Refleksje z Tate

Tate Britain to serce Wielkiej Brytanii. Nie przez wszystkich jednak doceniane, czasem ignorowane i odwiedzane, tylko przy okazji ”wielkich” wystaw. A szkoda, bo jak każde serce, kryje w sobie wiele tajemnic. Jedną z nich jest szlak sztuki brytyjskiej, na który składa się 12 pokoi zapełnionych po brzegi arcydziełami angielskich artystów. Ułożone chronologicznie dają nam poczucie spaceru utkanego z Piękna i Czasu.

The Cholmondeley Ladies c.1600-10 British School 17th century 1600-1699 Presented anonymously 1955 http://www.tate.org.uk/art/work/T00069

Szlak otwiera jeden z ciekawszych i nadal owianych tajemnicą obraz nieznanego artysty, zatytułoway The Cholmondeley Ladies, datowany na ok. 1600 roku. Przedstawia on siostry bliźniaczki z nowo narodzonymi niemowlętami. Ten obraz jest hołdem, złożonym symetrii, czystości linii i kompozycji. Im dłużej jednak na niego patrzymy, tym więcej odkrywa on przed nami swoje tajemnice. Nagle bowiem odkrywamy, że siostry wcale nie są identyczne, mają inny kolor oczu, inne naszyjniki, inne suknie uszyte z innych tkanin. Są odrębne od siebie, mimo że połączone jednym doświadczeniem, jakim jest macierzyństwo. Macierzyństwo, które nie jest proste w odbiorze. Macierzyństwo, które nie spogląda na dziecko, lecz w przestrzeń ponad nim. A jednak, nie sposób nie zauważyć, czy wręcz nie odczuć tej tajemniczej więzi, jaką te cztery postacie są ze sobą połączone.

Przechodząc dalej, nie możemy nie zatrzymać się przy Ships in Distress in a Storm Peter’a Monamy’ego – Londyńczyka, ojca sztuki marynistycznej. W jego dziełach widzimy wyraźną inspirację sztuką holenderską, która pod koniec XVII wieku byłą dość popularna w Wielkiej Brytanii. Sztorm Monamye’go jest obrazem trudnym w interpretacji. Jest historią zaprzeczającą samą w sobie. Widzimy czarne wzburzone niebo, statki, które zdają się być pożarte przez demoniczne fale, a nad nimi… spokojne, błękitne niebo. Co więc wywołało sztorm? Chmury, które jeszcze ostały się po bokach? Czy może ten sztorm dzieje się w nas samych? We własnym świecie, utkanym z iluzorycznych lęków?

Bronze Ballet 1940 Edward Wadsworth 1889-1949 Presented by the artist 1942 http://www.tate.org.uk/art/work/N05380

Kolejny obraz to Head of a Man, pierwotnie noszący nazwę Head of a Black, jest jednym z ciekawszych dzieł, jakie znajdują się na tym szlaku. Namalowany przez Johna Simpsona w 1827 roku, przedstawia portret ciemnoskórego mężczyzny, odzianego w czerwień i złoto – kolory zarezerwowane dla Władców Świata. W epoce niewolnictwa, segregacji rasowej i napięcia między Starym i Nowym Kontynentem, ten obraz zdaje się być czystą prowokacją. Kompozycyjnie przypomina bardziej religijne obrazy niż czyste portrety. Jest niewygodny dla widza. Wypycha go, poza bezpieczny schemat myślenia. Jest jak drzazga, która choć mała, boli długo. Boli, dopóki nie zostanie wyjęta.

Ophelia 1851-2 Sir John Everett Millais, Bt 1829-1896 Presented by Sir Henry Tate 1894 http://www.tate.org.uk/art/work/N01506

Kolejny obraz, który hipnotyzuje każdego, kto odwiedza Tate Britain to Ophelia Sir Johna Everett Millais’a. Jest utkana ze słów Szekspira. Jest poezją samą w sobie. Słowami, które na chwilę przybrały formę barw. Ten obraz jest ulotny. Jest jak chwila, która nie trwa wiecznie, jak poranna mgła, która znika po dotknięciu słońcem, jak życie, które jest momentem. Scena, którą widzimy jest pełna dynamiki. Mimo, że kompozycja Ophelii zdaje się być bez ruchu, jest ona pełna mikroruchów. Widzimy płynącą wodę, falujące trawy nad brzegiem, fałdy sukni które to wznoszą się, to zapadają w rzece, kwiaty wypadąjace z rąk Ophelii. Kolory, które tańczą niczym dźwięki szekspirowskich samogłosek. Arcydzieło.

Robiąc kilka kroków dalej, znajdujemy się nagle w pośrodku jednego z ogrodów Cotswold, czujemy ciepłe sierpniowe słońce, które wzmaga jeszcze zapach lilii. Skradamy się na palcach aby nie wystarszyć dwóch małych dziewczynek, które z tak wielkim skupieniem na twarzy starają się zrozumieć magię chińskich lampionów. Carnation Lily Lily Rose, autorstwa Johna Singera Sargenta jest hołdem złożonym pięknu, które objawia się w małych rzeczach. W codziennych, mało znaczących czynnościach, które nagle stają się tym wszystkim, czego nam w życiu brakowało

Ostatnie pokoje prowadzą nas przez lata 30-te, 50-te aż do 70-tych. To tutaj spotykamy Francisa Bacona i jego słynny tryptyk Three Studies for Figures at the Base of a Crucifixion, który niczym lustro, odzwierciedla zmagania malarza z własną tożsamością, czy równie słynny Bronze Ballet Edwrada Wadswortha, namalowany w Essex w czasie II wojny światowej. Mimo, że szlak w pewnym momencie się kończy, daje nam jednak poczucie, że jest on nadal otwarty. Że, sztuka nie jest drogą do celu, ale że jest podróżą samą w sobie.

5
0
skomentuj
lubię!
przeczytane
734
razy

Razem czy osobno ?

Na pozór proste, prawie nic nie znaczące, codzienne sceny zwyczajnych ludzi. Zamknięte w ciasnym kadrze, niczym przypadkiem zrobione fotografie. Uchwycone z ukrycia. Podejrzane zza zasłony. Wydają się nieme, pozbawione głosu, perspektywy, czasem nawet obdarte z koloru. Spokojne, melancholijne historie bez wielkich dramatów w tle. A jednak jest w nich coś niepokojącego. Coś niepozwalającego o sobie zapomnieć. Coś absolutnie niezrozumiałego.

Félix Valloton, Biała i Czarna, olej na płótnie 1913, Fot@Dorota Wojciechowska

Malarstwo Felixa Vallottona (1865-1925) zdaję się być bardziej komentarzem rzeczywistości niż próbą jej literalnego odtworzenia. Dialogiem wewnętrznym artysty, przelanym na płótno za pomocą barw i symboli. Próbą przemycenia tego co istotne, albowiem pod płaszczem tego, co zwyczajne. Ale przede wszystkim odpowiedzią na pytanie: co jest prawdą?

Wystawa w Royal Academy of Arts jest bombą emocjonalną, naszpikowaną uczuciami, które tak dobrze znamy. W malarskich fleszach rozpoznajemy samotność, kłamstwo, agresję, miłość, bunt, odrzucenie, oraz wszechobecne PIĘKNO.

Vallotton fotografuje paryskie życie przez imigrancką soczewkę. Jest bardziej obserwatorem niż uczestnikiem. Oddzielonym niewidzialnym murem. Stojącym z boku. Ze wzrokiem utkwionym głębiej niż zewnętrzna powłoka wydarzeń. Z początku wykorzystuje drzeworyt bardziej niż olej. I tak powstają trzy wielkie komentarze.

Sceny uliczne Paryża, Sceny Intymne oraz Instrumenty Muzyczne.

Jego sceny uliczne zatrzymują w kadrze ludzkie tragedie dnia codzinnego. Te duże i te małe. Zmagania z wiatrem, strajki uliczne, wypadki. Są zimnym zapisem wydarzeń. Reportażem do własnej analizy. Historiami pozbawionymi kolorów.

Sceny Intymne (1898) to podejrzane przez okna banalne historie. A jednak dzięki zastosowanej formie drzeworytu zdają się nam opowiadać rzeczy, które nie zawsze chcielibyśmy usłyszeć. Widzimy więc kłótnię małżeńską „Extreme Measure”, czy kochanków wznoszących toast za zdradzoną żonę „A toast to the Spouse”. Z kolei Instrumenty – to hołd złożony samotności. Widzimy tutaj geniuszy zamkniętych w ciszy własnej muzyki. Grających bez publiczności. W czterech ścianach własnego domu.

Félix Valloton, Pacjent, olej na płótnie 1983, Fot@Dorota Wojciechowska

Felix maluje skomplikowane relacje ludzkie, które tylko na pozór istnieją. Stąd wielowymiarowość jego obrazów i całe pole do ich interpretacji. To, co zdaje się być tematem przewodnim wielu jego dzieł, to szeroko rozumiany dialog między ludzki, a właściwie jego brak. Nawet jeśli na obrazie pojawia się więcej niż jedna osoba, to nie ma między nimi prawdziwej więzi. Przebywają w tym samym pomieszczeniu, ale nie dzielą ze sobą niczego poza przestrzenią fizyczną. Dodatkowo, Vallotton nadaje swoim obrazom nazwy, na pierwszy rzut oka całkowicie mylące. „The Sick Gril” z centralną postacią Służącej ze wzrokiem wpatrzonym w dal i pozostającą w tle chorą kobietą. Czy to nie ona powinna być w centrum uwagi, skoro taki tytuł nosi ten obraz? „The Lie”- przedstawiający kochanków uwikłanych we własne ciała. Szepczących coś sobie do ucha. Czy to ona jego, czy on ją oszukuje? „The Visit” – gdzie mężczyzna chwyta kobiecą rękę niczym do walca i robi wszystko by utrzymać ton prowadzenia. W oddali drzwi nadal pozostają. Kto kogo więc wyprosi? Kto nadaje ton tej wizycie?

Obrazem, który zdaje się spinać cały dramat nieporozumień międzyludzkich, i który całkowicie obnaża człowieczą zdolność ludzi do nie – bycia z drugą osobą jest „The White and The Black” (1913). Widzimy na nim nagą, białą kobietę, leżącą na wąskim łóżku. Jej kraśne policzki przywodzą na myśl barokowego cheruba, a jej zamknięte oczy i swobodnie leżące ciało, wprawia nas w błogi nastrój południowej sjesty. Na skraju łóżka, niczym zimny obserwator, z papierosem w ustach, siedzi czarna kobieta. Ze wzrokiem utkwionym w Śpiącą. Mimo tak intymnej sceny, nie sposób odnieść wrażenia, że te dwie kobiety niewiele łączy. Są jak dwa spojrzenia na świat. Dwie drogi, które przebiegają obok siebie, ale nigdy razem.

Wystawa prac Felixa Vallottona to podróż przez ponad 80 obrazów, z których każdy z nich prowadzi nas do innego zakamarka naszej duszy.

 

Royal Academy of Arts, London Felix Vallotton. Painter of Disquiet

 

6
0
skomentuj
lubię!
przeczytane
991
razy

Munch i piękna trauma

Dla wielu osób Munch to Krzyk. Ten obraz ma jedno tylko skojarzenie: krzyk rozpaczy, niezrozumienia albo traumy, z którą nie mógł sobie poradzić. Albo radził sobie w sposób niezrozumiały dla otoczenia. Bunt, który w pewnym momencie namalował i wykrzyczał wszystko, co go bolało. Ale Munch to więcej niż człowiek złamany w dzieciństwie, to bowiem artysta, który namalował o wiele więcej.

Wystawa Love and Angst jest próbą pokazania Muncha z innej strony. Ukazania jego dzieł bez niepotrzebnego faworyzowania tych najbardziej rozpoznawalnych. Ułożone chronologicznie, wskazują na ścieżkę, którą ten norweski artysta odbył. Drogę, w czasie której namalował nie tylko Krzyk, a który, nota bene, wisi na tej wystawie pomiędzy innymi pracami. Nie jest on dominantą ekspozycji, nie znajduje się tam w ogóle w centrum uwagi.

Edvard Munch, Separation II,Love and Angst, The British Museum, London, 2019

Niezwykła wrażliwość Edvarda Muncha i jego relacje z kobietami są motywem, który przewija się w wielu jego dziełach. Namalowany w 1896 roku Separation II, to jeden z piękniejszych obrazów, ukazujących relacje międzyludzkie. Widzimy na nim parę, która choć jest razem, to oboje spoglądają w innych kierunkach. Są całkowicie wolni, w posiadaniu własnych opinii i spojrzeń na świat. Między nimi płynie droga, zdaje się, wspólnie przebyta. Która i łączy, i rozdziela ich. To metafora. Niewidzialna nić porozumienia, którą nic nie jest w stanie zmienić. Welon kobiety utkany z jej blond włosów, biegnie prosto do serca mężczyzny i tam się zatrzymuje. Ten prosty zabieg malarski, pokazuje nam, że mimo spojrzeń w oddzielnych kierunkach, mimo tej drogi między nimi, Ona na zawsze pozostanie w Jego sercu. Ich porozumienie jest głębsze niż się przypadkowym widzom wydaje. Przebiega na poziomie niewidzialnego zrozumienia. I nie sposób nie przywołać słów Antoine de Saint-Exupéry’ego: „dobrze widzi się tylko sercem. Najważniejsze jest bowiem niewidoczne dla oczu”.

Meandry melancholii.

W tym samym roku, Munch namaluje również Vampire II, piękny obraz o potędze miłości, która w swoim uścisku obejmuje ból i radość, śmierć i życie. Obraz niezwykły, gdyż rzadko widzimy u Muncha kobietę fizycznie dominującą nad mężczyzną. Przeważnie jej dominacja jest bardziej subtelna, co nie oznacza że mniej bolesna niż ta z serii Vampire. Munch stworzył ten obraz, na dwa lata przed publikacją Draculi Brama Stoker’a, lecz jego wydźwięk jest bardziej seksualny, intymny, odurzający, niż gotycka oniryka sławnej powieści.

Edvard Munch, Love and Angst, The British Museum, London, 2019

Podążając dalej widzimy kolejne interpretacje miłości. I znowu niezwykły obraz, zatytułowany Head by Head, który Munch namalował w 1905 roku, pokazuje ową jedność, której tylko nieliczni w swoich związkach mogą dostąpić. Który ponownie podkreśla jedność w różnorodności. Nie tylko za sprawą użytych barw, ale także kresek: mocnych, wyrazistych, nie dających złudzeń. Tym razem para patrzy prawie w jednym, tym samym kierunku. Mimo fizycznej bliskości, nadal pozostają odrębnymi bytami.

Edvard Munch, Love and Angst, The British Museum, London, 2019

Prace Muncha odurzają, uzależniają od pierwszego łyku. Krzyczą, nie za sprawą mocnych zestawień kolorystycznych, czy figur, ale za pomocą emocji, które w sobie niosą. Emocji tak subtelnych, a tak porażajacych w swoim oddziaływaniu. Samotni ludzie stojący na brzegu, ludzie doświadczający zagubienia w tłumie. Przestraszona twarz mężczyzny opętanego zazdrością, Smutna rudowłosa Madonna, niemal doskonale piękna – tak, ta wystawa jest pełna obrazów, których łatwo się nie zapomina. Obrazów, które towarzyszyć nam będą o wiele dłużej…  

Edvard Munch: Love and Angst, The British Museum, London, 2019

8
0
skomentuj
lubię!
przeczytane
743
razy

Manolo Blahnik

Manolo Blahnik  wkroczył do muzeum. Porozrzucał w szklanych jajach swoje fikuśne buciki, poutykał je między parapetami, poustawiał w żołnierskim porządku obok kominków, a także postawił na stole. Wszak sztuka nie zna granic, prawda?

Wystawa, która została otwarta w zeszłym tygodniu przez samego Manola Blahnika, nie jest prostą w odbiorze, ani w przekazie jaki w sobie niesie. Łatwiej ją potraktować jako żart, pominąć szerokim łukiem, podczas oglądania „prawdziwych” arcydzieł, które dumnie, przy okazji, wiszą na ścianach. Można nawet narzekać: jak można, jakieś tam kolorowe buty wnieść w ogóle do muzeum? I to nie do byle jakiego, ale do samego Hertford House, gdzie pod jednym dachem zgromadzono ponad 5000 dzieł sztuki, sygnowanych takimi nazwiskami jak: Rembrandt, Delacroix, czy Fragonard.

Co robisz między nami Karmazynami?”- zdają się powtarzać ściany, owo sławetne pytanie, usłyszane pewnego dnia przez Stefcię Rudecką.

Można jednak, pójść nieco dalej i zobaczyć na tej wystawie coś, co leży pomiędzy rzemiosłem a sztuką; jest poniekąd mostem pomiędzy tymi światami, albo inaczej: miedzy snem, a jawą.

Kolekcja 150 wybranych przez Blahnika butów, ułożona została w taki sposób, aby odzwierciedlać historię, którą przedstawiają wiszące nad nią obrazy. Czasem związek ten jest bardziej metaforyczny, trudny do odgadnięcia na pierwszy rzut oka. W The Small Drawing Room widzimy szare kozaki, udekorowane kwiatami, które swoim kształtem nawiązują do stojącej obok niej XVIII wiecznej wazy. W East Drawing Room, czarno-złote szpilki nawiązują do barowego stolika, którego wygięte czarne nogi i złote ornamenty, zdają się być głównym źródłem inspiracji dla Blahnika.

Idziemy dalej i wkraczając w podwoje najwspanialszego pokoju w tym muzeum, zwanego Great Gallery odkrywamy, że „Śmiejacy się Kawaler” Halsa, zapomniał zostawić swoje brązowe botki w przedpokoju. Bo jakie inne jest wytłumaczenie, że stoją one bezczelnie obok niego? A Kawaler, spoglądając to na nie, to na nas – śmieje się wniebogłosy.

Jest jeszcze jeden obraz i jedna para butów, która wyjątkowo przykuwa uwagę. To nieprzyzwoita „Huśtawka” Fragonarda i spadający z nogi rozbrykanej panny, jej różowy bucik. Wznosi się on z początku wysoko, by potem nagle szybko opaść wprost w ramiona… Blahnika. Kiedy stoimy pod tym wyjątkowym obrazem, to słyszymy nie tylko głosy osób na nim namalowanych, ale również czujemy na swojej skórze wiatr, który dmie od huśtawki, słyszymy chichot tej panny i szelest jej sukienki. Podążamy wzrokiem za jej nogą wzniesioną do góry i patrzymy z przerażeniem, jak jej pantofel z impetem ześlizguje się z jej maleńkiej stopy i szybuje samotnie ku górze. I nagle zastanawiamy się jak to się stało, bucik owy, który jeszcze przed chwilą był na obrazie, teraz leży obok nas. Zamknięty w szklanym jaju, uśmiecha się do nas majestatycznie. Sztuka uszyta z farb i materiału. Pokazująca, że tam, gdzie jest piękno, tam nie ma granic. Albo żarty takie…

 

An enquiring Mind: Manolo Blahnik at the Wallace Collection, London, 10 czerwca – 15 września 2019

 

6
0
skomentuj
lubię!
przeczytane
746
razy

Leanna Moran

Czy można cały świat zamknąć w jednej przestrzeni? Czy można jedną przestrzeń uczynić całym światem? Czy dwa światy mogą współistnieć w tym samym czasie, czy też zawsze jeden wybiega na przód, pozostawiając drugiego w tyle? Czy rzeczywistość emocji jest bardziej rzeczywista od innych?

Te pytania toczą się zapewne od wieków, przybierając postać zarówno poważnych debat, jak i słownych igraszek w zadymionych barach, czy też samotnych monologów, odbijających się o puste cztery ściany. Czasem jednak to wszystko nie wystarcza. Słownik wyrazów wydaję się być zbyt ubogi. Wtedy obrazy i barwy stają się pomostem między naszym wewnętrznym światem, a światem nas otaczającym.

Leanna Moran to Brytyjka, której prace są jedną z prób, nie tyle znalezienia odpowiedzi na powyższe pytania, ale raczej na zobrazowanie tego wszystkiego, co za sobą niosą. Emocji tak uniwersalnych i tak często doświadczanych przez każdego z nas. Bez względu na pochodzenie, wiarę, czy poziom wykształcenia. Emocji, z którymi każdy z nas może się w pewien sposób utożsamić.

Najnowsza wystawa Anime, którą od niedawna można zobaczyć w Saatchi Gallery obejmuje prace trzech współczesnych artystów, wśród nich znajdują się obrazy wspomnianej Leanne Moran. I to właśnie one przykuwają największą uwagę. Mimo, że ich ekspozycja nie jest centralna, mimo, że przytulone do bocznej ściany zdają się grać rolę raczej drugoplanową, to właśnie one niosą ze sobą najmocniejszy przekaz emocjonalny. Są krzykiem współczesnego społeczeństwa, które jedną nogą przemierza ulice wielkich miast, drugą natomiast drepcze wkoło wirtualnych miejsc, które donikąd ich nie prowadzą.

Tematem przewodnim grafik jest sypialnia. Jedno z najbardziej intymnych miejsc w każdym domu. Miejsce, które dla jednych jest oazą, ucieczką od świata zewnętrznego; dla innych zaś miejscem walki i rozpaczy. Przestrzenią, która staje się areną bójek, między tym kim jesteśmy, a tym kim boimy się stać.

Wszystkie prezentowane na wystawie grafiki tworzą jedną opowieść. Mają jednego bohatera – kobietę. Rozgrywają się w jednym miejscu – sypialni, i posiadają jednego narratora – łóżko. Leanne Moran do wyrażenia rzeczy prawie niewyrażalnych używa prostych kresek i tylko czterech kolorów: niebieskiego, czerwonego, żółtego i białego. Za ich pomocą kreśli historie ludzkich dramatów i zmagań z takimi uczuciami jak samotność, lęk, zagubienie, smutek… Pokazuje dwa światy jednocześnie. Widzimy kobietę odpoczywającą na łóżku, ale odgrodzoną od świata nie(widzialną)klatką. Spoglądamy na nią, kiedy leży zakryta kołdrą, ale obok jej łóżka pełza ogromny wąż. Na kolejnej grafice widzimy ją śpiącą, ale z sufitu zwisają Van Gogh’owe słoneczniki. Głowami w dół. Na przekór grawitacji życia. Widzimy ją również walczącą. Z poduszkami, lustrami. Wirującą w pokoju niczym astronauta. Klęcząca przed monstrualnymi jajami – symbolami nowego życia, z których nic się nie wykluwa.

Leanna Moran wyciąga rękę do każdego z nas. Pokazuję, że nawet jeśli zatrzaśniemy świat zewnętrzny za drzwiami, to jego wenętrzne oddziaływanie przeniknie ściany naszej duszy i znajdzie drogę do naszego wewnętrznego JA. Człowiek jest naturą społeczną, jest bytem skierowanym bardziej na zewnątrz niż wewnątrz. Jest istotą dialogu. Jest naturą dążącą do poznania. Pomimo niedoskonałości i bólu. Pomimo niezrozumienia. Patrząc na te prace nie sposób również nie pamiętać o sypialni Vincenta Van Gogha, czy o zjawisku Hikikmori, które w Japonii sprawiło, iż ponad milion młodych ludzi zamknęło się w swoich pokojach, odmawiając kontaktu ze światem zewnętrznym. Które światem zewnętrznym uczyniło swoją własną sypialnię. Wielki świat zamknięty w czterech ścianach.

ANIMA: PRINTS & ORIGINALS GALLERY, 23 Maj – 11 czerwca 2019

 

3
0
skomentuj
lubię!
przeczytane
687
razy

Correct Art History

Kiedy galeria sztuki współczesnej Saatchi, decyduje się na zakrycie dwóch obrazów, niewygodnych w odbiorze dla mniejszości muzułmańskiej, Muzeum Narodowe w Warszawie usuwa żółty owoc o gorsząco zakrzywionym kształcie, a Michelle Hartney zalepia dwie tahitańskie kobiety Paula Gauguina w Metropolitan Museum w Nowym Jorku, to rodzi się pytanie: czy oto nie stajemy się świadkami odradzania się nowego dialogu, pomiędzy sztuką, a człowiekiem?

Założeniem sztuki jest sprowokowanie ospałego człowieka do dialogu, zmobilizowania go do spojrzenia poza własne ramy przyzwyczajeń i zobaczenia, że świat jest pełen pytań. Pytań, na które prawdopodobnie nigdy nie znajdziemy odpowiedzi, pytań które od samego początku są bolesne, że nawet szukanie odpowiedzi na część z ich wydaje się być pracą pod ludzkie siły. A jednak, wielu z nas próbuje powiedzieć innym, co jest Prawdą, Pięknem, a co niektórzy nawet w swojej szaleńczej odwadze, porywają się na znalezienie odpowiedzi na inne pytanie, co jest Dobrem, a co Złem. Pytania natury egzystencjalnej, ocierające się jednocześnie o transcendencję wydają się być niemożliwe do zapisywania suchą czcionką paragrafów. Odpowiedzi na nie, a może raczej próby zbliżenia się do do ich istoty, można znaleźć jedynie w formie przekazu alegorycznego – mam tutaj na myśli wszelakiego rodzaju wyrażenia artystyczne.

Nadrzędną rolą sztuki jest więc za pomocą symboli ogólnie zrozumiałych, wzbudzenie zaciekawienia i tym samym sprowokowania nas do wejścia w dialog. Taki, który rozumiany jest jako wymiana poglądów, droga do rozwiązania problemów – jednym słowem do znalezienia miejsca, w którym obie strony mogą poczuć się komfortowo.

Kiedy obserwuję ostatnie wydarzenia, jakie dzieją się w przestrzeniach muzealnych mam wrażenia, że dialog między sztuką, a odbiorcą wszedł na nowy poziom – wzajemnego nie(zrozumienia). Z jednej strony, jak głośno i wyraźnie musi przemawiać kobiece ciało, zamieszczone na tle symboli narodowych, aby zakryć je szarym płótnem? Jak wiele obrazów, wspomnień i emocji przychodzi na myśli, gdy patrzymy na kobietę z bananem w ustach? Jak duże ma znaczenie dla nas życie osobiste malarza, że jego dzieła uznajemy za gorszące? Michelle Hartney bierze na celownik prace Picassa za to, że nazwał kobiety „maszynami stworzonymi do cierpienia”, walczy z erotykami Balthusa, a przede wszystkim cenzuruje Gauguina – pedofila mającego małoletnie kochanki na Polinezji. To właśnie jego obrazy stygmatyzuje nalepkami*.

Te wszystkie próby cenzurowania sztuki, w pierwszej chwili mogą być odbierane jako uciszenie artystów, jako swoistego rodzaju walka w obronie Prawdy i Dobra, a jednak po bliższym spojrzeniu odkrywamy, że są one swoistego rodzaju formą wejścia w dialog z artystą. Dialog trochę nieudaczny, trochę dziecinny, ale zawsze dialog. Kiedy patrzę na zasłonięte płótna w Saatchi, to widzę przede wszystkim bolesną rozmowę, nierozumiejących się już kochanków. Pogubionych we wzajemnych oskarżeniach. Przykryte obrazy, niczym zaciśnięte usta, w milczącej postawie uporu, przemawiają do mnie głośniej niż niejeden krzyk, paragraf, albo polityczny manifest społecznej poprawności. Usunięte rzeźby, zniszczone obrazy, ocenzurowane spektakle – ten nowy dialog między ludźmi, uwikłanymi w problemy tego świata, będzie trwał prawdopodobnie tak długo, jak długo będzie podejmowana próba zdefiniowania rzeczy niedefiniowalnych.

*Correct Art History – domaga się, aby w muzeach na kartach informacyjnych dotyczących obrazów zamieszczać informacje o kontrowersyjnych sposobach życia artystów (Separate the Art from the Artist)…

 

6
0
skomentuj
lubię!
przeczytane
613
razy

Jessa Fairbrother

Ikona zapisuje świat symbolami, fotografia zaś barwami. Obie przybliżają nam świat, którego dotąd nie znaliśmy, czyniąc to co mistyczne, bardziej ludzkim. Jessa Fairbrother w swoich pracach łączy chrześcijańskie symbole ikon z hinduską sztuką Mehndi, utrwalając to wszystko na polaroidowych klatkach fotografii. W ten sposób otwiera drzwi do świata swoich emocji, które o dziwo, stają się z czasem i naszymi.

Wystawa Constellations & Coordinates w Londynie, niczym swoisty ikonostas staje się dla nas Brama Zrozumienia przeróżnych historii, zapisanych na naszym ciele. Albowiem to właśnie ciało, niczym jak mapa stało się – w tym przypadku – drogowskazem.

Każda z fotografii jest unikalna, mimo że zbudowana wokół tych samych elementów. Widzimy kobiece ciała, ułożone w charakterystycznych pozach, znanych z prawosławnych ikon. Unoszące się delikatnie nad ziemią, najwięcej mówią przez swój układ i barwy. Tak, jak w ikonach, nie dostrzegamy zbyt wielu emocji na twarzach, a nawet nie znajdujemy nawet twarzy. To ciała, same w sobie, one staje się twarzą obrazu. Fairbrother jednak posuwa się jeszcze dalej w swojej symbolice. Bierze igłę (dosłownie) i wyszywa na fotografiach tradycyjne wzory Mehendi – hennych tatuaży, używanych podczas najważniejszych ceremonii. Zapisuje nowe historie za pomocą odwiecznych symboli.

Jessa Fairbrother nie oddziela sacrum od profanum, ani nawet Wschodu od Zachodu. Wręcz przeciwnie – jej prace tak bogate w multikulturalne symbole – stają się mostem, łączącym kilka światów i sposobów ich postrzegania.

Z jednej strony prace Fairbrother wprowadzają nas w większe zrozumienie własnej cielesności – jej fotografie są bowiem hołdem, złożonym pięknu kobiecego ciała. Takiemu jakie jest. Ot po prostu, bez deformowania, aby pasowało do współczesnych kanonów piękna. Z drugiej strony, poprzez zastosowanie ikonograficznych znaków, figuracji i ornamentu henny wskazują, że jest, że jest świat, którego nie można opisać, ani barwami, ani słowami. Że jest Niewyrażalne Piękno, które przyciąga i fascynuje od wieków.

Ornamentyka Mehndi, która jest stosowana w przy narodzinach czy zaślubinach, podkreśla jeszcze bardziej transcendentalny wymiar fotografii Fairbrother. Kiedy patrzymy na jej wyhaftowane kwiatowymi ornamentami ciało, nie sposób nie dostrzec podobieństwa do „Sahasrara” – kwiatów lotosu, symbolizujących jedność ludzkiej duszy z boską siłą.

„Jestem drzwiami do innego świata” – te słowa Fairbrother zdają się być kluczem do zrozumienia tej niezwykłej wystawy i zaproszeniem do wyruszenia w podróż w głąb samego siebie.

Jessa Fairbrother: Constellations & Coordinates, The Photographers’ Gallery, London, 2019

8
0
skomentuj
lubię!
przeczytane
632
razy

Vincent van Gogh i Wielka Brytania

Spójnik “i” wydaje się całkowicie bez znaczenia, jest pomiędzy wyrazami, ukryty w cieniu ważniejszych słów. Mało kto go zauważa. Przyjmuje się go za coś oczywistego. Znak, łącznik, ot litera.  Zapomina się, że bez niego słowa tracą znaczenie, zdania bezmyślnie się plączą. Siła malej litery “i” tkwi w jej potencjale łączenia odległych słów, przemieniania z pozoru nielogicznych fraz w dziwnie piękną i całkowicie zrozumiałą całość. Jest przecież „miłość i nienawiść”, “wojna i pokój”, “radość i smutek”. Jest wiele takich “ i ” w życiu oraz sztuce. Ta mała litera w tytule najnowszej wystawy w Tate Britain zdaje się być kluczem do zrozumienia, co wydarzyło się między rokiem 1873 a 1876 , kiedy Vincent van Gogh  przybył do Londynu. Co takiego się stało, że nie mówimy “Van Gogh w Londynie”, ale “Van Gogh i Wielka Brytania”, mimo  że angielską wieś i brytyjskie miasta znał bardziej z literackich opisów, niż z własnego doświadczenia? 

Na przekór wszelkiej logice, wystawa, choć zakotwiczona w pewien sposób w jednym mieście, obejmuje cały kraj, jego kulturę, historię, społeczne perturbacje. Wystawa jest więc o próbie zrozumienia tożsamości brytyjskiej, o angielskiej melancholii, delikatnej niczym mgła nad Tamizą, i o miłości odmienianej przez wszystkie przypadki odrzucenia. Jest zarówno o młodzieńczym romansie Vincenta z Anglią, jak i dojrzałej miłości  Wielkiej Brytanii do Van Gogha.

W pierwszej części wystawy podążamy krokiem artysty, patrzymy na ten kraj jego oczami, w drugiej zaś, role się zamieniają i spoglądamy na Vincenta oczami brytyjskich malarzy: Harolda Gilmana, Spencera Gore’a oraz Matthew Smitha. Widzimy jak młodzieńcza miłość jednego człowieka zainspirowała wielu.

Vincent w Londynie malował i to malował zażarcie. Setki detalicznych obrazów opisujących życie codziennie. Malował je jednak słowami. Nie pędzlem. Jego pierwszymi dziełami nie były ani czarno-białe szkice, ani ryciny, ale listy do Théo. To w nich komponował kadry, opisywał barwy kraju, który go fascynował, mieszał słowa niczym farby olejne. Przygotowywał grunt pod płótna, które powstaną dopiero wiele lat później we Francji. Nie starał się być obiektywny. Nie tworzył historii. On sam był historią. Zafascynowany klasyką angielskich pisarzy, czytał i uczył się jak malować trywialne rzeczy. Jego pierwszym spotkaniem ze sztuką była literatura. I to właśnie ją widzimy, zaraz po wejściu na wystawę. Nie obrazy, nie szkice, ale biblioteczkę Van Gogha. Po brzegi wypchaną książkami. To jedna z niewielu wystaw, którą odwraca porządek rzeczy. Biblioteczki są przecież intymne, nikt ich nie widzi , są ukryte zazwyczaj w domu. Odzwierciedlają dusze ich właścicieli, bez żenady obnażają serca oraz umysły. I tak samo jest tutaj: obnażają van Gogha. Człowieka, który szukał prawdy, a jednocześnie tak bardzo się jej bał. W jednym z listów do Théo pisze: „czytanie książek jest jak spoglądanie na obrazy“

Przemierzając kolejne sale podążamy śladem artysty, kroczymy w jego cieniu, zawsze dwa kroki za nim. W pierwszych szkicach, które widzimy, dostrzegamy to, co van Gogha fascynowało w tym mieście. Obrazy codziennego życia, przejmujące, pełne detali. Niczym Dickens wynoszące brzydotę miasta na piedestał piękna. Ukazujące godność ludzką w robotnikach, prostytutkach, zapomnianych i wyrzucanych poza margines społeczeństwa. Londyn powitał van Gogha w całym swym pięknie i w całej swej brzydocie jednocześnie.

Vincent pracuje zatem w Covent Garden, gdzie ogródki warzywne współistnieją  z galeriami, księgarniami oraz zapyziałymi zaułkami, wśród których nie(dumnie) przechadzają się prostytutki. To miniatura kraju i jego zmagań. Lustro odzwierciedlające uczucie burzliwego narodu. Vincent obserwuje to, przemierza miasto kilometrami i tak jak Dickens, poprzez wielogodzinne spacery, walczy z depresją.

Kolekcjonuje też szkice, niektóre z ich widoczne są na tej wystawie, patrzymy więc na przejmujące dzieła Gustave Doré. Niczym pod mikroskopem przyglądamy się ludzkim tragediom. Oglądamy sceny, których doświadczał Vincent. Te proste rzeczy, staną się tematem jego pierwszych szkiców. Spod jego ręki wyjdą więc ujęcia kościoła w Petersham, Turhnam Green. W szkicu przedstawiającym Austin Friars widzimy zapowiedź burzliwego nieba, które wiele lat potem pojawi się na  Starry Night, czy Starry Night Over the Rhône.

Van Gogh pozostaje nadal pod wielkim wpływem Dickensa i Eliota i ich próbie odnalezienia piękna w zwyczajnych i prostych scenach. Ta fascynacja zostanie potem zobrazowana w takich pracach jak: At Eternity’s Gate / 1890, “Sorrowing Old Man”, “Chair”, 1888, “A Pair of Shoes”, 1886…

Londyńskie trzy lata, to życie w szkicach. To próba odnalezienia odpowiedzi na dręczące go pytania, zdefiniowania samego siebie, połączenia w całość wszystkich odcieni uczuć, jakie nim targają. I targać będą do końca jego życia. W Wielkiej Brytanii Vincent kocha kolory. Kolory słów, ale jeszcze  nie kolory barw. Te pokocha dopiero we Francji.  Póki co, jedność z jesienią. Sezonem przepełnionym ciepłymi, spokojnymi barwami. Tak jakby nie mógł znieść jaskrawości wiosny czy ostrych kolorów zimy. Obraz, który przyciąga jego uwagę, i który możemy także zobaczyć na tej wystawie to “Chill October” Johna Everett Millais, namalowany w 1870 roku. Vincent wspomina go nie tylko w swoich listach do Théo, ale zdaje się go nosić w swoim sercu do końca życia. Odzwierciedli go potem kolorami, przykrywając chłód angielskiego października słońcem Prowansji. Jego pierwsze interpretacje widzimy zarówno w obrazie  “Venue of Poplars in Autumn” jak i w “Autumn Landscape At Dusk” 1885. Oba namalowane już po opuszczeniu Londynu. Oba mają ten sam motyw, samotnie przemierzanej drogi. Jednakże ich wydźwięk jest zupełnie inny.  Na pierwszym z nich widzimy postać, kierującą się w stronę widza, idącą odważnie do przodu. Na drugim z nich, mamy wędrowca, odwróconego do nas plecami, podążającego zatem w nieznane. 

Londyn i tęsknota za nim pozostanie w sercu van Gogha do końca. W jednym z listów do Théo, kiedy wspomina lata spędzone w Wielkiej Brytanii pisze: “Jestem chory z tęsknoty za krajem obrazów”. Dwa lata przed śmiercią namaluje wyjątkowy obraz, który wymyka się wszelkiej interpretacji. Jest pięknem doskonałym. I hołdem złożonym Londynowi. To Starry Night Over the Rhône. Patrząc na niego, nie sposób nie zobaczyć szkicu Gustave Doré – „Parlament nocą”, 1872 , czy nie usłyszeć głosu van Gogha, mówiącego w liście do brata: ”Kiedy byłem w Londynie, jakże często stałbym nad brzegiem Tamizy i malował drogę, którą przemierzyłem wieczorem z Southamptom”. To wieczorne ujecie miasta, zdaje się być bardziej gwarne i pełne życia niż nie jeden, dzienny obraz. Niebo faluje niczym wzburzone morze, światła latarni i gwiazd tańczą razem w jakim dziwnym uniesieniu. Przyglądają się sobie nawzajem, oświetlając miasto, którego są częścią. Tworzą razem kosmiczną całość, niemalże doskonałą. W rogu ukryta para, zdaje się być zbędnym elementem.  Intruzem, który wtargnął do doskonałego świata bogów. Do świata, do którego nie należy. Stąd pozostaje w ciemności. Światła gwiazd i latarni zdają się być poza jego zasięgiem. Vincent nosi w sercu obraz londyńskiego wybrzeża, królowej wszystkich rzek – Tamizy, ale wie, że nie należy on już do tej rzeczywistości. Podąża w innym kierunku.

Van Gogh kończy swoje życie w roku w 1890 roku w Auvers-sur-Oise. We wczesnych latach XX wieku, rozpoczyna jednak nowe życie. Tym razem w dziełach brytyjskich malarzy, którzy zafascynowani jego malarstwem odpowiadają na jego miłość do ich kraju licznymi interpretacjami. I tak van Gogh nagle staje się, najbardziej brytyjskim nie-Brytyjczykiem.

Harold Gilman, fundator Camden Town Group, maluje w 1916 roku “Panią Mounter przy śniadaniu”, która jest swoistą odpowiedzią na van Gogha “Augustine Roulin”. Widzimy tą samą godność w kobietach, które na przekór wszelkim standardom piękna i społecznej klasyfikacji stają się muzami artystów. Patrząc na jeden z obrazów Spencera Gore, zatytułowany The Beanfield, Letchworth trudno nie zobaczyć  Pejzażu Auvers van Gogha. Jednak motywem, który najczęściej powtarza się w u angielskich malarzy i który na zawsze ugruntował pozycje van Gogha w Brytanii są jego słoneczniki.  Namalował je w 1888 roku w Arles, do Londynu trafiły dopiero w 1910 roku na wystawę w National Gallery i od tego momentu zajmują szczególne miejsce w sercu Anglików.  Stały się natchnieniem dla takich artystów jak Frank Brangwyn- Walijczyka, którego “Słoneczniki” zdają się najpełniej odzwierciedlać melancholijną duszę van Gogha. Even Walters w “Still life with Chrysanthemums, 1913-20” zachowując barwy Holedndra nadał im zupełnie nowy wydźwięk, albo taki Maththew Smith, którego “Kwiaty w wazie” są chyba najodleglejszą interpretacją oryginału. Przepiękne “Słoneczniki” Jacoba Epsteina, Winifreda Nicholsona czy Wiliama Nicholsona zdaja się pachnieć tak samo je te van Gogha. Na wystawie w Tate, Słoneczniki zajmują szczególne miejsce. Są same w sobie oddzielną wystawą, albowiem wchodząc przez drzwi Słoneczników, nagle znajdujemy się w przestrzeni wypełnionej po brzegi brytyjskimi interpretacjami. Stoimy w środku pola słonecznikowego, odurzeni zapachem, oślepieni kolorami, przytłoczeni smutkiem i melancholią.

Vincent van Gogh ubrał smętne spojrzenie Wielkiej Brytanii w kolory i zapachy Prowansji. Połączył rzeczy na pozór nie do połączenia.

Stał się niczym litera “ i ”, spójnikiem między narodami, tak dalekimi, a jednak tak bliskimi sobie.

 

Vincent van Gogh and Britain, Tate Britain, London, 27 marca – 11 sierpnia 2019

11
1
skomentuj
lubię!
przeczytane
853
razy