Métroanonymus Artura Majki

 

Na początku były duże formy. Rzeźby, a raczej konstrukcje przestrzenne. Umiejscowione w naturalnym pejzażu, tkwiły w nim tworząc jedność. Niekiedy, podobnie jak u Davida Serry, albo Sama Francisa były jedynym kluczem do zobaczenia całości. Tej artystycznej i tej naturalnej. Wykonane ze stali, przybrudzone rdzą, surowe, figuratywne w kształcie, wrastały w klasyczny układ natury: niebo-ziemia i zupełnie jak niejasny twór ludzki z obrazu Georga Baselitza, wdzierały się niespodziewanie na krystalicznie czyste pole trawy, rodem z dimensional art.

A potem te wielkie formy przestrzenne gwałtownie zmalały i każda z nich zawisła na łańcuszku, pokryta złotem lub srebrem, tworząc w tej miniaturowej formie zupełnie inny świat sztuki, zwany biżuterią.

Nazwał go Métroanonymus. Bo źródłem wszystkiego u Artura Majki jest paryskie metro. Niemal od zarania, odkąd zamieszkał w Paryżu, siadywał w wagonikach podziemnej kolejki i obserwował ludzi. Patrzył na nich, na ich gesty, zachowania. A potem szybko szkicował ich postaci na luźnej kartce papieru, serwetce z bistro, albo w notesie. Początkowo nic z tym nie robił. Po prostu notował ołówkiem, kredką czy flamastrem. I zbierał dla siebie. Widział ludzi w metrze poprzez swoją mocną, linearną kreską. Nadał im swoistego ducha, wedle odwiecznej zasady: „stwórz harmonię pomiędzy tuszem, pędzlem i papierem“. Sylwetki ludzi podpatrzone w metrze utworzyły kolekcję, zbiór podróżnych Artura Majki. Ktoś czyta gazetę, inny patrzy przed siebie, jeszcze ktoś kolejny zapada w sen. Sylwetki są zarysowane silne, ale zdawkowo, bez przywiązywania wagi do końcowej formy, raczej szkicowane, ledwo rozpoczęte, bo akurat Majka świadomie stworzył z nich symboliczne znaki niekończących się podróży…

Miniatury pojawiły się zatem na samym końcu. To też jest jakaś podróż, którą Artur Majka odbył. I podobnie jak wspomniane duże rzeźby, są również przestrzenne, wycięte w metalu. Ale bardzo subtelnie, przez to nadzwyczaj lekkie, co daje poczucie, że łączą rysunek, ekspresję i przestrzeń, a jednocześnie przypominają o silnych związkach artysty pomiędzy pędzlem a papierem.

Tomasz Rudomino

8
0
skomentuj
lubię!
przeczytane
549
razy

Foujita w Tokio

A teraz w pięćdziesiątą rocznicę śmierci Léonarda Foujity w Tokio trwa wielka retrospektywa twórczości tego niezwykłego Japończyka. To druga tak ważna wystawa, po tej niedawnej i największej dla jego dorobku artystycznego, w Paryżu, gdzie żył oraz malował.

Nazywali go Fou, bo po francusku jego japońskie nazwisko czytało się fi. A w tamtym Paryżu fu znaczyło coś więcej… A fi zupełnie nic. Na prawo od stacji Edgar Quinet biegnie w Paryżu ulica Delambre, która ma fascynującą historię, związaną ze światem zbuntowanych artystów, poetów i pisarzy. Tych znanych, bardzo znanych i tych zapomnianych. Przede wszystkim z grupy École de Paris. Przede wszystkim Foujity. Niezwykłego, początkowo tajemniczego Japończyka, który przybył do Francji drogą morską, lądując w Marsylii. W latach 1917–1924 mieszkał przy Delambre pod numerem piątym. Port w Marsylii był wtedy francuskim oknem na świat. Foujita przybył tutaj parowcem z Nagasaki, a potem wsiadł do pociągu, który dowiózł go na Gare de Lyon w Paryżu. Foujita to teraz jeden z najbardziej znanych artystów z Montparnasse, obok Modiglianiego, Mana Raya, Picassa i Légera.
Nazywał się wtedy Tsuguharu Fujita, a po II wojnie światowej, kiedy przyjął chrzest, Léonard Foujita.

Malarstwa uczył się w Tokio. Do Francji dotarł w 1913 roku i zamieszkał początkowo w hotelu Odessa razem z innym japońskim malarzem, który nazywał się Kawashima Ruchiro. Ten ostatni malował jak Paul Cézanne, ale trudno się dziwić, bo działo się to w epoce, kiedy Japończyków fascynował mistrz z Aix-en-Provence, a Francuzów – Hiroshige. Magia Edo działała w obie strony. Fascynacja zachodnią sztuką, różnymi technikami i nowatorską architekturą powodowała, że do krainy cesarza Meiji docierały europejska moda, malarstwo, fotografia, a nawet takie wynalazki, jak technika robienia lodów. Z drugiej strony – francuskich malarzy fascynowały drzeworyty i kaligrafia mistrzów japońskich. Ślady tych fascynacji odnajdujemy z wielką łatwością u van Gogha czy Gauguina, a w odwrotnym kierunku u takiego na przykład Ruchiro. Tak czy owak spotkanie dwóch wielkich kultur na Montparnassie musiało być dla każdej ze stron wielkim przeżyciem.

Chrzest Foujity odbył się w katedrze w Reims w 1955 roku. Imię, które przyjął, było hołdem złożonym Leonardowi da Vinci. Artysta podkreślił w ten sposób wyższość kultury zachodniej, a może rozmiar jej wpływu na niego samego.
Podobnie zrobił w 1615 roku niejaki Tsunenaga Hasekura, który popłynął do Rzymu, gdzie uznał wielkość papieża oraz cywilizacji zachodniej, zaś katolicyzm przyjął za religię własną i stwierdził, że powinna ona obowiązywać w całej Japonii. Hasekura był samurajem i ważną osobistością na dworze Szoguna. Kiedy wrócił do Japonii, został potępiony, a jego rodzinę wymordowano. I tyle mieli Europejczycy z tego poddaństwa Japończyków. Skończyło się tysiącami ukrzyżowań i zamknięciem kraju przed obcymi.
Z Foujitą było inaczej. Hołd, jaki złożył na ołtarzu europejskiej sztuki, uczynił z niego jednego z najważniejszych malarzy Francji.
Bo urodził się jako Japończyk, ale umarł jako Francuz.

Fujita i Foujita.

Pochodził z Shinagawy w dzisiejszej aglomeracji tokijskiej. Był synem ważnego generała. Dzieciństwo miał szczęśliwe, bo ojca przeniesiono do Kumamoto, niewielkiego miasta w samym sercu Kiusiu. A tam już od dawna pijano angielską herbatę, noszono welurowe marynarki i czytano Szekspira. Na Kiusiu łatwiej niż gdziekolwiek indziej w Japonii można było trafić na francuską guwernantkę lub księdza z Normandii.
Mając czternaście lat, mały Fujita zapragnął rysować i malować. Napisał list do ojca, że chce zostać artystą, a ten, w końcu wojskowy, lakonicznie mu odpowiedział: „No cóż, synu, rób, co chcesz“.

Fujita wiedział już wtedy, że chce jechać do Francji.
Po światowej wystawie w Paryżu, która odbyła się w roku 1900, do Japonii dotarł z wielką siłą impresjonizm, pointylizm, a także symbolizm. Wielu artystów w Kraju Kwitnącej Wiśni po prostu zaniemówiło, kiedy zobaczyli sztukę francuską. Jednym z nich był Fujita. Od początku swoich studiów artystycznych w Tokio bardzo konsekwentnie realizował program malarski w oparciu o okcydentalną estetykę, jak to określił jego profesor i mistrz Kotaro Nagaoka. Zaplanował też wyjazd do Francji i pomysł zrealizował. Wykorzystał kontakty ojca w attaché francuskim i uzyskał tak zwane ojcostwo chrzestne, czyli „sponsoring“ w osobie hrabiego Paula de Fleurieu, z którym później, po zainstalowaniu się w Paryżu, utrzymywał zażyłe kontakty i którego odwiedzał kilkakrotnie na zamku w Périgord.

Życie Foujity było bardzo burzliwe. Ożenił się w Paryżu z Fernande Barrey, którą poznał w La Rotonde. Na ślub pożyczył kilka franków od kelnera z tej samej kawiarni. Szybko zaprzyjaźnił się z innymi malarzami ze stajni Leopolda Zborowskiego, polskiego przystojniaka z kozią bródką, który płacił grosze Modiglianiemu. Któregoś dnia zabrał Foujitę i jego małżonkę na Lazurowe Wybrzeże i tak zaczęła się wielka kariera tego malarza w École de Paris. Wcześniej w Japonii miał żonę Tomiko, a po Barrey jeszcze jedną. Prowadził bardzo bujne życie osobiste…
Przyjaciele mówili na niego żartobliwie Fou Fou, co miało oznaczać szaleńca, trefnisia. Był człowiekiem wielkiego talentu i mądrości. Dużo czytał, pisał, znakomicie znał historię, geografię, a także botanikę. Był naprawdę wszechstronnie wykształcony.
Portretował niemal każdego wokół siebie. Jego styl bardzo się podobał, co przełożyło się natychmiast na sukces. Kiedy przyszła pierwsza wystawa, sprzedał wszystko. Przy drugiej tak samo. Ale ciągle był bez grosza. Pieniądze pożyczał na lewo i prawo. A kiedy je zdobył, natychmiast wydawał.
W roku 1929 wyjechał z Francji.

Jego życie, odkąd wyprowadził się z Delambre, usłane było zarówno sukcesami, jak i licznymi niepowodzeniami. Wrócił do cesarskiej Japonii czasów wojennych, potem przebywał w Ameryce, wreszcie znowu we Francji. W Argentynie na jego wernisaż przybyło dziesięć tysięcy osób. Był niezwykle sławny.
W Chinach na froncie został oficjalnym artystą wojennym. Japończycy wysłali nawet jego prace na konkurs olimpijski do Berlina, gdzie zdobył medal. Otrzymał także od Francuzów Legię Honorową.
Był malowniczo uwodzicielski. Jako mężczyzna i jako artysta. Wszyscy się nim zachwycali. Faszyści, demokraci, socjaliści. Szalały za nim kobiety. Marszandzi wyrywali sobie jego prace z rąk. On nie przekuwał tego jednak w sukces, tak jak Salvador Dalí.

Foujita był raczej jak kot z tej znanej piosenki Kuroneko no tango, któremu do szczęścia wystarczały pieszczoty i głaskanie…

Jest coś w jego twórczości magicznego. Koty, kobiety i jeszcze ta kreska jakby wyjęta z obrazów Hiroshige, na dobrą sprawę wcale nie fowistyczna, choć w zasadzie powinna. Można powiedzieć, że jego malarstwo ma w sobie energię, która karmiła samurajów.

Foujita uległ potędze grecko-rzymskiego oświecenia. Stał się obsesyjnie europejski i religijny. Jego wrodzona, japońska powściągliwość była jak średniowieczne biczowanie. Pokutą. Za grzech pierworodny, grzech istnienia poza Bogiem. Być może…

Ochrzcił się. Został Leonardem. To już inna historia, zwieńczona piękną polichromią w kaplicy Notre Dame de la Paix w Reims.
W roku 2015 Kōhei Oguri nakręcił o nim film fabularny. W postać Foujity wcielił się Jō Odagiri.

Foujita, Retrospektywa, w piędziesięciolecie jego śmierci, Tokyo Metropolitan Art Museum, 2018

9
0
skomentuj
lubię!
przeczytane
467
razy

Jean Michel-Basquiat, Notebooks

To absolutne cudeńko edytorskie.
W zasadzie każdy, kto interesuje się sztuką współczesną, powinien je mieć w domu. To po prostu notesik słynnego nowojorczyka, kluczowej postaci sztuki lat 80 w Stanach Zjednoczonych.
Jean-Michel Basquiat to legenda. Jego kariera stała się motywem do filmów, rozpraw naukowych, wielu publicystyk i dyskusji o kondycji sztuki, choćby o neoekspresjoniźmie, postmoderniźmie, a nawet wszystkich dostępnych fiszkach, oznakowanych jako „Sztuka końca XX wieku“.

Notesik artysty służyć ma teraz każdemu. Nie jest bowiem wypełniony do końca. Można go uzupełniać. Są w nim strony puste, pobrudzone, porysowane i strony zapisane. Ale zdania są tam krótkie, zwarte, w zasadzie rodzaj adnotacji. Pisane ręcznie, zygzakami, kolorowym ołówkiem, najczęściej czerwonym. Niezbyt zrozumiałe, jeżeli nie znamy życia Basquiata. Ale Ci, którzy choć trochę interesują się jego malarstwem, będą wszystko wiedzieli. Notes to dodatek do jego bujnego, aczkolwiek krótkiego życia. Krem na torcie. Świeża poziomka w budyniu waniliowym.

A zatem mamy tam szkice, znane z obrazów. Piktogramy, korona, namiot, jakieś wycinaki, figuracje. Jego sztuka jest pochodną śródziemnomorskiej i awangardy w ogóle. Wiele zawdzięcza pop-artowskiej dialektyce, a to za sprawą swego mentora Andy Warhola. Lecz korzenie Basquiata idą dalej, w kierunku Der Blaue Reiter i Neue Künstlervereinigung. Ten ślad i podatność na ekspresjonizm, stał się u niego znakiem rozpoznawczym. Lecz swobodna maniera, wolny umysł, charakterystyczny luzacki styl, błazenada i oczywiste guru w tle – to także intelektualna zawartość, jaka tkwi w jego artystycznej kreacji. Niestety już bez szans na kontynuację bo Jean-Michel Basquiat zmarł w wieku dwudziestu ośmiu lat, a zaten nie wiemy, co po bujnym szaleństwie przyniosło by jego malarstwo.

Jean-Michel Basquiat, Notebooks, Princeton University Press

14
0
skomentuj
lubię!
przeczytane
603
razy

Wciąż te same rewolucje

Zagadnienia władzy  i tożsamości zdominowały japońską scenę awangardy, a zatem treści, które musiały być kontrowersyjne, radykalne i uwikłane w filozoficzne konteksty, czyli krótko mówiąc były to skutki wojny, manipulacje władzy oraz mediów, wreszcie społeczny konformizm, wszechobecny konsumpcjonizm.

I tak oto, pojawił się niespodziewanie stereotyp świata sztuki zaangażowanej, najsilniej w duchu kontestacji. Udział artystów w tym szeregu miał w Japonii podłoże powojenne, niezbyt dramatyczną, ale upokarzającą amerykańską okupację i jednoczesną – co ważne -masakrę klanu społecznego, pojmowanego jako ogólną konstrukcję Rodziny i Państwa. Pojawił się wtedy Mishima Yukio, początkowo romantyk, który przeczuwał nadchodzący koniec świata i śmierć jako domenę młodości, co w Japonii rozumiane jest jako trwale wpisaną w życie i jego dekadenckie zakończenie. W zestawieniu z Shintaro Ishiharą, guru japońskiej młodzieży okresu kontestacji, duch ideologii śmierci, odwieczna pustka i  „zimny płomień“, doprowadziły do narodzin intelektualnego podłoża, na którym wyrosły talenty muzyczne Kaoru Abe, Yoko Ono, Doji Morita, a w malarstwie Kôsai Hori.

Z jednej strony Morita Dōji. Ikona, cudowny głos i zaklęta w poezji jej muzyka. Była niezwykła, tajemnicza. Uosabiała tęsknotę za wolnością. Żyła bowiem w czasach wagabundów i zbuntowanych trubadurów, artystów wolnej miłości i niczym nieograniczonego ducha. W Paryżu śpiewał Serge Gainsbourg, a w Tokio ona. Na obrazach królował wtedy Jean Dubuffet, a na Polinezji Jacques Brel właśnie kupował rozklekotany samolot o imieniu Jojo na cześć swego przyjaciela Georgesa Pasquier, aby wozić nim chore dzieci z Atuony do odległego szpitala w Papeete. Wracając do awangardy…

Japończycy podnieśli bunt formalny gdzieś w latach 50-tych, kiedy w Ameryce rządziła abstrakcja, a w Europie Nowy Realizm. Ale ten ich bunt miał także podłoże systemowe, inaczej u nich pojmowano wszak nonkonformizm. Choć bunt to bunt, zawsze ma takie samo oblicze, gdy przyjdzie go podsumować.

Może nawet duch czasu sprawił, że niedawną wystawę japońskiej awangardy w MoMa (2013), sponsorowała firma Uniqlo, bodaj najbardziej rozpoznawalny znak czy symbol czasów konsumpcyjnej epoki, powszechnej pogardy do intelektualnego wrzenia, a więc takich czasów, gdzie główną regułą jest wyłącznie podobać się i wzruszać.

W zdominowanej przez wabi sabi japońskiej estetyce i ducha mistrza Ojio Yūshō, który świadomie stworzył z nich symboliczne znaki niekończących się podróży, sztuka Kôsai Hori stanęła na opak tej tradycji, wnoszącej od wieków ku niebu, japoński hymn o harmonijnej iluzji, czyli o tym, że posiadła absolutną mądrość do jak najpiękniejszego umierania.

Hori to malarz abstrakcji.  Maluje olejem, ołówkiem, pastelami, węglem. Jest drapieżny. Choć chciałoby się powiedzieć, że jego obrazy są uwerturą do praktyki artystycznej, której odniesienia sięgają wyżyn cnót i powagi.

A wszystko to widziane, tak jak piękno rozumieją malarze  awangardy: Hegel nie powiedziałby, że to coś najpiękniejszego, a Goethe nie padłby na kolana.

Tymczasem na tle dwudziestu paru ludzi kręgu awangardy po obu stronach Pacyfiku, z których połowy nie można odróżnić od siebie, tylko związki Kôsaia z szerszą kulturą, a więc inteletualnym tworzywem czerpanym ze świata literatury, kina i sztuki śródziemnomorskiej, czynią go najbardziej wyraźnym.

A zatem najpierw była szkoła w Tama. Czyli Tama Art Univcersity. Świetny adres, a jeszcze bardziej znakomite muzeum współczesnych artystów. Najbardziej znany absolwent szkoły to Issey Miyake, projektant mody i perfumeryjny gigant, lecz w dziale „awangarda“ na szczyty wdrapał się właśnie Hori. Jego abstrakcjonizm pojawił się dość późno. Jak zwykle w takich przypadkach bywa, artysta tkwiący na pograniczu konceptualnego buntu, pojechał do Paryża, a tam zarażony czystą formą postanowił zakwestionować wszystko to, co do tej pory zrobił. Warto tu nadmienić, że cechą współną Japończykow jest używanie pigmentów. A Hori uczynił z tego swój znak rozpoznawczy. Wraz z kompozytorem Yasunao Tone założyli grupę Bikyōtō Revolution, która będąc czymś na kształt duchowej wioski, umocowała w Japonii przekonanie, znane skądinąd doskonale w Europie, że kolektywność w sztuce jest szkołą na wieczne przetrwanie…

 

Tomasz Rudomino

 

Na marginesie wystawy Kôsai Hori w  Mizuma Art Gallery, 3-13 Ichigayatamachi, Shinjuku oraz teorii malarskiej znanej jako Colectivism after modernism.

23
1
skomentuj
lubię!
przeczytane
1.81t
razy

Apolinère Enameled

Dwadzieścia lat temu Marek Kamieński powiedział redaktorowi „Sztuki Polskiej”, że alternatywne dziedziny sztuki są dla niego zawsze synonimami tego, co w awangardzie najlepsze w bezpośredniości, zwłaszcza takiej, która ujawnia się wbrew intencjom twórców.

I teraz spośród tych najznakomitszych akordów sztuki, wydobywa nieśmiertelne paralele: Marcela Duchampa.

Na pierwszy rzut oka jest jak w starym albumie, opisującym sztukę od końca 19. wieku, w którym dzieła sprzed stu lat opisywane są językiem filozofii poststrukturalistycznej, a nawet postmodernistycznej.

Musi tam też znajdować się collage Marcela Duchampa z reklamą emalii Sapolin, będący grą słów i hommage dla Apollinaire. No po prostu musi i już!

Dwadzieścia lat później Kamieński mówi tak: „Mój wybór dotyczył raczej układu liter i długości napisu, więc spraw czysto formalnych – nie musiałem wymyślać jakichś własnych, nic nie znaczących zestawień długich słów w obcym języku, bo już były. Oczywiście nikt nie zwrócił na to uwagi, bo niby skąd mieliby to wiedzieć? Kto się dzisiaj zna na sztuce? Ciągle maluję więc to, co w pierwszym rzędzie mnie się podoba, to samo dotyczy prawej strony tego tryptyku – aluzji do pracy Barbary Kruger, w której zastąpiłem Łuk Triumfalny nowoorleańskim Piazza Italia, jako symbolem architektury postmodernistycznej, a tytuł zmieniłem i dodałem mało używane w angielskim słowo impression w znaczeniu parodii. W tym przypadku cały obraz jest poświęcony częściowo „mojej” formacji artystycznej, stąd tytuł – Sally rev., bo David Salle każe wymawiać swoje nazwisko- Salli, a dotyczy w głównej mierze „sztuki zawłaszczania”, której drobnym odpryskiem było to co robiłem kiedyś”.

Marek Kamieński to malarz pokolenia transawangardy, albo polskiej Nowej Fali. Absolwent katowickiej filii ASP w Krakowie. Uprawia malarski dialog jako formę „kultury wolnego czasu”, czym nawiązuje do Barbary Kruger, ale także Davida Salle i Juliana Schnabela, którzy przywołali w pewnym momencie kicz jako zwycięstwo zawsze tłumionych tendencji. Mieszka w Katowicach.

25
0
skomentuj
lubię!
przeczytane
1.17t
razy

Świat według Alfreda

Albert

Spotkaliśmy się po raz pierwszy w Ottawie, przy okazji jakiejś uroczystości, kiedy wręczono mu medal za służbę Polsce. Dzień później siedzieliśmy już w jego pracowni w UQAM. W Kanadzie to jeden z najważniejszych artystycznych adresów. Wiele lat temu utorował mu drogę do międzynarodowej sławy.

Albert

Nasze spotkanie przypadło na wczesną wiosnę. Umówiliśmy się rano przy René Levesque. W Montrealu, w zakamarkach ulic,  gnieździł się jeszcze zlodowaciały śnieg. Alfred przyszedł w czapce z nausznikami i grubym płaszczu. Na dzień dobry powiedział, że jego początki były tak dawno, że nic nie pamięta. Il fait très frette – mamrocze pod nosem… To w „québécois“, że  zimno. Spacerowaliśmy trochę. Zaczęliśmy od kawy u Włocha, tuż obok Uniwersytetu. Kawa o poranku to zbawienna rzecz. Przejaśnia umysł. Wypełnia wszelkie dziury w pamięci. Wracają cytaty z historii sztuki i zdarzenia sprzed pół wieku. W projektowaniu najważniejsze jest sformułowanie idei. To jak harmonogram u chirurga. Jeśli napędza cię energia, to masz zapewniony ruch: głowa – ręka – ołówek. Tak sobie obojętnie gadamy przy kubku gorącej kawy. Van Houtte u Włocha w Montrealu. Przyczynek do innej dyskusji o tym mieście. Niezwykle otwartym i tolerancynym.

Jego uczniowie wymalowali na ścianie, przy wejściu do pracowni, fresk ku pamięci swojego profesora. Ten fresk to raczej forma mieszana. Collage. Jak ołtarz w tym przypadku. Pokój Alfreda w UQAM ma numer 125. Przy tabliczce profesor zaczepił, obok swojego nazwiska zaproszenie na paryską wystawę Romana Cieślewicza z reprodukcją Mona Tse-Tung. Cieślewicz to jego żywe wspomnienie. Ale o Paryżu nie chciał rozmawiać.

„Kiedy przyjechałem do Francji, od razu zaczepiłem się do pracy, mogłem w jakiś sposób się realizować, szukać pomysłu na swoją twórczość. Ale paradoksalnie, to właśnie w Paryżu dopadła mnie bezsilność…“

Był krótko, zbyt krótko aby tam zaistnieć. W kolekcji wielkich osobistości od Teresy Byszewskiej poprzez Jana Lebensteina czy Romana Cieślewicza, był ledwie  kropelką w morzu absolutnych mistrzów, a i młokosem w pewnym sensie, bo przy sędziwych weteranach talent miał w tym przypadku drugorzędne znaczenie.

A nad Sekwaną było jak u Gombrowicza: …gdybym chciał w paru słowach zamknąć mój pobyt w Paryżu, to to było przede wszystkim to – chodzenie po ulicach.

Kilka dni przed spotkaniem z Alfredem pojechałem do Québec, aby zobaczyć właśnie jego Gombrowicza. Ściślej „Biesiadę u hrabiny Kotłubaj“. Były w zasadzie dwa plakaty o tym przedstawieniu, ale w tamtejszym muzeum sztuki wisi tylko ten z krową w czerwonym pantofelku. Ducha Witolda Gomrowicza Alfred nie zgasił. Z łatwością ujawnił to, co doskonale wiemy o nim: niedostateczność człowieka cywilizowanego wobec kultury, która go przerosła.

W pracowni profesora rzuca się w oczy wycinanka ze wszystkiego. Alfred to wszak plakacista starej daty. Układa sobie na desce wszystkie elementy. Najpierw jednolite tło, potem jakieś fotografie, wycina na przykład rożek z gazety. Układa litery. Paski, kropki. Jest perfekcjonistą. Kiedy nie projektuje to skleja kolaże z rzeczy znalezionych na biurku. Kawałki kartek, różne rastry, fotografie, patyki znalezione w ogrodzie, albo rysunki. Widzę zdjęcie Jana Pawła II, albo Czesława Miłosza. Na tym drugim stoją razem. Trafiam też na wycinankę z drabiniastym wozem. Alfred – woźnica. Jak Cieślewicza Mona Liza chińskiego przywódcy. To maniera starych mistrzów. Dobra cecha. Uczniowie Alfreda uwielbiają stare szkoły. Kanada tonie w plakatach robionych techniką Alfreda. To geniusz, powiadają. Nauczył ich wszystkiego. Niektórzy zrobili wielkie kariery. W Québecu wszystko jest proste. Albo jest dobre, albo złe. Nie ma innych rozwiązań. Jak nie wiadomo co powiedzieć, czy jest źle, czy gorzej, mówi się wtedy „tabarnak“. I to już jest wtedy najniższa ocena. Nie można z niej wybrnąć w żaden sposób pozytywnie. W sztuce plakatu oznacza to odpłynięcie na bezdroża.  Ale w przypadku Alfreda jest tam tylko jedno określenie:

geniusz.

Wychował całe pokolenia.

Czterdzieści lat spędził na UQAM.

Trafił tam w 1977 roku. Współtworzył centrum designe’u.  Wtedy jego aktywność wyraźnie zaczęła oscylować wokół dwóch nurtów: własnej twórczości i l’École de Design UQAM. Wiele lat później centrum upamiętni swojego mistrza i mentora wielką retrospektywą.

Urodził się w środku wojny, z początkiem lutego 1942 roku, niedaleko Zamościa, w małej osadzie o nazwie Zawada. Patrzyłem na fotografię, znalezioną w pracowni, jak mały Alfred przystępuje do świętej komunii, na jego mamę i ojca na rowerze, gdzieś tam na polnej drodze. W Zamościu ukończył Liceum Plastyczne. W Zamościu też jest dobrze studiować historę sztuki i włoskie koncepcje architektury. Wrażliwemu człowiekowi potrafią wiele dać te doświadczenia.

A potem były szkoły w Katowicach i Akademia Sztuk Pięknych w Krakowie. Pod Hutą Lenina zatańczył  w stroju ludowym, bo miał także talent do tańca i jego nowa pasja zawiodła go do wielu zakątków świata. To kolejne zdjęcie ze zbioru znalezionego na UQAM. W pracowni pełno poprzybijanych szpilkami zdjęć, a to z Aten, albo Leningradu. Alfred długo wędrował ze swoją trupą Pieśni i Tańca. Lecz w Paryżu trafił na A.P.E.I a później S.E.C. To ważne skróty, rozpoznają je znawcy  historii designe’u. Alfred dostał w Paryżu stypendium, wystarane przez swojego profesora i nauczyciela Włodzimierza Hodysa. To ostatnie nazwisko pamiętamy wszak z „Zebry“, kultowego czasopisma czasów odwilży…

L’École de design w Montrealu to drugi dom Alfreda. Widać to na pierwszy rzut oka po zgrodmadzonych tam przedmiotach i pamiątkach. Na plakacie „ÉCOLE DE DESIGN, BIENVENUE“ maszeruje koń z dumnym kawalerzystą, jakby księciem Poniatowskim na głowie w kepi i epoletami marszałka na ramionach. Lecz bez twarzy. To znak czasu i stanu umysłu. Bo Alfred jest na wskroś polski. Nawet jeśli robi plakat do wystawy Bauhausu, czujemy tam typograficzną więź ze szkołą, jaką dała mu polskość. Znowu Gombrowicz. Ciężka kotwica, która łączy nieśmiertelną chorobę stanów uczuciowych z otaczającą rzeczywistością, odległą od wszelakich związków intymno-patriotycznych bo przecież sięgających do uniwersalnych i prostych znaków ze świata i duszy artysty.


Świat Alfreda. Zebrała się olbrzymia kolekcja artefaktów, które umieścił na plakatach. Alfred na świat patrzy tak, abyśmy wiedzieli, że to on go właśnie widzi. Do patrzenia służą oczy. Alfred nie bez powodu, w ślad za swymi wielkimi poprzednikami w sztuce Renesansu, podkreśla „punkt widzenia“. Nie tyle, co emocjonalny, lecz ten dosłowny. W „Hommage Shiego Fukudy“ patrzy na niego swoim okiem. Jest akurat do góry nogami. Przekornie. To rodzaj mrugania. Fukuda, jak wiemy doskonale, operował nożyczkami. Stały się fundamentem jego filozofii i znakiem rozpoznawczym. Bliskie związki.

Świat Alfreda jest bardzo bliski.

Napisał Marc H. Choko :

z Alfredem nie trzeba rozmawiać aby go zrozumieć. On przemawia do nas tym co robi… W jego dziełach widzimy analogię, rytm, niespodzianki. I poezję. Tak, bo Alfred jest poetą…

 

Dopiliśmy trzecią filiżankę Van Houtte. Było już południe. W Montrealu wyjrzało słońce.

 

Tomasz Rudomino

Alfred Hałasa,

grafik, plakacista i projektant, profesor  na Université du Quebec à Montréal. Jeden z najwybitniejszych polskich artystów. Jego prace znajdują się w kolekcjach muzealnych na całym świecie poprzez Meksyk, Tokio, Chicago, Toronto, Lahti, Hamburg, Toyamę, Hong-Kong.

 

48
2
skomentuj
lubię!
przeczytane
2.6t
razy