Baselitz i Café Deutschland

Café Deutschland. Zaczęło się dawno, gdzieś w 1980 roku, kiedy ruszył pociąg z nowym niemieckim malarstwem. Na początku w Aachen byli to Fetting, Cilarz zwany Salomé, Bömmels i Dahn. Nazwano tę grupę Neue Wilde. Wszyscy oni dali odpór dekadenckim karłom, malując prawdziwie malarskie, prawdziwie niemieckie obrazy. Inspirując się klasycznym ekspresjonizmem, tradycją niemieckiej awangardy, artyści nowej formacji zapragnęli odnowienia klimatu i powrotu do atmosfery szewskiej Berlinerstrasse z lat 1905-1913, która stworzyła fenomen Kirchnera. Ale też wielu innych, niemieckich artystów, których wytarła z pamięci totalitarna władza oraz konflikty wojenne XX wieku.

Georg Baselitz, 2021, Paris

Na samym początku był jednak Georg Baselitz. O jego wielkim talencie i malarskiej charyzmie, przekonał się cały świat. Zapatrzony w Josepha Beuysa i mrok teutońskiej historii, stworzył ciężki stygmat malarski, będący źródłowo fenomenem, opartym na niemieckiej potencji artystycznej, którą Walden i poeta Bahr uznali za narodową: ta stara gotycka dusza, która wbrew całemu racjonalizmowi, wciąż podnosi głowę.

W Baselitzu widziano aspekty dzikości, prymitywizmu, czysty wręcz ekspresjonizm, tak nęcący temperament Niemców do skrzywiania świata, który krytyk Paul Fechter objaśniał: „człowiek płacze za swoją duszę, staje się natarczywym krzykiem, a sztuka też krzyczy w głęboką ciemność, woła o pomoc”.

Wtedy, kiedy Fechter pisał te słowa, ekspresjonizm stał się kierunkiem międzynarodowym, połączył Europę, stał się kosmopolityczny, dopóki totalitaryzm nie podzielił artystów, osadzając ich naprzeciw siebie w okopach frontowych.

Ale około 1980 roku, nowy ekspresjonizm na nowo komunikował artystów całej Europy, Achille Bonito Oliva donosił, że odżyły ekspresjonistyczne upodobania do prymitywizującej tradycji, prostoty, ale i poetyckiej deformacji. Artyści włoskiej Transawangardy i ich niemieccy koledzy, szybko zaczęli dominować na tym targowisku sztuki do tego stopnia, że w ciągu kilku lat stali się dyktatorami nowych mód. Tempo w jakim Baselitz zrobił karierę miał tylko analogię z popularnością Oranginy.

Baselitz malował zamaszyście ciężko i mrocznie. O tym, jakie to ma znaczenie dla malarstwa przekonał się chociażby Gérard Garouste, który jeszcze w latach 80 mówił, że bez Baselitza nie byłoby malowania w ogóle.

Bo malarstwo wymaga malowania. Skłonność to utopijnych wizji i metafizyki miał tylko Anselm Kiefer, który stał się niemieckim konfesjonałem, może dlatego wyemigrował do Francji, gdzie ciężka dusza ulatnia się wraz z butelką Kruga, aby pozostawić jedynie lekkość pędzla.

Jak wiemy, piękno historii zdeterminowało istotę powojennej sztuki obu państw niemieckich. Georg Baselitz urodził się w 1938 roku. Wieść o upadku Berlina przyjął z ulgą. Choć był dzieckiem. Klęska Berlina zwiastowała pokój, pomimo, że wiadomość tą, wszyscy w Niemczech traktowali nie bez obawy: no bo co teraz będzie z nami?

Na wspomnienie tamtego czasu Kiefer maluje Café Deutschland, a Albert Oehlen łosia. Wkrótce i Immendorf namaluje łosia. Beuys także to zrobi. Adolf Hitler tonie w kipiącym garze, a wraz z nim narodowosocjalistyczne symbole. Wodza Trzeciej Rzeszy przygniata krzyż. Bo przecież krzyż przezwycięża śmierć.

Łoś i owca odnoszą się do wyobrażenia pasterza. Bo typowa, niemiecka melancholia składa się w połowie z protestanckiego gniewu, a w połowie z katolickiej żarliwości. Stylistyczne spectrum niemieckiej sztuki, w tym uwodzą dokładny realizm i siła śródziemnomorskiej tradycji. Jak w Rzymie gladiatorów.

Baselitz sięgnął do Becketta w którymś momencie. Bo Irlandczyk był idolem artystów. Nie tylko niemieckich, ale też Giacomettiego. Baselitz był pytany o związki z Giacomettim. Bo i jego ciągnęło do Paryża.

W 1936 roku Samuel Beckett zwiedza Niemcy hitlerowskie, o których będzie pisał zawsze – z odrazą. Pisze wszak Whoroscope, stanowiący aluzyjne przedstawienie horoskopu. Pamiętamy też cierpienia Watta i męczeństwo Chrystusa z symboliką drutu kolczastego: twarz miał we krwi, ręce również, głowę pełną cierni…

Baselitz pochodzi spod Drezna. Nazywał się wtedy Hans-Georg Kern. Uczył się w NRD. Pierwszą wystawę swoich obrazów miał w 1963 roku.

– Urodziłem się w zniszczonym porządku rzeczy, dorastałem w zdewastowanym kraju i wśród połamanych ludzi, mówił. Malował wtedy partyzantów, poetów i wracających z wojny weteranów. Nazywał ich Bohaterami.

Nie mogło się to nikomu podobać. Było to malarstwo jednoznaczne i ponure. Tymczasem świat lizał wciąż rany, społeczeństwo miało zamiast wojennej traumy nowe perspektywy: trabanta, pralkę i wczasy spółdzielcze. Ale Baselitz był już jedną nogą po drugiej stronie. Wakacje spędzał w Toskanii.

W 1969 roku zrobił serie z odwróconymi motywami. Najpierw ludzie, a potem krajobrazy. Odszedł też trochę od wojennej retoryki na rzecz palety Emila Nolde. Zwrócił się do abstrakcji.

Jako chłopiec widział płonące Drezno. Potem dorastał w domu, gdzie denazyfikacja dotknęła jego ojca. Jeszcze przed postawieniem muru, przedostał się do Berlina Zachodniego. Wtedy przyjął pseudonim Baselitz. W 1961 roku wyjechał do Paryża. Długo przebywał we Florencji. Włochy pociągały jego bardzo. Wynajmował tam studio. Lecz powiedział w wywiadzie: – światło mnie nie interesuje, ono jest dobre przy robieniu fotografii. Kiedy maluję, to światło mam w swojej głowie. Zamykam oczy i je widzę. Nie potrzebuję światła do malowania.

Zatem przybywał do Włoch jak Germanicus, aby spożywać owoce tamtej ziemi i cieszyć się wolnością.

W 1980 pojechał ma Biennale w Wenecji. Był tam też Anselm Kiefer. Ten ostatni namalował cudowną czarę Graala, oczyszczony mit pod postacią kosmogonicznych symboli – od Genezis po samego Dionizjusza Areopagity. Bo Kieferowi chodziło o początek, rozpad i zmartwychwstanie, podobnie jak Baselitzowi o zdruzgotaną Bramę Brandenburską w pękniętym sercu żołnierza, tułającego się po spustoszonym krajobrazie. Do góry nogami, bo przecież Saturn uwalniał Górę od Dołu.

Wszystkie te obsesje, począwszy od niemieckich prekursorów jak Dix, poeta Hölderlin, czy nawet olśniewający w tym gronie Odillon Redon, napuchły w jego umyśle jak pączek na patelni. Stały się zaczynem do potężnych kreacji, szerokiego gestu, a przy tym Baselitzowi trzeba zarzucić pychę i nieprawdopodobny talent. Jego zamaszysta ręka, jest czymś, co zdarza się rzadko. Jakby rzec: kawał malarza z Baselitza jest.

Truizmem jest zatem twierdzenie, że malarstwo ma się dobrze, a tak wynika z obserwacji obrazów Georga Baselitza na jego monumentalnej wystawie w Paryżu. To jedna z największych ekspozycji w jego przypadku, totalna i niezwykle bogata, bo ukazująca jego pełny dorobek artystyczny, od pierwszych kroków, po stonowane i pełne poezji malarstwo abstrakcyjne ostatnich lat. Mamy tu jak na dłoni, jego niepospolite doświadczenie, głęboki umysł, wreszcie kreacje od gestu po lirykę. Największy niemiecki malarz współczesności udowodnił, że w diabelskiej żarliwości tkwi czysta poezja.

Georg Baselitz, Retrospektywa, Centrum Pompidou, 2021/2022

6
1
skomentuj
lubię!
przeczytane
700
razy

Jedna odpowiedź do “Baselitz i Café Deutschland”

  1. SWIETNIE NAPISANY ARTYKUL, RODZAJ REPORTARZU O WIELKIM MALARZU, DLA MNIE, DZISIAJ, WIECEJ NALEZACYM DO SWIATA, JUZ NIE DO NIEMIEC… I TO WLASNIE ZNAMIONUJE JAK JEST SPELNIONY
    – NALEZACY DO NAS WSZYSTKICH.

Skomentuj Strelnik Piotr Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *