Lars Fredrikson w MAMAC

MAMAC to raj dla smakoszy. Ta nazwa, to skrót oczywiście. Jeden z najdoskonalszych adresów na świecie: Musée d’art moderne et d’art contemporain w Nicei.

Muzeum mieści się przy Place Yves Klein. Król błękitu, urodził się bowiem w tym mieście w roku 1928. Był związany z Niceą, podobnie jak Arman i inni artyści Nouveau Realisme.

Ale dziś w MAMAC, mamy innego króla sztuki współczesnej. To Lars Fredrikson, artysta uniwersalny, multiinstrumentalista, malarz, grafik, rzeźbiarz, twórca instalacji. To on stworzył niezwykły związek, pomiędzy obrazem, a dźwiękiem. Z tego ostatniego uczynił przestrzeń o znaczeniu elementarnym. A mianowicie, stworzył dźwięk na podobieństwo obrazu. Albo odwrotnie. Postawił znak równości.

Na tamte czasy był artystycznym eksperymentatorem. Dziś, biorąc pod uwagę to, czego dokonał, należy mu się majestat.

Pochodził ze Szwecji. Studiował tam chemię i elektronikę. Fascynację sztuką poprzedziła właśnie to nauka- ścisła. Urodził się w 1926 roku w Sztokholmie. Szczyt jego twórczej energii przypadł zatem na lata 60. i 70.

Fascynował go John Cage. Guru Nam June Paika, Allana Kaprowa i Yoko Ono. Podobnie jak i oni wszyscy, być może bardziej niż Paik, liczył na odnalezienie klucza do właściwej, plastycznej formy dźwięku. Był zafascynowany sygnałem. Nie tyle co dźwiękiem jako takim, lecz sygnałem. To go różniło od Paika, twórcy spektaklu Bonjour Monsieur Orwell. Bo przecież Paik jak i Cage byli przede wszystkim muzykami.

W koncepcji Cage, mamy wejście form dźwięku w przestrzeń happeningu. Pamiętamy wszak jego słynny 4’33. Spektakl, w którym dokładnie, w czasie 4 minut i 33 sekund, wykonawca przy fortepianie siedział nieruchomo. Dźwięk pojawił się tylko jako zdarzenie akustyczne. Z zewnątrz.

U Fredriksona nie było inklinacji do spektaklu. Wizualizacje tworzył, wykorzystując elektronikę.  A zatem system video, jak Paik, ale też urządzenia do rejestracji sygnału, jego nagrywanie, przetwarzanie i obróbkę.

Przeprowadził się do Francji. Zamieszkał w Vence, a potem Antibes. Stworzył studio, w którym rejestrował sygnały, a potem nadawał mu formę plastyczną.

Fredrikson był malarzem i grafikiem. W zasadzie nigdy nie przestawał malować. Używał akwareli, bo wyraźnie mu pasowała do uchwycenia charakteru pulsu. Pulsu w rozumieniu cząstkowego sygnału.

I być może tego, co jest dalej…

Puls,

Sygnał,

Człowiek,

To pytanie o kosmos, o naszą przestrzeń po prostu. O życie też.

W jakimś sensie, taki kształt, wyraz, język jego twórczości, pozwala na pogląd, że zmagał się z potrzebą iluzjonizmu, zagospodarowaniem przestrzeni. Tworzył instalacje i environnement, assamblage, wykorzystując potężny arsenał narzędzi jakimi dysponował: od sonoru po fotografię.

Tworzył collage. To jeden z ciekawszych przejawów jego twórczości. Fredrikson użył tu także języka konceptualnego działania, chcąc w jakimś stopniu iść za głosem pokolenia, kontestującego zachłanny imperializm, plutokrację oraz niekontrolowaną inwazję w przestrzeń naturalną człowieka, w jego bezpośredni byt.

Był w jakimś sensie pionierem. Łącząc wspomniane elementy przemawiał nowym językiem, wykraczającym poza tradycyjne postrzeganie plastyki, bardzo logicznie kształtował swoje przesłanie, dążąc do powstania pełnego potencjału estetycznego.

Zmarł w 1997 roku w Vevouil.

Lars Fredrikson, MAMAC, listopad 2019 -marzec 2020.

17
0
skomentuj
lubię!
przeczytane
628
razy

Sonja Ferlov Mancoba

A tymczasem w stolicy Francji kolejna, wielka uczta. W Centre Pompidou trwa niezwykła wystawa: Sonja Ferlov Mancoba. To pierwsza we Francji, tak kompletna retrospektywa, tej wybitnej duńskiej artystki (1911-1984).

Ferlov to rzeźbiarka, ale była przecież doskonała także w rysunku, a także grafice. Wielka Muza światowej moderny, absolutnie olśniewająca w swojej twórczości, perfekcyjna i natchniona, obdarzona darem, jak ledwie nieliczni, którzy mogą tego doznać, zapewne od czuwającej nad wszystkimi artystami Opatrzności.

Sonja Ferlov, rzeżba, Centrum Pompidou, 2019

Sześćdziesiąt siedem rysunków i pięćdziesiąt osiem rzeźb. To plon wystawy w Centre Pompidou, które możemy oglądać do września br. Mamy zatem pełny przegląd jej prac, zrazu inspirowanych prymitywną sztuką afrykańską, a także prekolumbijską, co niezwykle umiejętnie wkomponowała, początkowo w surrealistyczną, a później abstrakcyjną formę własnego języka sztuki.

Studiowała w Kopenhadze malarstwo. Była w bliskich kontaktach z innymi artystami duńskimi: Ejler Bille, Vilhem Bjerke-Petersen, Richard Mortensen, czy Hans Øllgaard, a potem zakładała grupę Linien (1934).

Od połowy lat trzydziestych mieszkała już w Paryżu. Miała swoje atelier niedaleko pracowni Alberto Giacomettiego, z którym się zaprzyjaźniła. Podobnie jak i on, uległa fascynacji surrealizmem. Stąd jej przyjaźnie z Arpem czy Maxem Ernstem. Stopniowo jednak zwracała się ku abstrakcji, co zdaje się, miało naturalny przebieg, artystycznego procesu u twórców tamtej epoki, zwłaszcza w Paryżu.

Sonja Ferlov i Ernest Mancoba w swoim domu w Oigny-en-Valois, ok 1957. Fot @Centre Pompidou, 2019

W 1939 poznała południowoafrykańskiego artystę Ernesta Mancobę, z czasem głośnego myśliciela, pisarza, malarza i rzeźbiarza. Urodzony w Johannesburgu, jako syn górnika, uczył się rzeźby u anglikańskiego pastora. Mancoba był pierwszym, czarnoskórym artystą wśród artystów światowej awangardy. Do Francji przybył, aby uczyć się rzeźbiarskiego fachu, lecz kojarzony był już wcześniej, ze słynnej, ukazanej w klasycznym kontrapoście Czarnej Madonny. Pozostawał naonczas pod wpływem Lippy Lipshitza, bardziej znanego jako Israel-Isaac Lipshitz, który był żydowskim emigranetm z Rosji, a ściślej z miasteczka Płungiany na Litwie.

Lipshitz wyjechał z Kapsztadu do Paryża i w latach dwudziestych stanął w jednym szeregu takich artystów jak Chaim Soutine, Jules Pascin czy Amadeo Modigliani. Dzielił pracownię z Ossip Zadkine i Brâncusim. Lippy Lipshitz wrócił przed wojną do Południowej Afryki, co z pewnością uratowało go od Zagłady.

Sonja Ferlov Mancoba w swoim atelier przy rue du Château w Paryżu, 1984, fot@Centre Pompidou 2019

W takim oto środowisku, dojrzewała twórczość Ernesta Mancoby. Z Sonją Ferlov poznali się i pobrali w w 1939 roku. Wojnę spędził w obozie dla brytyjskich jeńców i obywateli innych krajów, zatrzymanych na terenie Francji. Po jej zakończeniu wyjechał z Sonją do Kopenhagi, gdzie brał udział w wystawach grupy COBRA. Zmarł w Paryżu w 2002 roku. Swoją żonę przeżył o dwadzieścia lat. Ich powrót do Paryża wynikał z ostracyzmu, jakiego ta para doznała w Danii. Być może, wpływ na to miał rasizm, ale też pewna oziębłość artystów COBRY (Karel Appel, Asger Jorn, Carl-Henning Pedersen) w stosunku do niej samej i jej surrealistycznej, dawnej grupy Linien, ale zwłaszcza do jej czarnoskórego męża, głoszącego jawne deklaracje sprzeciwu wobec polityki apartheidu.

Sonja Ferlov Mancoba, rzeźba, Centre Pompidou 2019

Osiedlili się w 1952 roku, powtórnie we Francji, w Oigny-en-Valois na północy Paryża.

W 1971 roku Sonja Ferlov otrzymała medal Thorvaldsena, najważniejsze odznaczenie dla artystów, jakie przyznaje Królewska Akademia Sztuk Pięknych w Kopenhadze.

Sonja Ferlov Mancoba, Centre Pompidou, Paryż 26 czerwiec-23 wrzesień 2019

 

20
0
skomentuj
lubię!
przeczytane
685
razy

Pierre Soulages w Rodez

W Rodez otwarto właśnie wystawę na stulecie urodzin Pierre Soulages. Ten sędziwy artysta jest absolutnym fenomenem w sztuce współczesnej. Najprawdziwszą ikoną. Genialny, ekscytujący, zaczarowany. Brak słów, aby określić jego twórczość, poetycką wizję świata i artystyczne dokonania. Soulages to absolutnie wszystko, co składa się na jakość i walor sztuki ! Namalował 1550 obrazów, wszystkie tchną lirycznym kolorem, fenomenalnym światłem. Grą jednego z drugim. Materia tego malarstwa jest poniekąd symboliczna, ale jednocześnie Soulages to malarz abstrakcjonista, jeden z weteranów Informelu, świadek najważniejszych zdarzeń, jakie miały miejsce w przemianach artystycznych XX wieku.

Pochodzi właśnie z Rodez, uroczego miasta w Aveyron, które posłużyło niegdyś jako miejsce do określenia miary metra.

Pierre Soulages był samoukiem. Malarstwa uczył się na obrazach wielkich mistrzów, w tym Paula Cézanne. Podpatrywał malarzy awangardy, śledził ich losy, kiedy zamieszkał w Paryżu przy rue Victor-Schœlcher. Na tej ulicy mieszkał także Pablo Picasso, André de Chastanet, a także Simone de Beauvoir. Soulages miał blisko do wielkich.

W latach czterdziestych stworzył pierwsze obrazy abstrakcyjne. Był wtedy pod wpływem Kupki, Herbin, Domela. Szybko zaczął wystawiać. W 1948 roku wziął udział w wystawie „Francuskie malarstwo abstrakcyjne“, która została pokazana w Niemczech.

Tworzył obrazy za pomocą skontrastowanych plam barwnych lub poszarpanych linii o niespokojnym profilu. W jakim sensie był to nurt, postawa sprzeciwu wobec abstrakcji geometrycznej, albowiem Soulages odrzucił ograniczającą obraz strukturę form, przez co zbliżył się do taszyzmu.

Termin „Infomel“ został przypisany Soulages wkrótce po wystawie, którą zorganizował francuski krytyk sztuki Michel Tapié. Chodziło o znaczenie „braku formy“ i w dużej mierze odnosiło się do malarstwa Pierre Soulages. Głębokie, poplątane ze sobą skontrastowane plamy stały się dla tego francuskiego malarza znakiem. Różnicował je fakturą, nadawał tony niebieskie, czerwone i czarne, starając się z tej głębi wydobywać harmonię, jak w japońskiej kaligrafii, gdzie liczy się najpierw gest, a dopiero potem kształt. O ile Tapié wygłosił bojowe orędzie przeciwko abstrakcji geometrycznej, tak taszyzm był pojęciem poniekąd ironicznym.

Dla Soulages najważniejsze były czerń, światło i Hans Hartung.

Hartung to nie tylko liryczna przyjaźń artystów. To także jego niezwykłe życie, zasługujące na uwagę, wielce pogmatwane losy artysty, a to w Lipsku, albo na Minorce, i w Legii Cudzoziemskiej. Niemiec, który stracił na froncie nogę, odznaczony za bohaterstwo „Croix de Guerre“. Francuz zatem pełną gębą, no i bezsprzecznie malarz najwyższej wrażliwości. Miał wielki wpływ na Soulages. Zresztą Francis Picabia również. Być może – gdzieś tam obok – maniera Soulages, zawdzięcza bardzo wiele, pędzlom tych dwóch malarzy, ale rodzaj gestu jaki zastosował na swoich obrazach, wrażliwość na kolor, światło, cień, uczyniły zeń mistrza gatunku, tak jak kaligrafia tuszem, czyni perfekcyjnym dopiero wtedy, kiedy cała energia i skupienie koncentrują się na nacisku pędzla i odpowiednim ruchu.

Z czerni uczynił kolor. Barwy zamienił na czerń.

Soulages ma sto lat. To wiek, który czyni z tego artysty świadka historycznych zdarzeń w sztuce współczesnej. Musée Fenaille stawia teraz obok niego, całą paletę dokonań człowieka w dziedzinie sztuki. Od narodowej kolekcji Cluny, poprzez średniowieczne obiekty, ceramikę i rzeźby z czasów późniejszych. Bo to wszystko oglądał przecież Soulages osobiście, właśnie w Rodez i gdzie indziej, podczas swojego długiego życia, i to oczywiście zadomowiło się w jego umyśle, dając w efekcie wrażliwość i lirykę dostępną tylko nielicznym.

Pierre Soulages – Musée imaginaire, Fenaille, Rodez, czerwiec – listopad, 2019

 

18
1
skomentuj
lubię!
przeczytane
1.28t
razy

Rouge (czerwony)

Tymczasem w Paryżu trwa ekspozycja ponad 450 obrazów, rzeźb, fotografii, rysunków, klipów filmowych i plakatów, składających się na wielką panoramę radzieckiej utopii artystycznej.

„Czerwony 1917 – 1953“, taki tytuł nosi ta wystawa, a jej organizatorzy chwalą się, że lwia część eksponatów nigdy nie była widziana we Francji.

„Utopia i rzeczywistość“ to tło rozważań o świadectwach sztuki po wybuchu rewolucji w Rosji. Dla Francuzów, pozbawionych traumy sowieckiej okupacji, terroru i komunistycznej indoktrynacji, taka wystawa to emocjonujący przegląd doświadczeń artystycznych, filozoficznych, niekiedy bardzo ciekawych dla nich samych.
Wszystkie doświadczenia awangardy brały się przecież z tamtego czasu, bezpośrednio z ruchu zbuntowanych artystów i tych, którzy wyemigrowali ze świata nowego ładu.
A zatem dla Francuzów to czysta przygoda artystyczna, źródło inspiracji i koloryt, który świetnie pasował do ich własnych, ukutych na rodzimej piersi, kierunkach w rozwoju sztuki.

18 marca 1917 roku powstał w Moskwie Związek Artystów Malarzy, a tam sekcja młodych, w której ferment pokazali Aleksander Rodczenko i Włodzimierz Tatlin. Dzień później ogłoszono równość wszystkich obywateli Rosji, a także kobiet i mężczyzn. Tym samym fundament przemian społecznych zapoczątkował nowe doktryny artystyczne, manifesty i masowy dostęp do kultury, a zwłaszcza sztuk wizualnych.
Egalitaryzm w sztuce szedł w parze z nacjonalizacją, terrorem, bo przecież w tym czasie powstała formacja Feliksa Dzierżyńskiego – WCzK, a jednocześnie Marc Chagall został komisarzem do spraw sztuki w Witebsku. To historia, którą dobrze znamy. Przypomniana została, aby uświadomić tło tamtego czasu i siłę sprawczą gwałtownego zwrotu jaki dokonał się w mechanizmach wpływających na rozwój sztuki.

Czy ktoś pamięta trójcę awangardy z Witebska: Chagall, Malewicz, Kandinsky?
Rosja czasów sprzed rewolucji była już gotowa do otwarcia, bo sprawiła to fenomenalna kolekcja Siergieja Szczukina. Dekret Lenina z dnia 8 listopada 1918 roku spowodował, że stała się własnością „ludu“ i przeszła pod zarządzanie polityczne. Losy tej kolekcji to bardzo ciekawa i całkiem osobna historia.

W lutym 1919, Kandinsky zostaje dyrektorem moskiewskiego muzeum malarstwa. W 1915 roku był już uczestnikiem wystawy awangardy, która naonczas była jeszcze traktowana jako prowokacja artystyczna. Jest wtedy postacią znaną i budzącą zaciekawienie władz. W jego muzeum pojawiają się Popowa, Rodczenko, Stiepanowa, Pevsner. Walter Gropius uznaje Kandinskiego za największy impuls artystyczny tamtego okresu.
Twórca Bauhausu fascynuje się Rosjaninem, który po wystawach w Odessie, Kijowie, Moskwie i Rydze postanowił opuścić definitywnie ten kraj i przenosi się do Monachium, gdzie później otrzyma obywatelstwo niemieckie. W ZSRR rodzi się konstruktywizm. Przemiany w sztuce następują bardzo szybko. Awangarda nabiera swojego kształtu, który inspiruje świat, głównie nową formą.

I oto Max Alpert pokazuje zdjęcie, na którym widzimy chłopów i chłopki w polu, podczas dyskusji o sztuce. Przed nimi widać plakaty, obrazy i nastrój wzmożonej pracy. Umysły skupione nad nowym wyzwaniem ideologicznym. Sztuka zeszła z salonów na pole żyta.
Max Alpert to ikona radzieckiej propagandy, fotograf „Prawdy“, zasłynął wizerunkami bohaterów frontu wojennego. Ale wcześniej sławił Farganę i był obok Eistensteina pionierem propagandowego dialogu.

Wystawę w Paryżu otwiera dzieło Aleksander Dejneki, czerwonoarmisty, autora mozaik dla moskiewskiego metra, bohatera wojennego. Obraz w Grand Palais to „Pełna wolność“, sedno socrealizmu, stylistycznie tkwiący gdzieś pomiędzy Hodlerem, a Bonnardem, sprawny i niezwykle bogaty w użyciu światła czy kolorów. Dejneka dostał złoty medal w Paryżu w latach trzydziestych, co wyraźnie potwierdza, że francuska miłość do kolorystów nigdy nie wygasła i na pomniku swojego bohatera potrafią postawić generała lejtnanta socrealizmu i sędziwego mistrza Pierre Bonnarda.
Obrazów kwitnącej radości i tryskającego zdrowia ludzi pracy jest na tej wystawie więcej. Warto jednak zwrócić uwagę na fakt, że oprócz formalizmu mamy do czynienia z prawdziwą lekcją poznania.

Równolegle możemy obserwować artystyczną ścieżkę Rodczenki, która poprzez swoje krawędzie zaprowadziła do eksplozji Abstraction-Création, a później Arpa i tego fenomenu Le Corbusiera, który zachwycił zarówno ludzi radzieckich jak i całą resztę świata.

Rodczenko to wyjątkowy bohater ekspozycji w Grand Palais. Był bowiem nie tylko prekursorem, ale też wizjonerem. Wierzył w sprawczą rolę sztuki i jej społeczny charakter. Był projektantem, grafikiem, plakacistą, teoretykiem. Ważne są nie tylko następstwa jego twórczości, ale świat równoległy.

Bo obok ważnych, dojrzałych działań w fundamencie nowej sztuki pojawia się doktryna, która unicestwia wolność i nakreśla ciasne ramy odpowiedzialności artysty wobec społeczeństwa socjalistycznego.

To ciekawa wystawa, ukazująca pełne spektrum działań na radzieckiej scenie artystycznej. Mamy więc obrazy, rzeźby, projektowanie wnętrz, scenografie teatralne, kostiumy, fotografie.
Doznania z oglądania tej wystawy są olbrzymie. Po pierwsze jest pokazana droga, po której stąpali Kandinsky, El Lissitzky, Rodczenko, Malewicz, Meyerhold. A także Sophie Küppers, niemiecka patronka awangardy, kolekcjonerka, która wyjechała do ZSRR w 1927 roku, gdzie została żoną Lissitzky’ego, a w końcu deportowana na Syberię, jako wróg ludu.
Tak, to memento. Tamte czasy… Lekcja poznania.

Grand Palais,  Paryż, maj-lipiec 2019

16
0
skomentuj
lubię!
przeczytane
646
razy

Hammershøi w Paryżu

W Museé Jacquemart-André trwa aktualnie wystawa wielkiej gwiazdy duńskiego malarstwa Vilhelma Hammershøi (1864-1916) i to jest powrót tego artysty, po wielu latach, do Paryża. Hammershøi pokazał się tutaj ze swoimi obrazami na wystawie światowej w 1889 roku, gdzie zobaczył symbolistów, japońską syntezę, zachwycił się Gauguinem, Degasem a potem Puvis de Chavannes.

Był wszechstronnym portrecistą, umiał dostrzec chwilę, w końcu odnalazł się we wnętrzach zalanych światłem z pobliskiego okna lub pogrążonych w całkowitym półmroku. Był kimś, kto połączył swoistym pomostem Gustave Courbeta z Edwardem Hopperem. Hammershøi to malarz o pastelowych kolorach, wyciszony i skromny. Jednak, to właśnie w tych cechach tkwi jego siła, bezsprzecznie analityczny umysł malarski i umiejętność budowy syntezy.  

Hammershøl, le maître de la peinture danoise, 14 marca/22 lipca 2019 , Museé Jacquemart-André, Paris

10
1
skomentuj
lubię!
przeczytane
696
razy

Maillol i reszta świata

W pewnym sensie to teraz Aristide Maillol rządzi w sztuce. Najpierw Anselm Kiefer rozłożył w dostojeństwie Rodina swoje „księgi”, a teraz Alberto Giacometti z kompletem fantastycznych rzeźb stanął u stóp Maillola. Można zatem łatwo ułożyć obok siebie kilka znakomitości światowej sztuki, nabrać oddechu i poszukać odpowiedniej refleksji, aby zobaczyć procesy przemian jakie zachodziły w rzeźbie, właśnie od czasów Aristide Maillola po tegoż Giacomettiego.

Nie przypadkiem jednak w paryskim Musée Maillol pokazane zostały także inspiracje Giacomettiego, a może także i jego intelektualne otoczenie. Artysta bowiem dojrzewał bardzo długo, przechodził wiele faz twórczości, a od jego fascynacji surrealizmem bardzo długa droga zaprowadziła go dopiero do wysublimowanej figuracji, którą wszak najbardziej znamy.

Są więc tutaj Charles Despiau, Ossip Zadkine, Antoine Bourdelle. Jest i oczywiście Rodin, ojciec wszystkich współczesnych rzeźbiarzy. To akurat doskonała lekcja poglądowa, o czym przekonał nas niedawno Anselm Kiefer, stając w szranki z tym gigantem sztuki.
A zatem Zadkine. Jest jego cudowny „Akordeonista”, brąz z 1926 roku. Giacometti przywarł z całą mocą do tej stylistyki, szczególnie z okresu fascynacji Zadkine’a afrykańską rzeźbą prymitywną. Ten urodzony w Witebsku artysta, miał bowiem skłonność do swobodnego czerpania z tych obszarów sztuki, aby je następnie włączyć w swój własny nurt, poniekąd kubistyczny, co wiemy wszak formalnie, ale przecież bardzo przy tym osobisty, drapieżny i ekspresyjny poniekąd, co mocno zwróciło uwagę na korzenie od Rodina. Giacometti odpowiedział na „Akordeonistę” Zadkine własnym gestem artystycznym. To kubistyczne „Kompozycje II”.
Podobnie stało się z rzeźbą Jacques Lipchitza „Kąpiąca”. Giacometti stworzył własną, będącą jakby dialogiem z tym wybitnym twórcą, krążącym niegdyś pomiędzy abstrakcją a kubizmem właśnie. Te wybory są nieprzypadkowe, Giacometti czerpał bowiem namiętnie z obu tych twórczości, nie kryjąc swojej buntowniczej miłości do kubizmu, po zerwaniu z tradycyjnym, akademickim formalizmem, jakiego uczył się w drodze po fach rzeźbiarza.

W przypadku innych twórców, którzy pojawili się obok Giacomettiego, za każdym razem mamy do czynienia z jego osobistym światem. Jak rzadko bowiem bywa, On – Giacometti, nie był samotnikiem, tkwiącym w swojej pustelni sztuki. Giacometti był człowiekiem bardzo aktywnym intelektualnie, inspiracje czerpał z wielu źródeł, nie krył, że także od wielu innych artystów. Oczywiście w przypadku Despiau czy Rodina mamy do czynienia z ojcostwem, powinowactwami oczywistej natury. W końcu jeden i drugi, uchodzą za najwybitniejszych w swojej epoce, ich kunszt i siła wyrazu sprawiły, że trudno oderwać się od tej tradycji. Przypadek Giacomettiego dowodzi, że odrywanie takie następowało u niego kawałek po kawałku, aby ostatecznie dojść do własnej partytury i ścieżki indywidualnego mistrzostwa.
Giacomettiemu się udało, inni nie mieli tyle talentu i ambicji aby stworzyć nowe oblicze swojej twórczości i pozostali w spętaniu konformizmu własnej niemocy.

Przypadek Antoine Bourdelle z tej wystawy też jest symptomatyczny. Giacometti był jego uczniem, po jakimś czasie wyzwolił się z jego silnych pęt artystycznych i popłynął w kierunku kubizmu. Lecz to właśnie niewolnictwo Rodina sprawiło, że został rzeźbiarzem inteligentnym, potrafiącym zrozumieć, że w poszukiwaniu własnego miejsca, należy obrać inną drogę niż katechizm Bourdellego, bez reszty pozostającego w cieniu wielkiego protagonisty.

Wystawa w Paryżu przypomina jeszcze o czymś innym niezmiernie ciekawym w życiu Giacomettiego.
To osoba Yanaihara Isaku. Ten japoński filozof i tłumacz, przybył niegdyś do Paryża, zafascynowany Sartre’m i Camus’em, aby tłumaczyć tego ostatniego. Poznał Giacomettiego w kawiarni przy Montparnasse. Spotykali się kilkakrotnie, zwykle po południu, gdzieś w październiku 1955 roku. A potem jeszcze w Deux Magots i w pracowni Giacomettiego przy Hippolyte-Maindron. Z tych spotkań powstał rodzaj dziennika filozofa. Yanaihara to człowiek pióra, ciekawy nowego świata, nowych trendów w literaturze i filozofii. Spotykał się także z Jean Genetem. Giacomettiego odwiedzał wielokrotnie przez kolejne lata. Opisał ich wspólne spotkania, rozmowy, zwyczajnie, bez patetycznej celebracji, lekko z humorem. Czasem z detalami, a w niektórych przypadkach z dociekliwością małego dziecka. Wychowany na tradycji Rousseau i Turgieniewa, z całą swoją japońską melancholią stał się dla Giacomettiego cnotliwym spowiednikiem, bratnią duszą, przy której lubił się odkrywać i zwierzać.
-Jak się masz? spytał Isaku któregoś dnia Giacomettiego, kiedy spotkali się przy Montparnasse, w tym samym barze co zawsze, dość późno, w deszczowy, jesienny dzień.
-Zmęczony, zmęczony – odpowiedział zdyszany Giacometti -pracowałem dziś siedem godzin, od samego rana…
Isaku podpytywał dalej – czy także pracujesz w nocy?
– Tak, odpowiedział rzeźbiarz – dzień czy noc, obojętnie, lecz chyba wolę pracować nocą…
Noc to dom dla rzeźbiarza, a nawet poetów, co przypomina znaną anegdotę o Paulu Verlaine, włóczącym się o zmroku po barach Montmartre. Spotkał tam kiedyś pewnego nieznajomego i poprosił o postawienie szklaneczki wina. Tamten to uczynił i przy okazji spytał: A gdzie Pan mieszka?
Verlaine odpowiedział: Ja?, ja mieszkam w nocy…

Isaku zanotował też w swoim dzienniku, jak Alberto Giacometti powiedział mu któregoś dnia, przy okazji jakiejś rozmowy o Japonii, iż Man Ray posiadał w swoim domu dwa cenne samurajskie miecze oraz, że Pierre Alechinsky podczas podróży do Japonii zafascynował się sztuką kaligrafii i nawet próbował się jej nauczyć…

 

 

Na marginesie wystawy: Alberto Giacometti, Pomiędzy tradycją a awangardą, Musée Maillol, Paryż 2018

16
0
skomentuj
lubię!
przeczytane
895
razy

Québec i Giacometti

Ten najważniejszy Szwajcar sztuki współczesnej, choć z Paryża musiał w końcu i tam dotrzeć. Do Kanady, a ściślej do Musée national des beaux-artes du Québec.

To jedno z najciekawszych muzeów na kontynencie amerykańskim. Trochę, co akuraty oczywiste, z francuską filozofią, że chłód ekspozycji musi jak najgoręcej przemawiać do widza. Giacometti to artysta niekontrowersyjny jak wielu jego rówieśników, lecz hurtem korzystający z wielu duchowych buntów, które nawiedziły sztukę od połowy lat dwudziestych. A zatem wszelkie nuty surrealizmu, abstrakcji geometrycznej i tej linearnej, słowem powinowactwa od Arpa i Miró, teksty Bretona, a jeszcze w dodatku „Melancholia“ Dürera, to wszystko jest tutaj, w tej jednej wielkiej twórczości człowieka, który jako artysta stosunkowo długo dojrzewał, gdyż po drodze stąpał po najrozmaitszych rozpadlinach sztuki jak Odys nie mogący odnaleźć tej właściwej.

Alberto Giacometti pochodził z rodziny artystycznej. Jego ojciec był malarzem, podobnie jak stryj, sławny Augusto Giacometti, studiujący także w Paryżu.

Alberto był zatem skazany na bycie artystą już od dziecka. Podobnie jak Japończycy, studiujący kaligrafię, cierpliwie i starannie przygotowywał się do swojej życiowej roli. Początkowo rzeźbiarskiego fachu uczył się w pracowni u Bourdellego, co jednak mu jakoś nie pasowało z uwagi na temperament jaki przejawiał, znajomość twórczości Picassa i kubistów. Kiedy poznał André Bretona wiedział w jakim kierunku go ciągnie…

Z surrealizmem, w którymś momencie zerwał, bo jego koncepcja sztuki zmierzała jednak do widzenia świata „tak jakby wynurzał się z otchłani po raz pierwszy”. Wiązało się to z jego poszukiwaniami figuratywności i związkami, które można wyrazić w rzeźbie, a mianowicie łącznikami pomiędzy artystą, modelem a samą przestrzenią. To zmusiło artystę w jakiś sposób do powrotów z początku kariery: rysunku i malarstwa. Tu także dominowały figuracje, obsesyjnie monochromatyczne, spłaszczone i z wibracją faktury. Zbliżył się w ten sposób do ekspresjonizmu, ale w gęstwinie zawartej tam symboliki żaden z twórców tego kierunku nie miał szans z Giacomettim się zrównać.

Na wystawie w stolicy prowincji Québec, dominują nie tylko rzeźby czy rysunki. Przede wszystkim jest on sam. Giacometti w swojej pracowni, w wywiadach czy wypowiedziach. Można go zobaczyć i posłuchać jak mówi. To ciekawe doświadczenie. Wyłania się bowiem z tych kronik cała osobowość artysty. Giacometti jest spokojny, mocno skupiony. Mówi głębokim głosem. W jego widzeniu świata zawiera się stara teza o paraboli jaka dosięga artystów. Z początku, gdy napotykają na abstrakcjonizm czy surrealizm, trafia ich piorun energii. Wylewa się ekspresja na wszystkie strony. Potem jednak przychodzi ochłodzenie emocji. To dlatego, że drogi surrealistów się rozeszły. Rzeczywistość zgubiła tamte manifesty.

I Giacometti także doszedł do ściany. Jego temperament przygasł, ale nurtujące go cele, podpowiedziały inną ścieżkę. Odnalazł tam swoje ogniwo. Stał się jedyny na świecie, który potrafił zgasić ekspresjonizm, ale jednocześnie tkwić w nim po same uszy. Wielka siła zaklęta w tych małych, subtelnie rzeźbionych figurach odnalazła swoje ujście w przestrzeni poza nimi. To wielka rzadkość być takim artystą.

Wystawa w Québecu odpowiada na wszystkie pytania dotyczące jego drogi twórczej. Podzielona jest chronologicznie, epizodami z życia artystycznego Giacomettiego. A zatem jest surrealizm, realizm, obrazy i jego własny świat rzeźby. Mówi o tym wprost: dlaczego jestem rzeźbiarzem? Niby odpowiedź jest prosta: zrobił przecież popiersie swojego brata, kiedy miał 13 lat. To przeznaczenie. Ale czy tylko dlatego?

Z pewnością warto zapoznać się z tekstami w albumie wydanym przy okazji tej wystawy, przy współudziale Fondation-Giacometti.

 

Marta Perez

 

Alberto Giacometti, retrospektywa artysty (1901-1966) w Musée national des beaux-artes du Québec., maj 2018

20
0
skomentuj
lubię!
przeczytane
728
razy