You — You Made Me Feel Like This”. Mimo, że te dwa obrazy dzieli prawie sto lat (1907 i 2018) , są one jedną opowieścią. Mówią o ludziach zmiażdżonych przez ból, który zadali im inni.  Mówią o swojej i twojej rozpaczy.

Kolory, których używają są nieprzewidywalne, jakby niepasujące do siebie. Są agresywne i dzikie. Pełne warstw, nie do końca czytelnych. Emin bardzo często „zostawia” białe tło na swoich obrazach, zawieszając niejako na nim kompozycję. Czyni ją przez to, na pozór bardziej lekką. Daje szansę widzowi odwrócić wzrok. Wejść na tyle głęboko, na ile jest on przygotowany. Munch na odwrót, wypełnia płótno po brzegi. Nie zostawia nic, co mogłoby odwrócić wzrok, choć na chwilę pozwolić przechodniowi zinterpretować obraz inaczej, niż było to w zamyśle Muncha. Rozpina on na blejtramie całe swoje życie. Wystawia je na pokaz.  Czyni siebie i swoje prace jeszcze bardziej bezbronnymi.

Obydwoje, Emin i Munch, ze smutku uczynili punkt wyjściowy. Od niego wszystko się zaczęło. W przypadku Edvarda – od śmierci matki i siostry, kiedy był jeszcze małym chłopcem, w przypadku Tracey od odejścia ojca i gwałtu, którego doświadczyła będąc nastolatką. Żadne z nich nie odważyło się wyjść poza te doświadczenia. Zostali na zawsze niewolnikami swojego świata i demonów z którymi do pewnego stopnia nauczyli się żyć.

Tracey Emin/Edvard Munch – The Loneliness of the Soul’, Royal Academy of Arts, London 2021

8
1
skomentuj
lubię!
przeczytane
646
razy

Okno i powieść – oto Henri Matisse

W oczekiwaniu na Barbizony rozkoszy, czyli jak to powiedział Louis Aragon „bijące serce pod mostem skał”, bo oto właśnie unosi się spektakl niezwykłych obrazów do obejrzenia. Matisse comme un roman – taki tytuł nosi nowa wystawa, ukazująca kompletny dorobek tej niezwykłej osobowości w sztuce.

Paryż dźwiga, zresztą nie pierwszy raz na swych barkach, twórczość Henri Matisse, ten olbrzymi potencjał, który naznaczył ścieżki współczesności, zainfekował rozumy wielu artystów, a przede wszystkim wdarł się do powszechnej świadomości, że mamy do czynienia z czymś wielkim.

Matisse comme un roman, Centre Pompidou, 2020

Pośród wszystkich przypadków w sztuce współczesnej, tylko ten jeden, stanowi niezwykły wyłom w umyśle, na podobieństwo istnienia Człowieka – Źródła, akurat wtedy, kiedy trafiamy na ślad Jego stopy, wałęsając się po bezludnej wyspie.

Matisse comme un roman – to fraza wzięta z Aragona właśnie. Powieść, bo przecież każde dzieło malarza jest jakąś powieścią, on sam był poniekąd wielką epopeją, samotnym żeglarzem, kapitanem, śpiewakiem na scenie, jedynym w swoim rodzaju światłem, które wskazuje drogę. Przy tym skromny, niepozorny, nie dający odczuć, że mamy przed sobą czysty brylant, napięcie życia, znak wśród gwiazdozbiorów.

I oto przed nami wielka powieść. Matisse:

Henri Matisse comme un roman, Centre Pompidou 2020

I

Mijałem białe domy w Bayonne i wille tonące w ogrodach, w Saint-Jean dopadły mnie zapachy pomarańczy, opuncji i smażonych sardynek, a wszystko pomieszało się z tą arią dobiegającą zza otwartego okna, gdzieś w starym domu przy ulicy Ravela.

Jestem w Ciboure z pysznym widokiem na zatoczkę pełną łajb i motorówek.

To chyba „Godzina hiszpańska”, sam nie wiem do końca. W tym starym domu przy ulicy Ravela, pod numerem 38 mieszkał niegdyś malarz Henri Matisse, zaś tamten muzyk urodził się nad tą zatoką, na szlaku Jakubowym, w czasach, kiedy zaczęto budować koleje, a w Nagasaki postawiono telegraf.

Pysznią się z dala, pastelowe domy w Donostii, błyszczy się krzyż znad jej katedry. Teraz biorę ze sterty kanapek, jedną ze smażonym dorszem, a drugą z papryką. Czas na pintxos. A może czarną kiszkę z Ciboure, dziedzictwo tutejsze, robioną u mistrza Pantxoa Aizpurua? Nie wiem. Przemyślę.

Dopijam moje wino. Słońce wciąż przygrzewa, dziewczyny w kolorowych sukienkach idą po deptaku wyśpiewując bez taktu ani talentu o fasoli, która wpadła do szklanki tego pana z pierwszego piętra. Czeka mnie jeszcze spotkanie z Pierre Loti. Ma w Hendaye swoją ulicę, bo niegdyś tam mieszkał. Pisał w Le Figaro w odcinkach, jak Prus zupełnie, historie nie z życia, lecz wzięte z bajek o miłości i targających młodego człowieka namiętnościach. Pisał o Tahiti, o Nagasaki, o tym jak cudnie jest marzyć i podróżować. Miał brata, który fotografował Maorysów. Jego zdjęcie miał w swoim domu Paul Gauguin. Pierre Loti napisał „Raraku”. Tę historię przeczytał Gauguin i zapragnął popłynąć do miejsca, gdzie się toczyła. Na Tahiti właśnie…

Henri Matisse comme un roman, Centre Pompidou, 2020
Henri Matisse comme un roman, Centre Pompidou, 2020

II

Nagle dostrzegłem w przedziale jakiegoś pana w okularach i białą brodą. Wcześniej go nie było, może dosiadł się, kiedy przysnąłem? Popatrzyłem przez okno, a tam raban wielki na dworcu Bordeaux Saint-Jean, mnóstwo gestykulujących ludzi, trąbiące samochody, tłum wojska i konie na uprzęży. A więc to wojna. Mamy wszak wczesne lato 40-tego. W Bordeaux dosiadł się do mnie zatem Henri Matisse. To ten pan z białą brodą i w okularach. Teraz się lekko uśmiecha, widząc moje zaniepokojone spojrzenie. Jedziemy do Ciboure. Może spędzimy tam resztę lata, a może i zimę? Matisse namaluje wtedy swój czerwony pokój z widokiem na ogród i zatokę, a ja w wolnej chwili upiekę chleb z cebulą, zapakuję do plecaka, także butelkę wina, podjadę z tym bagażem do Cité Merveilleuse, gdzie umówiłem się na spotkanie z Albertem Durandem, handlarzem z Bayonne, który wynajmuje mieszkania artystom i w zasadzie każdemu, nawet kiepskim pisarzom, o ile mogą mu zapłacić, a potem dołączy Lydia. Podejdziemy na plażę, zjemy mój chleb z cebulą i zanurzymy się w zimnych wodach Atlantyku…

Henri Matisse comme un roman, Centre Pompidou, 2020
Henri Matisse comme un roman, Centre Pompidou, 2020

III

Matisse przybył do Ciboure po dwóch dniach spędzonych w Golf Hotel w Saint-Jean-de-Luz. Obie miejscowości dzielą ledwie minuty. Spacer z dworca w Saint-Jean do Quai Ravel zajmuje kwadrans. Wcześniej ta ulica nazywała się Pocalette. Ale w 1930 roku władze gminy nadały jej imię wielkiego muzyka.

W roku 1864 otwarto linię kolejową Paryż -Irun. Biegła właśnie przez Ciboure, Hendaye, prosto do hiszpańskiej granicy. Wielu artystów w owym czasie postanowiło skorzystać z tej okazji i odwiedzić krainę Basków. Na przełomie XIX i XX wieku powstała tam nawet „Groupe des Neuf”. Nie była klasyczną grupą, szkołą, lecz luźnym związkiem kilku malarzy, którzy obsesyjnie poszukiwali światła i plenerów, mniej oglądając się na kolegów. Była to jednak grupa artystycznych mocarzy: Ramiro Arrure, Perico Ribera, René Choquet, Jean-Gabriel Domergue i wreszcie najsławniejszy spośród nich czyli Georges Masson.

I teraz Matisse pisze na kawałku karteczki: „…jestem w Ciboure, mieście rodzinnym Ravela, klimat wilgotny, gorąco. Obawiam się, że będę tu musiał zostać na dłużej”.

A w liście do Simon Bussy: „…nie robiłem nic od kwietnia. A teraz stoi przede mną dwadzieścia płócien, większość nieukończonych, oprócz jednego…”

Henri Matisse comme un roman, Centre Pompidou, 2020

W Paryżu kupił bilet do Brazylii. Miał już wbitą wizę do paszportu. Niemcy stali u wrót Paryża. W pierwszym tygodniu maja zdeponował swoje obrazy w chłodnej piwnicy Banque de France. Wsiadł do pociągu jadącego do Bordeaux. Wcześniej jednak zatelegrafował do Francisco Borèsa w sprawie wolnych hoteli w Saint-Jean-de-Luz.

Borès brał udział w wystawie w 1927 roku w Galerie Percier, gdzie poznał marszanda Léonce Rosenberga, w domu jego brata Paula, miał teraz Matisse schronić się na kilka dni. Jednak w ostatniej chwili malarz zmienił zdanie i po dwóch dniach pobytu w Golf Hotel, przeniósł się do Ciboure. Statek, mający go zawieźć do Ameryki odpłynął bez niego…

Do Bordeaux wkroczyli Niemcy.

Lidia wspominała: nie lubił tego miejsca…

Matisse: kocham malować we wnętrzach…

Henri Matisse comme un roman, Centre Pompidou, 2020

IV

Henri Matisse przypłynął na Wyspy Towarzystwa w końcówce marca 1930 roku. Niemal w tym samym czasie, na fasadzie dawnego domu Gauguinów przy Notre Dame de Lorette umieszczono tablicę, upamiętniającą miejsce narodzin malarza. Matisse o tym nie wiedział. Ale oglądał za to, wystawę prac Gauguina w Muzeum Luksemburskim, a także słyszał o jego retrospektywie w Wenecji na Biennale.

Festiwal sławy Paula Gauguina dopiero się rozpoczął i sędziwy postimpresjonista, postanowił poszukać światła na Pacyfiku. Tego światła…

Matisse wsiadł na parowiec Tahiti, który pomknął ekspresowo po oceanie, obsługując linię: San Francisco – Sydney i skierował się na królewską wyspę, Francuskiej Polinezji.

W Papeete zainstalował się w hotelu Stuart. Był tam w towarzystwie Pauline Oturao Aitamé, znanej jako Pauline Schyle, modelki którą pamiętamy choćby ze słynnego manuskryptu „L.A.S avec dessin, Nice 17 juillet 1950 à Mme Pauline Schyle…”

Na tę wyprawę, zabrał ze sobą Matisse, także aparat fotograficzny. I od razu, niemal zaraz po swoim przybyciu, zanotował: z mojego tarasu mam wspaniały widok na góry i zatokę. A światło jest tu bajeczne.

Henri Matisse comme un roman, Centre Pompidou 2020

 Henri Matisse to jeden z największych malarzy w historii. Z pewnością należał, obok Picassa do najbardziej wpływowych w XX wieku. Nie brakuje go w żadnym podręczniku do historii sztuki, jest także filarem, każdej wystawy o sztuce współczesnej. W swoim długim życiu, przewędrował wiele zakątków Francji, miał chyba poczucie, że opanował wszystkie kolory i poznał całe światło. A jednak na Polinezji, staremu i doświadczonemu artyście, przyszło mieć taką oto refleksję: każde światło daje inną harmonię, a tu jest wyjątkowe. Bo to inny, rodzaj otoczenia, inny rodzaj atmosfery. Światło Pacyfiku jest pucharem pełnym prawdziwego bogactwa, z którego można czerpać dowoli i upijać się jego blaskiem oraz czystością.

Stary Matisse zrozumiał Gauguina. Twierdził wprawdzie, że nigdy nie chciał płynąć na Polinezję, lecz dokładnie na Galapagos, ale i tak mu nikt nie uwierzył.

Do wizyty w Papeete, namówił go Marc Chadourne, pilot wojenny, pisarz, tłumacz Conrada i przy okazji, zarządca poczty francuskiej w Oceanii.

Jeśli z obrazów Gauguina bił blask, to mógł Matisse sprawdzić na miejscu, skąd biło jego źródło. W roku 1906, podczas Salonu Jesiennego w Paryżu oglądał obrazy, wystawione tam przez Daniela de Monfreida. Wypowiadał się o nich pochlebnie, choć jak na zazdrosnego artystę przystało, robił to z lekkim dystansem.

Trochę przypadkiem, kroczył teraz śladami Gauguina. Jadał na przykład w restauracji Tiaré na rogu ulic Romparts i La Petite Pologne, gdzie Gauguin mieszkał jakiś czas, podczas swojego pierwszego pobytu. Dziś to ulica już jego imienia, oczywiście…

Matisse spędził na Tahiti w sumie 2,5 miesiąca. Szkicował, rozmyślał, spacerował. Prawie nie malował. Za to, dużo fotografował.

Właśnie wtedy spotkał Friedericha Wilhelma Murnau. Absolutnego geniusza, mistrza kina, wielkiego artystę i wizjonera.

Reżyser przypłynął na Tahiti, na swoim jachcie prosto z Markizów, gdzie na Taiohae, w dawnym domu Hermana Melvilla szukał wyraźnego natchnienia.

Henri Matisse comme un roman, Centre Pompidou 2020

Na Tahiti przypłynął także, ale statkiem, Robert Flacherty, współproducent ostatniego filmu Murnau, który kręcony był właśnie na Tahiti. Chodzi o Taboo, filmowy dramat historyczny, zrobiony z wielkim rozmachem, którego akcja rozgrywała się dokładnie na Bora Bora. Pewien poławiacz pereł o imieniu Matahi, zakochał się nieszczęśliwie w Reri. I ona go także obdarzyła gorącym uczuciem, ale została jednak na zawsze dziewicą, a to za sprawą złego czarownika Hitu, który upatrzył sobie tę piękną dziewczynę i pragnął uczynić z niej swoją kapłankę. Ta oczywiście tego nie chciała, bo kochała Matahiego. I tak dalej… Film był cholernie długi, a nawet zrobiono go w dwóch częściach. Przyniósł Oscara reżyserowi, ten jednak zginął w wypadku samochodowych i go nie już zdążył odebrać…

Henri Matisse comme un roman, Centre Pompidou, 2020

V

Jest taka scena w pewnym filmie, w reżyserii Marcela Carné, gdzie Jean Gabin siedzi w kinowej sali, a tam wyświetlają Taboo.

Murnau będąc w Atuonie na Hiva Oa, odwiedził grób Gauguina.

To był ładny gest z jego strony, ukłon w stronę malarza, z którym artystycznie nic go nie łączyło, ale czuł do niego wielki podziw.

Patrząc na jego filmy wiemy, że z pewnością posiadał wielką wrażliwość malarską. Potrafił zobaczyć światło i kolor. Jego fotografie, choć czarno-białe, mówią więcej o urokach tropików niż niejedno, zrobione w kolorze całą epokę później. Są plastyczne i sugestywnie malarskie. Podobnie „rozbarwione” są jego filmy, choćby „Nosferatu” czy „Wschód Słońca”.

Czuć w nich wielki urok starych mistrzów. Subtelność, siłę, jednocześnie ulotność i spokój biegnącej natury. Obrazy Friedericha Murnau są przygniatające z tą otwartością. Genialne.

Czarno-białe malarstwo. Na kliszy. Siła fotografii.

W Punaauia zbudowano dla reżysera szopę, a w nim laboratorium, gdzie technicy wywoływali naświetlony materiał zdjęciowy.

Szopa stanęła, tuż obok dawnego atelier Gauguina, na terenie marae, świętego miejsca Maorysów, co oczywiście nie spodobało się okolicznym mieszkańcom.

Murnau i Matisse spędzili razem pełny tydzień na Tahiti Iti. Stało się tak dlatego, że Murnau szukał jakiegoś „dzikiego” miejsca, odległego od cywilizacji. Na Iti zabrał więc ze sobą francuskiego malarza.

Spędzali czas błogo i beztrosko.

To właśnie na tym motu, powstał słynny portret Matisse przed pandanusem, bardzo piękne i wysublimowane zdjęcie, które zrobił malarzowi sam Friedrich Murnau. Obaj złapali chemię. Pomimo różnych charakterów, narcyzmu niemieckiego reżysera i skrytości Francuza, świetnie się dogadywali, czuli wzajemną atencję. Rozumieli się bez słów.

To było ich jedyne spotkanie. Kiedy Matisse wrócił do Francji, oglądał Taboo kilkakrotnie. Film budził w nim nostalgiczne wspomnienia.

Wcześniej, przed wypłynięciem do Marsylii, odwiedził jeszcze Tuamotu, jeden z najbardziej olśniewających archipelagów Polinezji. Popłynął tam na jachcie Mouette. To z jego pokładu, zrobił niezwykłe zdjęcie ptakom: l’œil de l’oiseau, bo tak dokładnie napisał później na odwrocie tej fotografii.

Dotarł wtedy do koralowego atolu Fakarava, a później Apataki.

To dwie bajeczne wysepki, uznane przez Le Figaro za absolutne arcydzieło natury.

Pisał z przejęciem: widziałem jakby dwa pejzaże obok siebie. Jeden powyżej tafli wody z fruwającymi ptakami i palmami sunącymi po niebie, jakby oderwanymi od swoich korzeni. I ten drugi, tuż pod wodą o kolorze zielonego jadeitu. Przeźroczystą, gdzie wiją się algi i madrepora, gdzie różowe i fioletowe korale, ryby cudowne we wszystkich barwach na beżowym tle…

Tej barwy, a właściwie beżu, Matisse użył w 1946 roku do swoich projektów na tkaninę: Océanie le ciel oraz Océanie la mer.

Powiedział jakiś czas później: tak jak Gauguin widział w tym krajobrazie jedynie vahinę ubraną w pareo, gdzieś przy kolorowej chacie, tak mnie to w ogóle nie interesowało. Widziałem tam tylko światło, przejrzystość nieba i wody.

Chyba się tłumaczył. Bo przecież nic specjalnego, wtedy podczas pobytu, ani później nie zrobił. Przybył na Tahiti trzy dekady po Gauguinie. Wszystko, co można było wydobyć z tego miejsca, zrobił już malarz z ulicy Notre Dame de Lorette. Nikt nie chciał widzieć Polinezji w inny sposób. Dla całego świata, jej symbolicznym odbiciem, stało się malarstwo Gauguina.

Matisse nigdy nie był zmysłowy. Nie potrafił dotykać pędzlem jak Gauguin. Polinezja go oczarowała. I powiedział nawet do Brassaïa, że trzy miesiące po powrocie nie tknął sztalugi. Nie mógł malować. Tkwił w bezczynności. Był zaczarowany: wróciłem z pustymi rękami. Wchłonąłem świat Oceanii jak gąbka. Niezwykły i czysty.

A potem jeszcze napisał: ciut, krok po kroku, chciałbym stworzyć mój świat Oceanii.

Powstały tkaniny: Polynésie la mer, Polynésie le ciel. Różne figuracje. Głównie kobiet. I ten widok z okna hotelu Stuart, a także ptaki z podróży do Tuamotu.

Henri Matisse comme un roman, Centre Pompidou, 2020

VI

Uciekał od Gauguina. Bardzo chciał uciec.

Kiedy tworzył Polynésie le mer, były lata czterdzieste. Gauguin miał już w Paryżu pośmiertną wystawę na swoje stulecie urodzin. Jego obrazy podziwiali ludzie na całym świecie, od Bazylei, Kopenhagi, Londynu po Quimper i Paryż właśnie. W 1952 roku muzeum w Luwrze zakupiło „Wieś bretońską w śniegu”.

W tym samym czasie, legendarna kolekcja księcia Matsukata również trafiła do Luwru. Na oczach zauroczonego Matisse, obraz Gauguina Te tiai na oe i te rata został sprzedany za 180 milionów franków.

Wiosną 1940 roku w Ciboure napisał: …jak dobrze, że wtedy kupiłem aparat fotograficzny. Pozwolił mi zachować w pamięci te wszystkie cudowne obrazy, które tam widziałem. Bo na Polinezji zobaczyłem globalną pełnię. Nigdzie indziej nie doświadczyłem tyle światła, barwy i niezwykłości zapachów. Wciąż pamiętam pierwszy widok z okna mojego hotelu w Papeete. Góry i zieleń Tahiti. Dopóki tam nie pojechałem, nie wiedziałem, że fruwają ptaki na niebie. Nie widziałem czystej natury. Znalem tylko tematy do malowania…

Tuamotu utkwiło na zawsze w sercu starego malarza.

Wystawa w Centre Pompidou jest celebracją mistrzostwa. Pojęcie un roman, znaczy też w tym przypadku całkowity i idealny. Dopełnienie całości. Potężny katalog zawiera liczne teksty poświęcone artyście, zawiera też analizę i wspomnienia, krytyczne odniesienia i fragmenty większych form literackich, takich osobistości jak Louis Aragona, Clement Greensberg, Charles Lewis Hind, Jean Clay, Dominique Fourcade. Matisse jawi nam się jako artysta pełny: malarz, rysownik, projektant, pisarz, fotograf.

Nie ma tu żadnego balansu, przekroju, wybiórczości. To wspaniały zestaw, właściwie wszystkiego.

Matisse w każdej postaci, wielki i namacalny. Wszyscy powinni tę wystawę zobaczyć…

Paryż, Centre Pompidou 2020/2021

18
2
skomentuj
lubię!
przeczytane
3.26t
razy

Wols, historia naturalna

Przerwana przez światową epidemię COVID19 wystawa Wolsa w Centre Pompidou, to przyczynek do dyskusji o tej postaci, trochę już zapomnianej, a przecież będącej w krajobrazie powojennej awangardy jednym z najważniejszych zjawisk.

Wols w Champigny – sur – Marne, 1951, za @Ides et Calendes

Wols to postać zagadkowa, poniekąd tragiczna, ale przecież ten ostatni, z życia wzięty wątek jego biografii, stał się metaforą sztuki, pojętej jako niezawodny nośnik treści, motorem napędzającym bezpośrednie tworzenie. Coś jak tlen, tłoczony przez rurkę do płuc, zapadłego w śpiączce pacjenta. W swym tragicznym kontekście, daje wszak życie.

Malarzem był krótko. Pojawił się na wystawie H.W.P.S.M.T.B. w Galerie Colette Allendy. To był występ sygnowany przez Michela Tapié, jako programowy manifest nowej tendencji w malarstwie. Kilka miesięcy wcześniej, Tapié wsparł go finansowo poprzez galerię René Drouin, w której pracował i która stała się kolebką Informelu. U Allendy spotyka Picabię i młodego Soulagesa. Pojawia się z Mathieu, Quentin czy Hartungiem. W sztuce zaczyna się nowa era.

Wols, akwarela, bez tytułu 1939, @Centre Pompidou

Salon des réalités nouvelles, który narodził się za sprawą Fredo Sidésa, a także Soni Delaunay, objawił się w towarzystwie nowej abstrakcji francuskiej. Zauważył to Michel Ragon, krytyk który stał się, ważną postacią w ówczesnej publicystyce artystycznej. Jest autorm znakomitej książki o Pierre Soulages.

W Paryżu pojawił się Wols w 1932. Poznał wtedy, Ozenfanta i Légera, dzięki uprzejmości László Moholy-Nagy, z którym znał się z Bauhausu.

Urodził się w Berlinie jako Alfred Otto Wolfgang Schulze. Jego późniejsze artystyczne nazwisko, to akronim od liter Wol(fgang) S(chulze).

Wols, Grenade Bleue, Drouin, Paryż 1946 @Centre Pompidou

Życie młodego Schulze, było dobrze wtedy dokumentowane przez swoją matkę, albowiem pisała intymny dziennik, a który znamy doskonale z publikacji jej siostry (oryginał znajduje się w Drezdeńskim Kupferstisch-Kabinett). Kiedy miał jedenaście lat, dostał pod choinkę swój pierwszy aparat fotograficzny. I tak narodził się Wols. Początkowo amator, a potem wytrawny fotograf, wreszcie akwarelista, później genialny malarz i ważny aktor Abstrakcji Lirycznej.

Jego ojciec zmarł niespodziewanie w 1929 roku. Rodzice dbali o wychowanie syna, w międzyczasie przeprowadzili się do Drezna, gdzie mały Schulz poznał środowisko znanych artystów, miejscowych literatów, ludzi sztuki, choćby: Otto Dixa, Roberta Sterl, Willa Grohmanna, czy wreszcie sławnego Leo Frobeniusa, który także wpłynął na zainteresowania Wolsa.

Po śmierci ojca, Schulze zrezygnował z nauki, nie uzyskał także dostępu do matury, pomimo że przygotowywał się do niej eksternistycznie, podjął więc pracę w atelier Mercedesa w Dreźnie. Przez jakiś czas studiował we Frankfurcie. Mieszkał w domu słynnego etnologa i historyka sztuki Leo Frobeniusa, nad jeziorem Maggiore. Frobenius był bowiem przyjacielem matki Wolsa.

W końcu Schulze wyjeżdża do Paryża. Tam trafia na surrealistów. Poznaje Gréty, żonę poety Jacquesa Barona. Spotyka się z Giacomettim, Arpem i Calderem. Fotografuje. Swoje zdjęcia sygnuje Wols-Schulze. Na krótko wraca do Niemiec, aby pozałatwiać sprawy spadkowe. Decyduje się na zawsze opuścić Niemcy i wraca do Paryża. Nie uzyskuje jednak we Francji, ani prawa do pracy, ani stałego pobytu. Razem z Gréty wyjeżdżają zatem do Barcelony, a potem na Majorkę. W międzyczasie otrzymał nakaz pracy w Niemczech. Skomplikowało mu to relacje z urzędnikami hiszpańskimi. Gréty jest obywatelką Francji. Teraz nazywa się Gréty Schulze. Ale po latach, będzie nosić nazwisko Wols.

Wols Le Pavillon de l’élégance, 1937, épreuve gélatino-argentique, © Centre Pompidou / Dist. Rmn-Gp

Na Majorce, a potem na Ibizie, pracuje dorywczo. Uczy niemieckiego, dorabia jako taksówkarz. Jako bezpaństwowiec, był kilkakrotnie zatrzymywany przez policję. Ale to właśnie pobyt w Hiszpanii zrodził Wolsa malarza. Powstały akwarele, które stały się pierwszym krokiem do malarstwa bezforemnego. Wtedy jednak, malował kompozycje, które nosiły ślady niełatwej fascynacji surrealizmem, nieco mistycznej figuracji, swoistej romantyki, dotykającej wielu osobistych doświadczeń i tęsknot za porzuconym światem rodzinnym, zdecydowanie jeszcze niedojrzałe, znając późniejsze analogie z jego palety.

To jeszcze Wols młodzieńczy, poszukujący, delikatnie niezorganizowany, żywotny i metaforyczny, ale literacko przywiązany do punktowych więzów towarzyskich z surrealistami, których poznał wcześniej w Paryżu.

Znużony i zniechęcony sytuacją w Hiszpanii przedziera się wraz z żoną przez Pireneje, szlakiem dysydentów i nielegalnie dociera do Paryża. Pomoc malarza Fernanda Légera i Georgesa Henri-Rivière, kultowej postaci sztuki francuskiej, twórcy Muzeum Narodowego Sztuki w Paryżu, pozwoliła na bezpieczny pobyt, co prawda limitowany przez policję, comiesięcznym meldunkiem na komisariacie, ale dający szansę na uprawianie fotografii.

Para zamieszka przy 8 rue de Varenne. Wols jest zameldowany tam, jako fotograf właśnie.

Wols po raz pierwszy pokazuje swoje prace w Galerie de la Pléiade. Jest styczeń 1937.

Photographies par Wolf Schulze. Był tam także, pochodzący z Węgier Brassaï, fenomenalny fotograf, który zadomowił się w naszych umysłach, przez kilka kolejnych dekad, a także inni jak: Henri Cartier-Bresson, André Kertész, Lee Miller, Man Ray i Hans Bellmer, z którym Wols spotka się później w obozie internowanych w Prowansji.

Wols, Bez Tytułu, akwarela, 1942, @Centre Pompidou

Przez krótki czas Schulze – Wols pracuje ze sporym sukcesem. Jego fotografie, mroczne, mocno kontrastowe, z silnie zarysowanym światłocieniem. O dużej dozie grafizmu. Portretuje swoich przyjaciół: Maxa Ernsta, Jacquesa Préverta, Mououdji, Sonię Mossé. Wols fotografował też sceny uliczne, krajobraz i martwą naturę. Kompozycje własne.

Wols, Martwa Natura, 1937, @Centre Pompidou

3 września 1939 roku, został zatrzymany i przetrzymywany w Colombes. Został formalnie internowany i przeniesiony do obozu w Neuvy-sur-Barangeon. W maju 1940 znalazł się w Milles niedaleko Aix-en-Provence.

Spotkał tam Hansa Bellmera, Karla Bodecka, Heinricha Davringhausena, Maxa Ernsta, Lion Feuchtwangera, Waltera Hasenclevera, Franza Hessela, Alfreda Kantorowicza.

W październiku, dzięki wstawiennictwu Gréty, został uwolniony. Para zamieszkała w Cassis i tam przygotowywała się do wyjazdu do Stanów Zjednoczonych, dzięki spodziewanej pomocy Variana Fry’a (jak stało się w przypadku Maxa Ernsta, Hannah Arendt czy Wifredo Lama). Fry, amerykański dziennikarz, ocalił kilka tysięcy osób i dopóki nie został aresztowany przez policję Vichy, uratował wielu Żydów, a także poszukiwanych przez gestapo pisarzy czy dziennikarzy.

Wizy do Stanów Zjednoczonych nie trafiły jednak do rąk Wolsa i Gréty na czas. Niemcy wypowiedziały wojnę USA, a państwo Vichy wkrótce przestało istnieć jako terytorium niepodległe.

Wols znalazł się w Dieuleft, gdzie niejaka Jeanne Barnier z sekretariatu mera, „załatwiła” mu fałszywe dokumenty tożsamości.

Wedle zapisków Marcela Duhamel, artysta w tamtym okresie, głównie wędrował pomiędzy barami, od oberży do oberży, w zamian za alkohol, pozostawiał rysunki, a nawet obrazy. Gréty z kolei szyła kapelusze.

Właśnie w Dieuleft, poznał pisarza, krytyka sztuki i kolekcjonera Henri-Pierre Roché. Stał się on pierwszym właścicielem akwarel Wolsa. I to on sprawił, że tuż po wojnie, pokazano je w Galerie Drouin, wszak najbardziej prestiżowym miejscu w Paryżu, mieszczącym się pomiędzy hotelem Ritz, a salonem Schiaparelli.

Na pierwszą wystawę w grudniu 1945 roku, Wols przyszedł ze swoim psem. Wstęp w folderze, napisał Roché.

W tym czasie znalazł się w separacji z Gréty. Mieszkał w pokoiku przy 49, rue Bonaparte. Jak wiemy z relacji innych osób, pił głównie rum z Martyniki, grał na banjo i spał.

Wols pokazał dwa lata później, również w Drouin, 40 swoich prac. Tekst w katalogu napisał Jean-Paul Sartre.

Pierre Loeb, ufundował mu jednorazową zapomogę, aby Wols miał za co malować. Jego galeria mieściła się przy 2 rue des Beaux-Arts i gościła już Giacomettiego, Artaud, Dorę Maar. To było znakomite miejsce na mapie Paryża. Galeria została zamknięta w 1963 roku, ale na trwale zapisała się w historii awangardy.

Wystawa w Drouin z 1947 roku była częścią głośnego pokazu w Galerie Luxembourg „L’Imaginaire” z udziałem Arpa, Hartunga, Picassa, Riopelle i oczywiście Mathieu.

Wkrótce powstała nieformalna grupa H.W.P.S.M.T.B. i był to pierwszy krok do Informelu.

W tym czasie Wols mieszkał w hotelu Bon La Fontaine, a Gréty niespodziewanie wniosła o rozwód.

Za pobyt Wolsa w pokoiku tego hoteliku płacił Sartre.

Gréty mieszkała dalej przy Varenne, a Wols spędzał czas głównie w bistro przy 4, rue Bourbon-le-Château, w którym spotykał także Artaud.

Ostatnie miejsce zamieszkania Wolsa to 34, quai Lucy à Champigny-sur-Marne. Mimo rozstania Gréty, opiekowała się ona Wolsem, którego choroba alkoholowa pociągała ku stromej przepaści.

Jednak wystawiał on dalej. W René Drouin, w Muzeum w Lyonie, a także Perspectives w Nowym Jorku i Hugo Gallery.

Ostatni czas Gréty spędzała razem z nim. Czy może przy nim.

Gréty i Wols, Champigny – sur – Marne, 1951 za @Ides et Calendes

Wystawa w Iolas-Hugo Gallery w Nowym Jorku, to był pokaz grupowy z udziałem Breyena, Hartunga, Mathieu, Michaux, Riopelle, a także de Kooninga i Pollocka.

Wols w tym czasie, trafił do szpitala na detox. Wyszedł na krótko i przeniósł się do Champigny-sur-Marne. Miał tam wynajęte przez Gréty atelier na barce, gdzie mógł pracować. Jednak, jego uporczywe picie alkoholu, zwiastowało świadome zamiary samobójcze. Wpadał w wielodniowe transy upojenia.

25 sierpnia 1951 roku zjadł, podany przez Gréty, kawałek zepsutego mięsa, po którym nastąpiło silne zatrucie organizmu. Stracił przytomność. Trafił do szpitala Broussais, a następnie na reanimację w Saint-Antoine, gdzie przebywał już poprzednio na wspomnianym odwyku.

Zmarł 1 września. Gréty-Dabija-Wols przeżyła go o wiele lat. Zmarła w 1984 roku.

Wols, Histoires Naturelles, Centre Pompidou, Paryż, kwiecień 2020

 

9
0
skomentuj
lubię!
przeczytane
1.63t
razy

Edward Hopper od A do Z

Jest jedną z największych ikon sztuki XX wieku. Magnetyczny, ekscytujący, emanujący spokojem i poetyckim usposobieniem. Edward Hopper uwielbiał wiersze Paula Verlaine, a w domu trzymał podręcznik do gramatyki języka niemieckiego, aby pomagał mu czytać w oryginale Goethego.

Jego twórczość to brylant w sztuce współczesnej. Fascynował, czarował, a także inspirował.

Edward Hopper, Gas, 1940, Fondation Beyeler, Riehen, 2020

Miał niezwykły dar filmowego postrzegania obrazu. Wim Wenders poświęcił mu swój projekt „Two or Three Things/Know about Edward Hopper”. Film Wendersa to klimatyczna wędrówka po obrazach z udziałem aktorów, w pełni poruszonych scenach, gdzie jeżdżą samochody, idą ludzie, pojawiają się dźwięki. Wenders przyjął formułę, że obraz Hoppera jest początkiem, stopklatką, a potem on nadał mu dalszego ciągu. I tak oto Gas, obraz z 1940 roku nabiera życia, kiedy podjeżdża na stację buick, wysiada z niego dziewczyna, odchodzi na kilka kroków, a w tym czasie człowiek z obsługi nalewa ropy do baku, a ona właśnie zapala papierosa…

Wenders/Hopper, Fondation Beyeler, Riehen, 2020

Jest też Hotel Room z 1931 roku. Dziewczyna siedzi na łóżku. U Wendersa patrzy najpierw przez okno, potem odwraca się i kieruje do łóżka. Wszystko w tych pastelowych barwach, jakby wyjętych z palety Hoppera. Poruszyć obrazy!

W 2014 roku Gustav Deutsch zrealizował film o jednej podróży w 13 odsłonach Hoppera z lat 1930-1960. I jest jeszcze ten niezwykły Hitchcock ze swoją Psychozą i nieco posępny obraz Hoppera House by the Railroad (1925) w identycznym kadrze i scenerii. Podobnie jak w innych kadrach mistrza, gdzie widzimy Cap Cod Evening, Route 6 Eastham, Summer Evening i magnetyczny Gas.

Twórcą choreografii u Alfreda Hitchcocka był Robert F.Boyle, który pokazał reżyserowi obrazy Hoppera, a które wedle niego, w sposób niezwykły definiują „przedostatni” moment, jak go określił. I w ten sposób budują napięcie, które w filmach Hitchcocka jest tak szalenie ważne.

Edward Hopper, Fondation Beyeler, Riehen, 2020

Edward Hopper urodził się w 1882 roku w Nyack, malutkiej mieścinie nad rzeką Hudson. Talent artystyczny objawił się u niego bardzo wcześnie, miał bodaj pięć lat, kiedy zaczął rysować, a swój pierwszy olejny obraz namalował jak miał 16 lat. Była to oczywiście łódka na wodzie, albowiem od pierwszego pociągnięcia pędzla, Hoppera interesowały niemal wyłącznie morze i żaglówki. Widzimy go zresztą na zdjęciu, być może to jedno z pierwszych zdjęć mu zrobionych, jak wiosłuje w Nyack właśnie, będąc brzdącem niemal. W 1900 zaczął studia w New York School of Art. Uczył się tam u Williama Meritta Chase, amerykańskiego impresjonisty, który zwrócił mu uwagę na Francję i w jakimś sensie spowodował podróże Hoppera do Paryża, gdzie podglądał nie tylko Edouarda Maneta, ale Paula Cézanne’a przede wszystkim, a także symbolistów.

Wenders/Hopper, Fondation Beyeler, Riehen, 2020

Edward Hopper pracę zawodową zaczął w agencji reklamowej C.C.Phillips & Co. Zachowała się fotografia z 1906 roku, na której widzimy artystę przy stole projektowym, a na nim leżącą stertę wycinanek, narzędzi kreślarskich, nożyczki, papier. W tym samym roku popłynął do Francji. Był tam w bliskim kontakcie ze swoim kolegą z klasy, który do Paryża wyemigrował chwilę wcześniej. To Patrick Henry Bruce, także uczeń Meritta Chase, który przeszedł we Francji głęboką przemianę artystyczną. Początkowo pod wpływem Matisse’a, zwrócił się w kierunku, którym pomaszerowali Robert i Sonia Delaunay.

W 1908 Edward Hopper zamieszkał w Nowym Jorku. I znowu powrócił do Paryża razem z Jo, późniejszą żoną. Pierwsze trzy obrazy pokazał, namalowane zresztą w Paryżu w 1907 roku. Był to zbiorowy pokaz młodych amerykańskich artystów, wywodzących się ze szkoły Hoppera.

W końcu wynajął studio przy 53 East 59th Street. Jego były szkolny nauczyciel, Robert Henri zaprosił go do kolejnej wystawy amerykańskich artystów. I tamże pokazał paryski obraz (Le Louvre et la Seine).

Wkrótce przyszedł pierwszy sukces. Najpierw sprzedał do The Metropolitan Museum of Art rysunki, a potem „poszedł” pierwszy olejny obraz do muzeum w Filadelfii. W 1926 roku słynny później House by the Railroad pokazany na wystawie w the Anderson Galleries został opisany przez słynnego krytyka, Lloyda Goodricha jako „niezwykły, „niesamowity”, „intrygujący”.

W 1930 roku pojawił się w amerykańskim pawilonie podczas Biennale w Wenecji. O jego wielkiej reputacji świadczy artykuł napisany przez Guy Pène du Bois, wybitną postać amerykańskiej kultury, malarza i krytyka sztuki. Byli przyjaciółmi i w jakimś sensie też rywalami. Pène malował obrazy bliskie realizmowi, o silnym światłocieniu i kolorystyce. Jego teksty na temat Hoppera stały się klasyką na temat amerykańskiego malarstwa w ogóle.

Ikoną sztuki stał się jeszcze za życia. Dużo o nim wiemy, a to dlatego, że Josephine Hopper pisała dziennik. Wiemy z tych relacji, że pierwszy ich samochód był zielony. Marki Dodge. Dopiero kolejne auta były Buickami. Hopper jeździł ponoć jak wariat. Pierwsza daleka wycieczka samochodowa prowadziła ich do Meksyku. Trwała dwa miesiące. W 1954 roku namalował zielonego Buicka z białym dachem, prawdopodobnie ostatniego w swoim życiu. Widzimy go na kilku obrazach, w tym Western Motel.

Ważną postacią był dla niego Robert Frost, wybitny poeta, z którym Hopper się spotkał w 1955 roku. Podczas tego spotkania, Frost miał powiedzieć do Hoppera „uwielbiam Pana obrazy”. Lecz wcześniej, melancholijny poeta wpłynął na treść obrazów Hoppera, do czego przyznawał się przez wiele lat.

Edward Hopper, High Noon, 1949, Fondation Beyeler, Riehen, 2020

I jeszcze John Dos Passos, który był jego przyjacielem. Jak wiemy Dos Passos próbował swoich sił w malarstwie, wystawiali razem w Whitney Studio Club. Przez jakiś czas mieszkali w tym samym domu przy Washington Square North w Nowym Jorku. Często się widywali w Cape Cod, skąd pochodzą zarówno obrazy Hoppera jak i teksty Passosa. Pisarz był ożeniony z Katy Smith, dawną sympatią Ernesta Hemingwaya. Jej śmierć w wypadku samochodowym w Cape Cod w roku 1947 wstrząsnęła Hopperami. Jeśli porównamy Manhattan Transfer z obrazami Hoppera, to łatwo odnajdziemy ten sam typ melancholii, która stała się udziałem obu artystów.

Edward Hopper, Cape Cod Morning, 1950 fragment obrazu, Fondation Beyeler, Riehen, 2020

A teraz trwa wystawa obrazów tego niezwykłego malarza w Fondation Beyeler, niedaleko Bazylei. Mamy tam w zasadzie wszystko, aby rozpoznać Hoppera od A do Z. Słynne pejzaże, ikoniczne wręcz obrazki z życia amerykańskich miasteczek. I ten najsłynniejszy z nich – Cape Cod Morning, Gas, New York Movie, doskonałe rysunki jak kultowy Night on the El Train (co jest grą słów od L lines).

Jo została sportretowana na obrazie New York Movie, a także w przecudnym A Woman in the Sun.

Jej dziennik, jest nie tylko opisem artystycznej drogi Edwarda, to także relacja z ich burzliwego życia, stanów depresyjnych, frustracji, radości i nadziei.

Hopper umarł w swoim atelier w wieku 84 lat. Dwa lata przed śmiercią jego i dom w Truro, fotografował Hans Namuth. Ostatnią wystawę przed śmiercią miał w 1964 roku w Whitney Museum of American Art. Jo zmarła rok później.

Fondation Beyeler, Riehen, 2020

Wystawa w Bazylei potrwa do maja, a jej bezsprzecznym atutem jest film Wima Wendersa, który oglądamy, mając wokół takie najprawdziwsze cuda współczesnej sztuki.

14
2
skomentuj
lubię!
przeczytane
2.44t
razy

Skopje – brutalizm i kolekcja sztuki polskiej

Na odwrocie jednej z prac Alfred Lenica napisał: „Rysunek, linia jest architekturą, a farba, kolor – muzyką obrazu”. Dla Muzeum Sztuki Współczesnej w Skopje podarował „Cosinusoidę”. Był to dar dla odbudowującego się miasta.

Alfred Lenica, Cosinusoida

Rok 1963, 26 lipca. Potężne trzęsienie ziemi nawiedziło stolicę ówczesnej Jugosłowiańskiej Ludowej Republiki Macedonii. 80 procent miasta znalazło się pod gruzami. Ogrom tragedii. Ulice zniszczonego Skopje fotografował wówczas dla amerykańskiego magazynu LIFE, Carl Mydans. Przejmujące zdjęcia.

Marszałek Tito przyrzekł, że podniesie miasto z ruin na znak braterstwa i jedności narodów Jugosławii. Mimo podzielonego żelazną kurtyną świata, na pomoc przybyło także ONZ organizując pomoc humanitarną i przekazując środki na odbudowę. Trzy tygodnie po tragedii, władze Warszawy – w ramach jedności – zadeklarowały wysłanie specjalnego zespołu projektowego, który wspomoże bratni naród w sporządzeniu planu działań. Dyrektorem naczelnym projektu odbudowy stolicy Republiki Macedonii z ramienia Organizacji Narodów Zjednoczonych – od 1964 roku – został polski architekt Adolf Ciborowski, zespołem zaś kierował Stanisław Jankowski.

W stylu brutalizmu

Ogłoszono wówczas konkurs na koncepcję odbudowy miasta. W warunkach konkursu zastrzeżono, że nie będzie realizowany jeden projekt, ale będzie on początkiem i sposobem na wypracowanie optymalnego, idealnego projektu na bazie zgłoszonych propozycji, z uwzględnieniem oczywiście założeń zwycięskiej koncepcji. Wygrał Japończyk Kenzo Tange, który przedstawił odważny projekt w stylu modnego wówczas brutalizmu. Urbanistyczna filozofia japońskiego architekta odwoływała się do projektowania całościowego miasta, które było wypełnione strukturami. Opierała się ona na trzech założeniach: osiach, „bramie miasta” i „murach miasta”. Koncepcja „murów miasta” wzbudziła najwięcej uwag i emocji. Według założeń architektów wprowadzono w przestrzeń surowe materiały (szkło, metal, beton). Wszechobecny beton z różnymi fakturami, nade wszystko z odciskiem deskowania, żłobieniami to znak czasu. Japończyka fascynowała struktura i eksponowanie faktury surowego betonu, którą Le Corbusier określił mianem béton brut i tak tłumaczył zalety tego materiału:

„Nie osłonięty beton ujawnia najmniejsze niedokładności połączenia, włókna i zgrubienia desek, sęki itd. […] A czyż u mężczyzn i kobiet nie widać zmarszczek i znamion, haczykowatych nosów, niezliczonych znaków szczególnych? […] Błędy leżą w naturze człowieka; one są naszym udziałem, naszym codziennym życiem.”.

Projekt urbanistyczny Kenzo Tange dla zburzonego miasta zaistniał tylko częściowo w przestrzeni. Tokijski zespół naiwnie wierzył, że przy realizacji ich koncepcji sprzyjać będzie komunistyczna wspólna (czytaj: państwowa) własność, jak też to, że po trzęsieniu ziemi obszary objęte planem (ok. 300 hektarów) pozostawały w gestii miasta. Zgłaszano do projektu modyfikacje i w końcu projekt znacząco różnił się od pierwotnej wersji.

Wystawa w Międzynarodowym Centrum Kultury w Krakowie, fot. Paweł Mazur

Wystawa w Międzynarodowym Centrum Kultury w Krakowie (można ją oglądać do 20 października 2019 roku) pokazuje dokładnie etapy ewolucji projektu Japończyków. Szkice, makiety, fotografie pozwalają na analizę procesu. Na szczęście główne założenia: układ komunikacyjny, strefowanie (na obszary z usługami handlowymi, finansowymi, kulturalnymi, naukowymi) lokalizacje obiektów m.in. budynków komunikacji – dworce kolejowe, autobusowe oraz instytucji państwowych – jeśli okrojone, to jednak w zasadzie zrealizowano. Jeżeli chodzi o budynki, to według koncepcji Japończyka został zrealizowany tylko dworzec kolejowy.

„W obrazie współczesnego Skopja nie da się łatwo wyczytać wizji japońskiego architekta. Daje się jednak wyczuć ducha brutalizmu lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych” – napisał w katalogu wystawy Łukasz Galusek.

Tego ducha uzupełniają więc koncepcje budynków innych projektantów m.in. Georgiego Konstantinovskiego czy Janka Konstantinova z jego ikonicznym Głównym Urzędem Poczty i Telekomunikacji.

Główny Urząd Poczty i Telekomunikacji – proj. Janko Konstantinov, 1972–1974/1979–1982 fot. Aleksandra Kostadinovska, 2019

Ars longa, vita brevis, czyli sztuka trwa, życie przemija.

Rząd polski i Stowarzyszenie Architektów Polskich na znak jedności zorganizowały otwarty konkurs. Na wzgórzu Kale w Skopje miały się znaleźć pomieszczenia, w których miejsce miałyby dzieła nadsyłane wówczas z całego świata. Grupa warszawskich architektów zwanych „Tygrysami” w składzie: Wacław Kłyszewski, Jerzy Mokrzyński i Eugeniusz Wierzbicki (twórcy warszawskiego Domu Partii i dworca kolejowego w Katowicach ) wygrała konkurs. I tak w Skopje wybudowano Muzeum Sztuki Współczesnej według projektu Polaków.

W grupie 5000 dzieł z całego świata, ponad 200 obiektów przekazali artyści z Polski. Tworzenie kolekcji dla Muzeum Sztuki Współczesnej było symbolem odradzającej się kultury miasta po kataklizmie.

170 artystów polskich przekazało swoje prace. Do roku 2014 kolekcja ta nie była przedmiotem zainteresowań polskich instytucji. W prace na oceną stanu zachowania kolekcji sztuki polskiej w Skopje na prośbę Ambasady Polskiej zaangażowało się polskie Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego. W czerwcu 2014 roku do Skopja wyjechały Bogumiła Terzyjska (konserwatorka) i Magdalena Ziółkowska (kuratorka) . Obejrzały i oceniły stan zachowania dzieł polskich artystów tworzących „Kolekcję sztuki polskiej”.

Zdjęcia z ekspozycji w Miedzynarodowym Centrum Kultury w Krakowie, fot. Paweł Mazur

Kolekcja to przekrój prac profesorów akademickich kluczowych dla powojennego życia artystycznego (m.in. Jana Cybisa, Czesława Rzepińskiego, Konrada Srzednickiego) i ich uczniów – studentów z lat 40. i początku 50 (m.in. Mieczysława Wejmana, Stanisława Fijałkowskiego, Andrzeja Strumiłło, Mariana Maliny, Jana Tarasina, Franciszka Bunscha). W zbiorze można znaleźć prace klasyków przedwojennej awangardy i eksperymentatorów malarstwa materii. To także przegląd różnych gatunków sztuki i technik malarskich.

Andrzej Strumiłło Łodzie, 1962, olej na tekturze

Obrazy, rysunki i rzeźby. Najwięcej, bo ponad 100 jest prac graficznych, dzieł wykonanych w technikach drzeworytu, cynkografii, monotypii, litografii. Są też akwarele i gwasz na papierze.

„Kompozycja” Henryka Stażewskiego czarnobiała praca pioniera polskiej awangardy lat 20. i 30. XX wieku jest kluczem do historii kolekcji polskich dzieł sztuki w Skopje.

W czasie II wojny światowej niemal cały ówczesny dorobek Stażewskiego uległ zniszczeniu. Po wojnie twórczość artysty ponownie rozkwitła, a miastu Skopje malarz podarował pracę stworzoną w latach 60. XX wieku.

Henryk Stażewski Kompozycja, 1964, olej na płycie pilśniowej

Henryk Stażewski, Ewa Maria Łunkiewicz-Rogoyska i Rajmund Ziemski byli związani z warszawską „Galerią Krzywego Koła” prowadzoną przez Mariana Bogusza. Galeria działała przy „Klubie Krzywego Koła”, w którym na dyskusjach spotykali się warszawscy intelektualiści: literaci, historycy, filozofowie, socjologowie. Po trzęsieniu ziemi Marian Bogusz wysłał do Skopje „Kompozycję 20-59”.  Łunkiewicz-Rogoyska, do połowy lat trzydziestych jedyna w Polsce przedstawicielka puryzmu, przekazała muzeum „Kompozycję czerwoną” – wykonaną na drewnianej płycie. Rajmund Ziemski obraz „Pejzaż”.

Jerzy Nowosielski Miasto w górach, 1964, olej na płótnie

Jedną z najcenniejszych prac w macedońskiej zbiorze polskiej kolekcji sztuki jest płótno pt. „Miasto w górach” autorstwa Jerzego Nowosielskiego.

W macedońskim Muzeum Sztuki Współczesnej reprezentowani są także ci artyści, na których wywarła wpływ twórczość Tadeusza Kantora (jego prac nie ma w zbiorze). Pobyt w okupowanym Krakowie i kontakt z artystami związanymi z twórcą Cricot 2, był punktem zwrotnym w karierze Alfreda Lenicy. Tadeusz Brzozowski który w swojej twórczości inspirował się surrealizmem i abstrakcją niegeometryczną, przekazał Macedończykom dzieło „Asylum”.

Kolekcja polska w Skopje to też prace twórców z Grupy Malarzy Realistów, w tym „Space Composition” autorstwa Jerzego Krawczyka. Do tej grupy należy też „Martwa natura” Kiejstuta Bereźnickiego. Przełomowa dla twórczości Benona Liberskiego praca „Ludzie i domy” również prezentuje cechy typowe dla artystów Grupy Malarzy Realistów, którzy chcieli stworzyć przeciwwagę wobec sztuki abstrakcyjnej i podkreślić znaczenia sztuki figuratywnej.

Związany z Poznaniem był Jan Berdyszak, który tworzył formy integralne. Dla Skopje wybrał obraz „Kompozycja kół XVIII”. Zasłynął jako twórca obrazów strukturalnych, których cykl zapoczątkował w 1965 roku.

W kolekcji znajdujemy obraz Teresy Pągowskiej „Portret 1” , która na przełomie lat 50. i 60. tworzyła w Gdańsku. W tym czasie kładła nacisk na ekspresyjne wartości barwy.

Andrzej Strumiłło podarował obraz „Statki”, Tadeusz Dominik – „Potęgę nieba”, zaś Józef Gielniak – artysta, który prawie całe swoje twórcze życie spędził w sanatorium przeciwgruźliczym w polskim Bukowcu koło Kowar, gdzie pracował jako archiwista, tworzył niemal wyłącznie linoryty. Choć zostawił po sobie zaledwie 68 prac, jedna z nich „To Stanisław K. Dawski” znajduje się właśnie w Skopje.

Zbigniew Makowski w latach 60.XX wieku przebywał w Paryżu, gdzie poznał m.in. André Bretona – teoretyka surrealizmu i artystów związanych z tym nurtem. Malarz, interesujący się różnymi dziedzinami nauki m.in. matematyką, przekazał Kompozycję (olej na desce).

Władysław Frycz, Oszczepnik, Skopje

Z rzeźb najcenniejsze wydają się „Głowa” Karola Tchorka oraz „Oszczepnik” Władysława Frycza – rzeźbiarza animalisty, którego „Żyrafę” można oglądać w warszawskim ZOO. Są też obecne prace Bolesława Chromego, Marii Przyłuskiej,Janiny Mireckiej, Teresy Brzóskiewicz, Edwarda Piwowarskiego czy Theodora Odzy.

Kolekcja sztuki polskiej jest więc dzisiaj obecna w Muzeum Sztuki Współczesnej w Skopje obok prac artystów sztuki światowej. Pablo Picasso, Emil Filla, Hans Hartung, Victor Vasarely, Pierre Soulanges, Alberto Buri, Wifredo Lam, Enrico Bai, Pierre Alechinsky, Zao Wou-Ki, Alexander Calder, Zoltán Kemény, Robert Jacobsen, Bernard Buffet, Bob Bonies – ich prace można zobaczyć…, ale trzeba pojechać do Skopje.

 

Wystawa Skopje. Miasto, architektura i sztuka solidarności

Międzynarodowe Centrum Kultury

Kraków, Rynek Główny 25

10 lipca 2019 – 20 października 2019

10
1
skomentuj
lubię!
przeczytane
2.32t
razy